Miesiąc: wrzesień 2020

Przygoda z malowaniem

W końcu, przy okazji przemeblowania, zrobiłam porządek ze swoimi obraz(k)ami.

Trwało to cały dzień, bo sporo do tej pory zmalowałam, naprawdę sporo. Posegregowałam prace okresami: na rok 2017, -18, -19 i 2020, bo gdybym miała kompletować je tematycznie, byłoby tego więcej, dlatego, że maluję wszystko: rośliny, pejzaże, zwierzęta, miasta, portrety, do tego maluję tuszem, akwarelą, ołówkiem a także różnymi technikami.

Malować zaczęłam wiosną 2017 (wróć, ja właściwie, jak każde dziecko, zaczęłam w przedszkolu, długo chodziłam też w podstawówce do kółka plastycznego, potem jakoś się rozwiało, wiadomo, życie). Miałam  wprawdzie epizod z farbami w 2011, ale to nie był „ten” czas. Załóżmy więc, że na początku 2017 zaczęłam malować zadaniowo. Zadaniowo, bo kupienie farb, pędzli i papieru do malowania było jednym z zaleceń mojej psycholog, do której chodziłam na terapię zwiazaną z wypaleniem (swoją drogą, muszę tą panią odnaleźć i podziękować jej za to zadanie domowe!) oraz dlatego, że moje własne podejście do malowania było dosyć poważne.

Poszłam zatem do sklepu z materiałami do zajęć kreatywnych (Panduro Hobby) i kupiłam, co potrzeba. By zacząć, nie trzeba było mnie długo namawiać, bo kocham zajęcia plastyczne. Czasami zdarzało się, że malowałam z dziećmi w pracy, ale jednak, wtedy w domu potrzebowałam sobie jakby przypomnieć, jak się to robi. Malowałam sobie te kwiaty i liście i denerwowałam się, że mi nie wychodzi, że mi sie papier gnie a kolory zlewają. Gdy jakiś rysunek w miarę dobrze wyglądał, chciałam się nim pochwalić jak mamusia swoim dzieckiem, wstawiałam go na Instagram, na konto, którego już nie mam. Dostałam oczywiście wsparcie, jak zawsze od Was, no to obrosłam w pierwsze piórka i dla dalszej motywacji założyłam nowe konto, @paintventure (ang. to paint – malować i adventure – przygoda, bo to miała być właściwie przygoda z malowaniem tylko).  Zaczęłam na tym Instagramie odkrywać innych malujących, mniej lub bardziej zaawansowanych w swojej sztuce, podpatrywać, podpytywać. Wdzięczna za każdy najmniejszy tutorial z akwareli próbowałam sama namalować coś, jak osoba, której się  aktualnie zachwycałam. Miałam mnóstwo pytań i choć zdarzało się, że ktoś mi podpowiedział, to raczej te rzeczy trzymane są w tajemnicy. Uczyłam się więc na własnych błędach, ogladając namiętnie filmiki demonstracyjne na Instagramie i You Tubie, oraz biorąc sobie do serca każdą życzliwą wskazówkę akwarelistów bardziej doświadczonych ode mnie.

Jednym z przełomowych momentów, kiedy malowanie zaczęło lepiej iść było (dzięki poradzie Björna Bernströma na którymś z jego wernisaży), że żeby malowanie wychodziło i nie zniechęcało, trzeba malować na dobrym papierze, dobrej jakości pędzlami i farbami. Czyli tymi przeznaczonymi dla artystów oraz studentów sztuki. I faktycznie. Gruby, zrobiony z czystej bawełny papier nie giął sie od nadmiaru wody, pigment farb doskonale się rozpuszczał i nie gromadził z mikrodołeczkach papieru, pędzle nie gubiły włosków… Ceny tych profesjonalnych materiałów są horrendalne, ale jest szansa, że malując właściwymi farbami na dobrym papierze nie rzuci sie malowania w kąt po kilku próbach.

Choć próbowałam też malować farbami akrylowymi (od nich właściwie zaczyna się naukę malowania) i pastelami, to najbardziej lubię akwarele. Dlatego chyba, że takie nieposłuszne są, farba rozlewa się jak chce, trudno ją ujarzmić i ciągle czymś zaskakuje. Lubię też rysować, ołówkiem, tuszem, co często łączę z akwarelami, a jeśli chodzi o tematy, to jeszcze nie wiem, co mi najbardziej pasuje, to przychodzi falami, raz mam sezon na krajobrazy, innym razem wpadam w ciąg ilustracji botanicznych, czasem zaś korci mnie namalować portret, co jest dla mnie, jak dotąd największym wyzwaniem. Wciąż jeszcze szukam swojego stylu, chociaż niektórzy od razu rozpoznają moje rysunki.

Na kursie akwareli bylam tylko raz, chodziłam przez kilka tygodni na lekcje do pewnej malarki, ale i owa malarka, i jej uczennice były dość leciwe i zanim sie rozłożyły ze swoimi farbami to byl czas na fikę, a po fice, jak się malowanie zaczynało rozkręcać, to byl koniec. Na domiar złego kobiety te, z wielkim zacięciem przechwalały się, którą bardziej coś boli i której ktoś ze znajomych umarł w ostatnim tygodniu. Jako wisienkę na torcie utyskiwań na życie swoje i innych wyrażały oburzenie na niepokojący wzrost cen masła i innych produktów spożywczych. Ja, będąc wówczas w depresji, po każdej takiej lekcji czułam się tak smutna, że mimo, że czegoś tam się uczylam za każdym razem, to z kursu zrezygnowalam.

Tak że sortujac te obrazki, wracałam wspomnieniami, jakie były tego malowania trudne początki i jaką długą drogę w tym przeszłam. Przy niektórych obrazkach łapałam się za głowę, że tak beznadziejnie namalowane, przypomniało mi się, jak bardzo nie kumałam, o co chodzi… Ale dobrze, że nie wyrzuciłam wszystkiego, bo teraz widzę postępy. We własnych oczach wciąż jeszcze mam dużo do nauczenia się, ale ja stuprocentowo zadowolona to nie będę nigdy, taki typ, haha! Nadal doświadczam się w malowaniu samodzielnie, ucząc sie poprzez obserwowanie, jak to robią inni oraz, rzecz jasna malując codziennie. Bardzo wnikliwie ogladam obrazy różnych artystów, kocham chodzić na wystawy sztuki i wernisaże, a tutoriale na Instagramie mogłabym oglądać w nieskończoność. Na wszystko co mnie otacza patrzę teraz przez pryzmat tego, jak mogłabym to namalować. Chciałabym zajmować się malowaniem tak długo, jak tylko się da i teraz w obliczu, kiedy po długim zwonieniu chorobowym nie mogę wrócić do pracy, do przedszkola, zaczynam sobie tworzyć miejsce pracy w domu. Teraz jestem w trakcie dostosowywania pokoju do mojej zwiększonej potrzeby tworzenia, planuję, jak mogę wykorzystać to, co już wiem o akwarelach i marzę o prowadzeniu zajęć plastycznych dla dzieci kochających malować i chcących nauczyć się czegoś więcej.

Czy się uda, zobaczymy, ale sądząc po moim uporze w rozwijaniu swojej pasji, śmiem twierdzić, że tak!

Dobrej nocy i widzimy się na @paintventure <3