Kategoria: Bez kategorii

Przygoda z malowaniem

W końcu, przy okazji przemeblowania, zrobiłam porządek ze swoimi obraz(k)ami.

Trwało to cały dzień, bo sporo do tej pory zmalowałam, naprawdę sporo. Posegregowałam prace okresami: na rok 2017, -18, -19 i 2020, bo gdybym miała kompletować je tematycznie, byłoby tego więcej, dlatego, że maluję wszystko: rośliny, pejzaże, zwierzęta, miasta, portrety, do tego maluję tuszem, akwarelą, ołówkiem a także różnymi technikami.

Malować zaczęłam wiosną 2017 (wróć, ja właściwie, jak każde dziecko, zaczęłam w przedszkolu, długo chodziłam też w podstawówce do kółka plastycznego, potem jakoś się rozwiało, wiadomo, życie). Miałam  wprawdzie epizod z farbami w 2011, ale to nie był “ten” czas. Załóżmy więc, że na początku 2017 zaczęłam malować zadaniowo. Zadaniowo, bo kupienie farb, pędzli i papieru do malowania było jednym z zaleceń mojej psycholog, do której chodziłam na terapię zwiazaną z wypaleniem (swoją drogą, muszę tą panią odnaleźć i podziękować jej za to zadanie domowe!) oraz dlatego, że moje własne podejście do malowania było dosyć poważne.

Poszłam zatem do sklepu z materiałami do zajęć kreatywnych (Panduro Hobby) i kupiłam, co potrzeba. By zacząć, nie trzeba było mnie długo namawiać, bo kocham zajęcia plastyczne. Czasami zdarzało się, że malowałam z dziećmi w pracy, ale jednak, wtedy w domu potrzebowałam sobie jakby przypomnieć, jak się to robi. Malowałam sobie te kwiaty i liście i denerwowałam się, że mi nie wychodzi, że mi sie papier gnie a kolory zlewają. Gdy jakiś rysunek w miarę dobrze wyglądał, chciałam się nim pochwalić jak mamusia swoim dzieckiem, wstawiałam go na Instagram, na konto, którego już nie mam. Dostałam oczywiście wsparcie, jak zawsze od Was, no to obrosłam w pierwsze piórka i dla dalszej motywacji założyłam nowe konto, @paintventure (ang. to paint – malować i adventure – przygoda, bo to miała być właściwie przygoda z malowaniem tylko).  Zaczęłam na tym Instagramie odkrywać innych malujących, mniej lub bardziej zaawansowanych w swojej sztuce, podpatrywać, podpytywać. Wdzięczna za każdy najmniejszy tutorial z akwareli próbowałam sama namalować coś, jak osoba, której się  aktualnie zachwycałam. Miałam mnóstwo pytań i choć zdarzało się, że ktoś mi podpowiedział, to raczej te rzeczy trzymane są w tajemnicy. Uczyłam się więc na własnych błędach, ogladając namiętnie filmiki demonstracyjne na Instagramie i You Tubie, oraz biorąc sobie do serca każdą życzliwą wskazówkę akwarelistów bardziej doświadczonych ode mnie.

Jednym z przełomowych momentów, kiedy malowanie zaczęło lepiej iść było (dzięki poradzie Björna Bernströma na którymś z jego wernisaży), że żeby malowanie wychodziło i nie zniechęcało, trzeba malować na dobrym papierze, dobrej jakości pędzlami i farbami. Czyli tymi przeznaczonymi dla artystów oraz studentów sztuki. I faktycznie. Gruby, zrobiony z czystej bawełny papier nie giął sie od nadmiaru wody, pigment farb doskonale się rozpuszczał i nie gromadził z mikrodołeczkach papieru, pędzle nie gubiły włosków… Ceny tych profesjonalnych materiałów są horrendalne, ale jest szansa, że malując właściwymi farbami na dobrym papierze nie rzuci sie malowania w kąt po kilku próbach.

Choć próbowałam też malować farbami akrylowymi (od nich właściwie zaczyna się naukę malowania) i pastelami, to najbardziej lubię akwarele. Dlatego chyba, że takie nieposłuszne są, farba rozlewa się jak chce, trudno ją ujarzmić i ciągle czymś zaskakuje. Lubię też rysować, ołówkiem, tuszem, co często łączę z akwarelami, a jeśli chodzi o tematy, to jeszcze nie wiem, co mi najbardziej pasuje, to przychodzi falami, raz mam sezon na krajobrazy, innym razem wpadam w ciąg ilustracji botanicznych, czasem zaś korci mnie namalować portret, co jest dla mnie, jak dotąd największym wyzwaniem. Wciąż jeszcze szukam swojego stylu, chociaż niektórzy od razu rozpoznają moje rysunki.

Na kursie akwareli bylam tylko raz, chodziłam przez kilka tygodni na lekcje do pewnej malarki, ale i owa malarka, i jej uczennice były dość leciwe i zanim sie rozłożyły ze swoimi farbami to byl czas na fikę, a po fice, jak się malowanie zaczynało rozkręcać, to byl koniec. Na domiar złego kobiety te, z wielkim zacięciem przechwalały się, którą bardziej coś boli i której ktoś ze znajomych umarł w ostatnim tygodniu. Jako wisienkę na torcie utyskiwań na życie swoje i innych wyrażały oburzenie na niepokojący wzrost cen masła i innych produktów spożywczych. Ja, będąc wówczas w depresji, po każdej takiej lekcji czułam się tak smutna, że mimo, że czegoś tam się uczylam za każdym razem, to z kursu zrezygnowalam.

Tak że sortujac te obrazki, wracałam wspomnieniami, jakie były tego malowania trudne początki i jaką długą drogę w tym przeszłam. Przy niektórych obrazkach łapałam się za głowę, że tak beznadziejnie namalowane, przypomniało mi się, jak bardzo nie kumałam, o co chodzi… Ale dobrze, że nie wyrzuciłam wszystkiego, bo teraz widzę postępy. We własnych oczach wciąż jeszcze mam dużo do nauczenia się, ale ja stuprocentowo zadowolona to nie będę nigdy, taki typ, haha! Nadal doświadczam się w malowaniu samodzielnie, ucząc sie poprzez obserwowanie, jak to robią inni oraz, rzecz jasna malując codziennie. Bardzo wnikliwie ogladam obrazy różnych artystów, kocham chodzić na wystawy sztuki i wernisaże, a tutoriale na Instagramie mogłabym oglądać w nieskończoność. Na wszystko co mnie otacza patrzę teraz przez pryzmat tego, jak mogłabym to namalować. Chciałabym zajmować się malowaniem tak długo, jak tylko się da i teraz w obliczu, kiedy po długim zwonieniu chorobowym nie mogę wrócić do pracy, do przedszkola, zaczynam sobie tworzyć miejsce pracy w domu. Teraz jestem w trakcie dostosowywania pokoju do mojej zwiększonej potrzeby tworzenia, planuję, jak mogę wykorzystać to, co już wiem o akwarelach i marzę o prowadzeniu zajęć plastycznych dla dzieci kochających malować i chcących nauczyć się czegoś więcej.

Czy się uda, zobaczymy, ale sądząc po moim uporze w rozwijaniu swojej pasji, śmiem twierdzić, że tak!

Dobrej nocy i widzimy się na @paintventure <3

Sztokholm wirtualnie

Rok 2020 pod względem podróży większość z nas jeszcze wiosną uznała za stracony.

Ja czekałam na swoich rodziców oraz na przyjaciółkę, która w Sztokholmie miała być pierwszy raz i niestety, nie udało się i ciągle jeszcze nie wiadomo, czy się w tym roku uda. Także tysiące innych turystów musiało pogodzić się z myślą, że tego lata (w ogóle w tym roku) o wycieczce do Szwecji trzeba będzie zapomnieć. Wielka szkoda i wiem, że marnym będzie pocieszenie, że pewne rzeczy z wiadomych względów można zwiedzić teraz wirtualnie, że Sztokholm wciąż w wielu miejscach jest w renowacji zasłonięty gdzieniegdzie mało eleganckimi plandekami, oraz że tego lata mamy beznadziejną pogodę.

Ja też mniej tego roku chodzę po mieście, unikanie komunikacji miejskiej i tłumów jakby weszło mi w krew, a wiele muzeów i ośrodków kulturalnych udostępnia swoje zasoby i wydarzenia do odwiedzenia online. Wybrałam dla Was kilka takich miejsc i wydarzeń, kierując się ich popularnością. Sama czasami skorzystam i dla Was też sprawdziłam, czy to funkcjonuje i jak się do takiego zwiedzania zabrać.

Chodźmy więc.

Ratusz

Na pierwszy ogień idzie Ratusz, a dokładniej przylegający do niego ogród.

To, co potrzebujesz zrobić, to ściągnąć sobie na telefon aplikację GuidiGo, kliknąć w dolnym pasku na Go Store a potem, u góry przy lupce wbić frazę Stockholm City Hall Exterior and Garden Tour. Ja, żeby korzystać z tej apki, musiałam założyć na niej konto. Spacer trwa około 30 minut i jest prowadzony w języku angielskim.

 Thielska Galleriet

Galeria dzieł sztuki, w której zobaczyć można prace m.in. Andersa Zorna, Carla Larssona i Edvarda Muncha. Tym razem potrzebna nam będzie aplikacja A guided Tour lub, jeśli jesteś akurat przy komputerze to bezpośrednio tutaj. Pod linkiem znajdują się załadowane na stronie filmy pokazowe.

Anders Zorn

Foto Tord Lund,

Östasiatiska czyli Muzeum Wschodnioazjatyckie

Dzięki Google Arts and Culture zajrzymy do środka wchodzącego w skład Muzeum Kultury Światowej  Muzeum Wschodnioazjatyckiego, gdzie obejrzymy kilka znajdujących się w niej wystaw o różnej tematyce. W podobny sposób mamy wstęp do Muzeum Etnografii, Muzeum Średniowiecza oraz Muzeum Kultury Światowej.

Stare Miasto

Nie, nie ze mną, ale z profesjonalnymi przewodnikami, którzy realizują spacery po Starym Mieście w “realu”, w konkretnych godzinach, na które trzeba się zawczasu zapisać. Czas oczewiwania na miejsce dosyć długi, do tygodnia, dlatego, że grupy są bardzo małe. Kalendarium wycieczek tutaj, po zarezerwowaniu sobie miejsca, trzeba pamiętać o dacie i godzinie wycieczki oraz o tym, by być wtedy podłączonym do aplikacji Zoom. Po spacerze podobno można nawet zadać przewodnikowi pytanie. Ja jeszcze na takim spacerze z poziomu wygodnej kanapy nie byłam, ale zapisałam się i zamierzam tę opcję przetestować.

Foto Agnieszka Wieckowska Photography w Skansen

A teraz rozrywka muzyczna. Oczywiście oglądanie koncertu lub innych wydarzeń w telewizji nie odda tego klimatu, kiedy słucha się muzyki w sali koncertowej czy uczestniczy się w imprezie na żywo, ale w tym felernym roku łączymy się w bólu i wszyscy zasiadamy przed ekranami, by obejrzeć między innymi:

All sång i Skansen czyli Śpiewaj w Skansen

All Sång, koncert z tradycjami, kochany przez Szwedów, bo jest taki… radosny i wakacyjny, to coś jak nasz polski Festiwal w Opolu. Rekiny szwedzkiej sceny muzycznej, z którymi przeboje śpiewa cała publiczność oraz nowe perełki ze świeżymi hitami. Do tego zwykle na widowni w pierwszym rzędzie zasiadała rodzina królewska. Ja raz byłam na takim koncercie i bardzo mi się podobało. Tym razem koncert obejrzymy bez rozkołysanej publiczności i z ekranu komputera. Koncert emitowany jest od 23 czerwca, w każdy wtorek w stv play. Kolejny odcinek we wtorek 14 lipca o 20. 00. To może być fajna alternatywna do wieczornego filmu czy debaty politycznej, jedyne czego się obawiam, to tego, że program nie jest dostępny poza granicami Szwecji. Dajcie, proszę znać.

Konsert Huset i muzyka klasyczna

Od dzisiaj do 30 sierpnia dzięki aplikacji Konserthuset Play będziemy mogli wysłuchać koncertów Orkiestry Filharmonii Królewskiej  (miałam zagwozdkę z przetłumaczeniem tego ze szwedzkiego: Kungliga Filharmonikerna, za ewentualny błąd z góry przepraszam). Tak, czy inaczej, dzisiaj sobie załaczę do malowania i dla duchowej strawy. Więcej o koncertach przeczytacie tutaj.

IMG_0962

Na początek tyle, mam nadzieję, że coś Wam się z tego przyda, a ja szukam dalej, bo myślę, że tego jest więcej i wpisu o zwiedzaniu Sztokholmu i przeżywaniu szwedzkiej kultury z domowego zacisza będzie część druga.

A ja chcąc zmobilizować się bardziej do eksplorowania Sztokholmu, założyłam konto instagramowe sztokholmianka (polka w szwecji było już zajęte), gdzie będę starała się Wam pokazać to miasto z różnych stron oraz anonsować o nowych wpisach. Zapraszam <3

Drugie życie Polki

Bardzo długo zbierałam się do napisania tego postu, do wskrzeszenia tego bloga, w którym jeszcze tli się życie, jak widzę, wciąż tu zaglądacie, wciąż przychodzą komentarze, maile… To jest, co tu ukrywać, bardzo miłe, ale też niewiarygodne, że mimo, że minęły, czekajcie, ile, dwa, trzy lata odkąd tu ostatnio byłam? A Wy wciąż o mnie pamiętacie i cierpliwie czekacie na powrót. Nie mam więc wyjścia, trzeba mi usiąść i opowiedzieć, dlaczego mnie nie było.

Zanim zacznę opowieść o tym, co się u mnie działo przez te lata, chciałabym przeprosić za to, że nie odpisywałam na Wasze komentarze i maile. Zahibernowałam ten blog w myślach i żadna siła nie mogła mnie zmusić do tego, by się do Waszych wieści ustosunkować. Ale wszystko wyjaśnię, wszystko opowiem! Może nie w jednym wpisie, bo tego jest dużo, ale z czasem, kawałek po kawałku wyłoni się mojej historii część piąta.

 

Trochę się waham co do tego, jak dalece być szczerą, bo obawiam się, że choroba, na którą zapadłam jest wciąż traktowana z przymrużeniem oka, nie chciałabym być posądzona o roztkliwianie się nad sobą. Ale wielu z Was, moich najwierniejszych Czytaczy i moich bliskich znajomych wie, co się działo i jak wygladały moje ostatnie lata. No dobrze, krótko mówiąc, zapadłam na … wypalenie. W czerwcu 2016 dostałam diagnozę wypalenie fizyczne i psychiczne. Kto przez to przeszedł, wie, jaki to koszmar.  Oszczędzę Wam opisów objawów i przyczyn wypalenia, wszystko to jest do wygooglowania, powiem tylko, że przez pierwszy rok byłam jak worek kartofli, bez krztyny siły, nawet do tego, by samodzielnie zrobić sobie kanapkę. To prawie jak paraliż. Do tej zarówno fizycznej, jak i psychicznej niemocy po pół roku dołączyła depresja. Skubana miała ze sobą towarzystwo w postaci lęków i napadów paniki. Zniknęli niemal wszyscy znajomi. Leżałam na sofie pod oknem, patrzyłam na chmury i zastanawiałam się, czy jeszcze będę w stanie normalnie funkcjonować. Drugi i trzeci rok był pod znakiem terapii i mozolnego wracania do sił, krok po kroku. Sporo nauki dla kogoś, kto zawsze był w pędzie, zawsze ambitny, perfekcyjny i energiczny. Musiałam z takiego człowieka stać się po trosze takim… mistrzem zen, leniem, który każdą czynność przeplata odpoczynkiem, po trosze luzakiem, dla którego zrobione jest lepsze od doskonałego.

Ludzi wokół mnie wciąż niewielu, opiekował się mną mąż i przyjaciółka. Resztę robił Instagram, on był moim światem, w którym byliście Wy. To był świat socjalny, więzy z ludźmi, które zagłuszało uczucie wyizolowania i dawały złudne uczucie, że wszystko jest w porządku. Przed samą sobą udawałam, że wszystko jest w porządku, że funkcjonuję jak dawniej, że właściwie normalnie żyję, tylko na mniejszych obrotach, bo bardzo długo nie chciałam przyjąć do wiadomości, że nie mam siły, że nie mogę pracować, że hipocampus mi wysiadł i że prawie wszyscy zniknęli a depresja obgryza mi duszę. Na domiar złego zaczęło sypać się moje małżeństwo, które z końcem minionego roku rozpadło się na dobre. Tak więc, siateczka znajomych na Instagramie, w tym najwięcej moi wierni Czytelnicy, terapeuci, moi rodzice, najbliższe przyjaciółki, no i moje ukochane akwarele pomogły mi przetrwać do końca choroby i dawały mi poczucie, że warto jest żyć.

A skąd akwarele?

Na jednej z pierwszych terapii dostałam zadanie domowe, zacząć robić coś, co zawsze lubiłam a na co nigdy nie było ani czasu, ani motywacji. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to malowanie. Rysowanie, szkicowanie, akwarele. Zawsze lubilam prace plastyczne, ale nigdy nie traktowałam tego poważnie. Kupiłam więc papier, pędzle, komplet farb. I się zaczęło. Terapia malowaniem zamieniła się w pasję. A może pasja stała sie terapią, nie wiem. Cokolwiek to było, trwa do dzisiaj. I chciałabym, by rozwijało się dalej.

Chcę wyjść z tym trochę więcej do ludzi, poza Instagram, gdzie od dawna dzielę się swoją pasją, dlatego też blog, do którego wracam będzie nie tylko o moim życiu w Szwecji, ale i o pasji malowania i mam nadzieję, że nie tylko pasjonaci Szwecji, ale także i Ci, którzy kochają malarstwo i sztukę zatrzymają się u mnie na dłużej. Cokolwiek daje Wam ten blog, moi kochani Czytelnicy, zagladajcie do mnie i czujcie sie mile widziani. Dajcie mi znać, czy chcecie, by temat wypalenia rozwinąć, pytajcie, podpowiadajcie, o czym chcielibyście czytać, co chcielibyście wiedzieć, odpowiem i opowiem, w granicach rozsądku oczywiście.

Daję Polce w Szwecji drugie życie, to będzie taki sam jak dawniej blog, ale bogatszy o nowe rzeczy, bo i ja jestem niby tą samą, ale niemal zupełnie inną Moniką.

To jak, widzimy się?