Miesiąc: lipiec 2014

Festiwal Wikingów

W Stallarholmen zawsze w pierwszy weekend lipca odbywa się Vikingafestivalen – festiwal wikingów.

Na festiwalu tym można poczuć ducha czasu wikingów, bawić się, trenować swoje umiejętności łucznicze, obejrzeć zaimprowizowane walki oraz zwykłe życie szwedzkich wikingów.

Cały teren festiwalu jest wypełniony straganikami, które oferują bogaty wybór rękodzieła: kute w srebrze, cynie, żelazie i miedzi, przedmioty z kości i rogu, misy i talerze, drewno, buty, pasy i inne przedmioty ze skóry, broń, ceramikę, wiklinę, odzież, rogi do picia, instrumenty muzyczne i wiele, wiele innych.

Ja, choć nie jestem zapalona miłośniczką wikingów, bawiłam się świetnie. Na te kilka godzin zapomniałam o bożym świecie, naprawdę!

Oto, jak było, zobaczcie na zdjęciach:

IMG_1295

IMG_1304

IMG_1318

IMG_1331

IMG_1355

IMG_1362

IMG_1364

IMG_1367

IMG_1369

IMG_1374

IMG_1387

IMG_1388

IMG_1402

IMG_1408

IMG_1433

IMG_1440

IMG_1443

IMG_1447

IMG_1450

IMG_1457

IMG_1460

IMG_1473

IMG_1475

IMG_1480

IMG_1492

IMG_1497

IMG_1498

IMG_1501

Choć ten festiwal się już zakończył, myślę (mam taką nadzieję), że jeszcze tego lata, gdzieś będą odbywać się tego typu imprezy. Jeśli coś zauważę, obiecuję, że dam znać!

Do miłego 🙂

Moja historia cz. 2

Moja historia cz. 1

Wprowadziłam się do Halinki w październiku 2002 roku.

Ale zanim zacznę dzisiejszą opowieść, należy się parę słów więcej o jej osobie.

Halinka pochodzi z żydowskiej rodziny, wychowała się w Łodzi, potem przeniosła się do Warszawy. Najczarniejszym okresem w jej życiu była wojna. Niemal całą jej rodzinę wymordowali Niemcy. Dobrzy ludzie pomogli jej i jej matce ukrywać się, co sprawiło, że obie przeżyły wojnę. Jej matka dożyła 97 lat. Wojnę Halinka wspomina bardzo źle, wojna zostawiła w niej do dzisiaj nie zagojoną traumę.

Kiedy u niej zamieszkałam, była wówczas 70 letnią, emerytowaną już panią profesor socjologii na Politechnice Warszawskiej. Jest współautorką czterech części książki „Dzieci Holocaustu mówią”. Prawdziwy altruista, człowiek o sercu wielkim jak kula ziemska, sercu nawet nie złotym, tylko diamentowym. Jest bardzo dobrym człowiekiem, cierpliwym i wyrozumiałym. Jej dom był otwarty, odwiedzali jej dawni studenci, przyjaciółki, znajomi i całkiem obcy. Do jej drzwi pukali bezdomni, bo wiedzieli, że dostaną parę złotych; podrzucano jej znalezione pieski, bo dobrze wiedziano, że Halinka pomoże znaleźć dla nich przytulne schronienie na resztę psiego życia. Dwa pieski znalazły dom u niej samej.

polka w szwecjiHalinka i jej dwa skarby

Pomagała wszystkim jak tylko mogła. Przez wiele lat odwiedzała z obiadami przykutą do ciężkiego respiratora sąsiadkę pomimo, że ona miała dwie dorosłe i zdrowe córki. Gdyby nie Halinka, sąsiadka ta umarłaby z głodu i poczucia opuszczenia. Smutnymi oczami oglądała codzienne wiadomości pomijając cichym westchnieniem zło tego świata. Moje paplanie o własnych głupich problemach kwitowała z filozoficznym sarkazmem: „obyś tylko takie wspaniałe problemy miała” a na moje narzekanie na ludzi mówiła „każdy jest jakiś”.

Do jej warszawskiego mieszkania i do jej spokojnego życia weszłam jako naiwne roztrzepane dziewczę z zawodówką w garści i wielkimi ambicjami, które jakoś ciężko było mi zrealizować. Ledwie zdążyłam się zadomowić, Halinka zarzuciła na mnie swą magiczną sieć. Mówiła: – „To się nie godzi, żeby taka fajna dziewczyna po świecie bez matury chodziła”.  O szkole mówiła ciągle, codziennie wracała do tematu, bo moja odpowiedź, że „zrobię, zrobię” nie była dla niej zadowalająca. To był październik, szkoły nabrały rozpędu, a jej najlepszym argumentem, by pójść do szkoły było to, że znajdowała się ona po drugiej stronie ulicy.

Ja wówczas nie miałam ochoty na żadną szkołę, bo właśnie, po 2 latach zostawił mnie chłopak. Ale uparta kobieta nie dawała za wygraną i postawiła ultimatum, że „jeśli chcę u niej mieszkać, to mam iść do liceum. Koniec kropka”.

No to poszłam. Na odczepnego i dla świętego spokoju, z lekkim poślizgiem zaczęłam 2 letnie liceum dla dorosłych. Och, Jezu, jak ciężko mi było się uczyć, tak bardzo odwykłam, tak wiele zapomniałam! Przychodziłam z pracy strasznie zmęczona, ale brałam prysznic, jadłam kolację, robiłam kawę i zawzięcie brałam się do nauki. W weekendy chciałam na dyskoteki, nie do notatek. Do nauki często się zmuszałam. Ze ścisłych przedmiotów musiałam brać korepetycje (za które płaciła Halinka, bo wiedziała, że inaczej zrezygnuję ze szkoły), w przedmiotach humanistycznych pomagała mi ona sama, ponieważ była uczonym człowiekiem. Bywało, że chciała mi trzepnąć księgą w głowę, ze złości na moją tępotę, ale tłumaczyła i uczyła cierpliwie. A ja nie jeden raz chciałam odpuścić, ale z czasem, przed maturą zaczęło mi się nawet w szkole podobać, i koniec końców maturę zdałam na pięknych czwórkach. Zamarzył mi się uniwersytet.

niebo 012mój skromny pokój u Halinki

Z Halinką zaczęłam się powolutku i silnie zżywać. Po roku mieszkania u niej przestała ode mnie brać pieniądze za stancję. Mówiła: „to jest także twój dom”. Ona nie tylko uczyła mnie historii i poprawnej polszczyzny, ale też dobrych manier. Gdy źle podałam do stołu albo siadałam do obiadu z podkurczonymi na krześle nogami, nie jadła. Na moje pytanie: „czemu nie jesz?” odpowiadała miękko: „bo mi odbierasz apetyt”.

Halinka nie ma dzieci i traktowała mnie jak córkę, choć długo tego słowem nie wyraziła. Była w stosunku do mnie bardzo opiekuńcza. Pokochałam ją. Mimo, że mam kochającą i kochaną mamę, Halinka po dwóch latach mojego u niej życia, co roku dostawała ode mnie bukiet kwiatów na Dzień Matki. Nie było wtedy żadnych słów, a ona wzruszenie swoje skrywała w płatkach róż.

Gdy skończyłam to „wymuszone” liceum, Halinka powiedziała mi, że przez rok będzie przygotowywać mnie do egzaminu na studia wyższe. Zrobiło mi się przykro, że we mnie nie wierzy. Uniosłam się honorem i w tajemnicy przed nią złożyłam podania do trzech pedagogicznych  szkół wyższych w Warszawie. Pedagogika była moim oczywistym wyborem, bo zawsze kochałam dzieci i od dziecka marzyłam o pracy z najmłodszymi. W moich staraniach o studia pomogły mi dwie Moniki, jedna (M.S.) w sprawach formalnych, podania, wnioski itp. a druga (M. G.) w przebrnięciu przez zalecone do egzaminów lektury. Pierwszy egzamin wstępny miałam na Uniwersytecie Warszawskim.

To były wakacje 2004. Mieszkałam wtedy przez całe lato u rodziny, u której wcześniej pracowałam. Rodzina ta była na wakacjach a ja zostałam z ich psem.

Pewnego dnia, dokładnie 5 lipca 2004, elegancko ubrana wychodziłam właśnie na drugi wstępny egzamin na inną, drugą z kolei uczelnię, kiedy zatrzymał mnie telefon z Uniwersytetu z informacją, że zostałam przyjęta na pięcioletnie magisterskie studia w kierunku Nauczanie początkowe. Z wrażenia i szoku odebrało mi głos i nie miałam czym podziękować. Zapłakana ze szczęścia pojechałam do domu, do Halinki. Gdy jej powiedziałam co zrobiłam, co się stało, płakałyśmy już obie, (płaczę nawet teraz, gdy o tym piszę). To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu.

czuły barbarzyńca 005W kawiarni Czuły Barbarzyńca, w Warszawie

W październiku zaczęłam studia. To były wspaniałe lata, jeśli wezmę pod uwagę same studia, których naprawdę nie mogłam wybrać lepiej. Kontakt ze światem uniwersyteckim, z ambitnymi, uduchowianymi studentami, fantastycznymi dziewczynami, z pedagogiką. Nowe znajomości, nowe horyzonty, przyrastająca wiedza. Dreszcz jaki się czuje, kiedy się kwitnie.

Jednocześnie nabierałam doświadczenia w zawodowej pracy z dziećmi, pracowałam jako opiekunka, już u innej rodziny, u której też pracowałam ponad trzy lata i która na koniec zabrała mnie na wakacje do Chorwacji. Tu muszę dodać, że miałam szczęście, (poza jednym przypadkiem), że trafiałam do dobrych rodzin, na długie lata. Przy wyborze pracy kierowałam się intuicją, która rzadko mnie zawodziła. Od trzeciego roku studiów pracę godziłam z praktykami w przedszkolu i szkole podstawowej, co bardzo przyjemnie wspominam. Przez ostatni rok studiów pracowałam jako nauczycielka w przedszkolu. To był okres wytężonej pracy, nauki, praktyk ale i imprez, dyskotek, co rusz nowych miłości i przyjaźni.

To była jasna strona tych 7 lat.

c.d.n

Moja historia cz. 3

Moja historia cz.4

Dalarna, serce Szwecji

Tegoroczny Midsommar spędziłam w regionie Dalarna.

dalarna0Tylko kilka dni pobytu w tym regionie i tak piękne, barwne i wzruszające obchody najkrótszego dnia w roku (Midsommar) w kilku różnych jego miastach  sprawiły, że trudno mi będzie teraz wyobrazić sobie obchody tego święta gdziekolwiek indziej. Towarzyszą mu ludowe obrzędy, festiwale, wielowiekowe tradycje taneczne i muzyczne oraz kolorowe regionalne stroje.

IMG_8894

Poza tym, Dalarna, nazywana często ludową prowincją a jeszcze częściej sercem Szwecji to nie tylko ośrodek folkloru, ale także malownicze krajobrazy, sielskie wsie, idylliczne miasteczka i piękne miasta.

IMG_9177

Dawniej kraina znana z kopalń miedzi, żelaza i srebra, dzisiaj ma inne oblicze – swoją naturą i przyrodą, różnorodnością, kulturą i serdeczną gościnnością inspiruje i przyciąga turystów i artystów z całej Szwecji i nie tylko.

IMG_9168

Region Dalarna jest jednym z największych atrakcji turystycznych w Szwecji. Ten najdalej na południe wysunięty górzysty obszar oferuje nam mnóstwo możliwości wypoczynku o każdej porze roku. Latem przyciąga głównie obchodami święta Midsommar, zimą zaś kusi doskonałymi warunkami i atrakcjami dla narciarzy.

Sercem Dalarny jest pięknie skrzące się i osnute legendami jezioro Siljan (mnie podoba się to jezioro bardzo!) oraz leżące wokół niego trzy spore miasta: Mora, Leksand i Rättvik.

IMG_8878

Badania mówią, że jezioro Siljan powstało 360 milionów lat temu na skutek uderzenia ogromnego meteorytu. Z jeziorem związane są różne legendy, bo faktycznie, urok jego wód jest czarowny i magiczny. To jezioro jest ważnym tłem dla obchodów Midsommaru, ponieważ częścią obrzędów jest przepłynięcie łodziami ubranych w ludowe stroje mieszkańców, o czym opowiadałam przy okazji obchodów w Rättvik i Leksand.

IMG_9471

Co roku, do Dalarna przybywają z całej Szwecji i nie tylko, miłośnicy muzyki na dwa wielkie festiwale. Jednym z nich jest Muzyka nad Jeziorem Siljan (Musik vid Siljan).

IMG_8910

Region ten był (i wciąż jest) inspiracją dla artystów, jednym z nich był malarz i rzeźbiarz Anders Zorn, którego muzeum i niesamowicie inspirujący dom odwiedziliśmy w Mora.

IMG_0678

Mora jest jednym z trzech znanych miast leżących wokół tego jeziora. Poza Zornem, Mora związana jest także ze słynnym, corocznym biegiem Wazów, tutaj jest tego biegu meta.

IMG_0647

IMG_0656

A to główny deptak w Mora.

IMG_0660

I kościół, widziany z ogrodu Zorna. Widać też kawałek serca w jego ogrodzie, który mówił jego gościom, że są mile widziani.

IMG_0670

IMG_0667

Pozostałe dwa wspomniane miasta to Leksand i Rättvik.

Rättvik  jest spokojną miejscowością, w którym jakby zatrzymał się czas. Stare domki pasterskie domki (fäbodar) z przyległymi do nich zabudowaniami, pochodzące jeszcze z XV w. są jak żywe muzea, gdzie ciągle jeszcze doi się krowy, ubija masło, wyrabia kozi ser i piecze tradycyjny cieniutki chrupki chleb (Vasa bröd).

IMG_8872

IMG_8882

Gdzieś na skraju lasu skrywa się chata, w której powstają jeden za drugim koniki z Dalarny. Takich miejsc, gdzie wyrabiane są te koniki, jest w Dalarna oczywiście więcej, najbardziej znany i chyba największy warsztat znajduje się w miejscowości Nusnäs.

IMG_8880

Stoi w Rättvik piękny biały kościół, który przegląda się w wodzie.

IMG_8974

Na romantyczny spacer można pójść wzdłuż bardzo długiego molo.

IMG_9433

IMG_9449

Leksand jest miejscowością, w której żywo kultywuje się dawne tradycje. Samo miasto jest piękne, barwne o ciekawej architekturze, pełne smaczków. Latem, w amfiteatrze jest wystawiane tradycyjne misterium Himlaspelet. Pod pięknym mostem płynie rzeka Dal.

IMG_9220

W parku, niedaleko rzeki stoją czynne dzwony.

IMG_9201

Samo miasteczko jest przeurocze. Trochę jak z bajki…

IMG_8846

IMG_9179

IMG_9172

IMG_9088

IMG_9213

Dalarna to nie tylko te trzy miasta, to także wiele, wiele innych ciekawych i pięknych miejsc, które chciałabym poznać od podszewki. Chociażby Falun, od którego zaczął się tradycyjny kolor szwedzkich domków, (Szwedzi kojarzą też Falun z kiełbasą Falu (falukorv) czy też Hedemora, która rości sobie prawo do miana najstarszego miasta Dalarna albo przepiękne, widziane przez nas tylko przejazdem Sollerön i Getsunda. Te mini domeczki zauważyłam właśnie tam.

IMG_0711

IMG_0713

O tej części Szwecji można opowiadać długo. Ale mówiąc o Dalarna nie sposób pominąć milczeniem czerwonych koników (dalahäst), które stały się typową pamiątką ze Szwecji. Ale myślę, że wrażeń na dziś wystarczy i do koników wrócimy przy innej okazji.

IMG_9019

IMG_0645

Jednego jestem pewna – Dalarna rzuciła na mnie urok. Wiem, że chciałabym tu jeszcze wrócić.

Pierwsze dni z kotem

Jest już z nami całe dwa dni.

Przywieźliśmy go w niedzielę wieczorem, 29 czerwca, w piątą rocznicę mojej pierwszej wizyty w Szwecji. Kotek ma prawie 12 tygodni i na imię mu Plaster. Pierwszy wieczór miauczał strasznie, drżał cały i wołał mamę przeszywającym serce miauczeniem. Noc przespał z nami, między naszymi poduszkami.

IMG_0758

Następnego dnia nabrał apetytu i wielkiej werwy do zabawy. Godzinę się bawi (fantastycznie się bawi i już zaczyna rozrabiać, wazony poszły do szafek) potem godzinę śpi. Jest miły, grzeczny i przyjemny, nie drapie, ale też nie daje się wziąć na ręce zbyt często. Czasem pomiaukuje, przywołuje mamę, ale coraz rzadziej. Kiedy nie śpi, chodzi za nami krok w krok. Jest słodki, naprawdę.

IMG_0756

Martwi mnie tylko, że nie mruczy.