Autor: polkawszwecji
Studentka w skowronkach
Nie macie pojęcia jaka ja jestem szczęśliwa! Ja sama też nie miałam pojęcia, że studiowanie daje mi tyle szczęścia!
Dziś zaczęłam (znów) studia i po prostu fruwam z radości! Czuję taki przypływ energii, że nosi mnie, śpiewam, tańczę i nie wiem, czy nie zarwę przez tą energię nocy.
Ale po kolei.
Jak zapewne wiecie, jestem nauczycielem. Z Polski wyniosłam znakomite wykształcenie – skończyłam pięcioletnie magisterskie studia na wydziale pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Te pięć lat to był wspaniały czas, mam cudowne wspomnienia, miałam świetnych profesorów i nauczycieli, wspaniałe i kochane koleżanki (bo to była głównie płcią żeńską wypełniona uczelnia), które oczywiście wciąż pamiętam i mile je wszystkie wspominam (tu westchnienie) a ze szkoły wyszłam z dyplomem w ręku i z przekonaniem, że teraz świat należy do mnie. Marzyłam o pracy nauczyciela i/lub pedagoga, w dobrej szkole podstawowej, ale los mój chciał inaczej. Posłał mnie w świat. Do Szwecji.
Mój piękny polski dyplom stanął wtedy pod znakiem zapytania. Ile jest warte moje wykształcenie ocenić miał Urząd Szkolnictwa Wyższego (Högskoleverket). Złożyłam więc ten dyplom i całe zestawienie zaliczonych przedmiotów wraz z punktacją (na którą w Polsce nie zwracałam uwagi) i zaczęło się nieznośne czekanie.
O pracy w szkole czy przedszkolu mogłam zapomnieć, co mnie zdołowało, bo mnie do życia potrzebna jest praca z dziećmi. Jak większość Polek zaczynałam od pracy przy sprzątaniu. Jeździłam po domach i willach i sprzątałam. Chciałam zatrudnić się jako opiekunka do dziecka, ale z racji tego, że w Szwecji rodzice mają długie i korzystne urlopy rodzicielskie a ponadto dzieci zaczynają przedszkole bardzo wcześnie, instytucja niani praktycznie nie istnieje albo nie jest popularna. Sprzątałam więc i starałam się to robić dobrze a nawet znaleźć w tym plusy. Przebywanie w szwedzkich domach i willach było dla mnie źródłem inspiracji urządzania wnętrz. Jednocześnie chodziłam, ma się rozumieć na lekcje szwedzkiego do szkoły dla obcokrajowców. Wiedziałam, że muszę ten szwedzki opanować, bo inaczej będę sprzątać do końca życia.
Któregoś dnia wisząc nad pewną muszlą klozetową krzyknęłam z rozpaczy: Nie! Jestem nauczycielem i nie będę myć kibli! Koniec! Nie po to zrobiłam takie piękne studia!
Popłakałam się, dokończyłam sprzątanie i nigdy już do tej pracy nie wróciłam. Ze swoim wciąż słabym szwedzkim, (słabym w mowie, bo w piśmie całkiem dobrze sobie radziłam), poszłam do pracy do przedszkola. Po roku pobytu w Szwecji. Pracę znalazłam bardzo szybko, bo jest ogromny niedosyt nauczycieli i opiekunów przedszkolnych. Praca była przy najmłodszych dzieciach, rocznych, więc mogę powiedzieć, ze pracowałam intuicyjnie. Nie potrzebowałam dużo mówić, najczęściej wypowiadałam sformułowania typu: zrobiłeś kupkę? Za to dużo słuchałam. Pracowałam ze Szwedkami (które, oprócz dwóch, bardzo źle mnie traktowały i przez które dużo płakałam) i dzięki temu ciągłemu przysłuchiwaniu się im mój szwedzki poszedł jak burza do przodu. Dużo się też nauczyłam o tym jacy są Szwedzi w środowisku pracy.
Po pół roku odeszłam stamtąd podskakując z radości bo znalazłam sobie nową pracę, tym razem jako nauczyciel zerówki. Jednocześnie dostałam się na studia kompletujące na Uniwersytecie Sztokholmskim. Właściwie to nie musiałam nic kompletować bo Urząd Szkół Wyższych uznał moje studia i zażądał tylko rocznego kursu przygotowawczego „Być nauczycielem w Szwecji” oraz praktyki w przedszkolu i szkole, co czyniłam pracując właśnie. Ja miałam zajęć najmniej, mój indywidualny kurs był okrojony, bo miałam z Polski bardzo dużo punktów. (Ha! Warto było!) I jako jedyna na tym kursie byłam jednocześnie i przedszkolanką i nauczycielem szkoły podstawowej i dzięki temu, jako jedyna robiłam dwie szwedzkie legitymacje nauczycielskie na raz. Dziś nauczyciel w Szwecji musi mieć tzw. legitymację i mnóstwo szwedzkich nauczycieli musi się dokształcać. Ja jedną legitymację – nauczyciela przedszkola już mam (zaliczyłam szwedzki teoretyczny i praktyczny egzamin nauczycielski) a dziś kontynuuję, żeby zdobyć drugą legitymację.
No więc walczę o swoją przyszłość dalej. Tegoroczny kurs to Nauczanie czytania i pisania. (Polka uczy szwedzkie dzieci czytać i pisać po szwedzku, do czego to doszło!) Na dodatek wzięłam na siebie również kurs języka migowego, który jest w Szwecji bardzo popularny. Czeka mnie mnóstwo nauki i zajęć, nowe znajomości i nowe przeżycia. Uwielbiam biegać na uczelnię, wydeptywać ścieżki między regałami ogromnej biblioteki, słuchać mądrych wykładów. Lubię ten dreszcz na skórze, gdy dowiaduję się czegoś nowego i fascynującego. Uwielbiam pisać i notować, rozwijać się i kwitnąć. Teraz atrakcyjnym dodatkiem do studiów jest szwedzkie towarzystwo. W zeszłym roku w mojej grupie byli sami obcokrajowcy a teraz połowa grupy to Szwedzi. To będzie bardzo dla mnie ciekawe doświadczenie!
Kończę moje wyznania i mam nadzieję, że dodadzą Wam one tej energii, której mam teraz tak dużo! Mam również nadzieję, że moja radość i motywacja się Wam udzieliła i byłabym jeszcze szczęśliwsza, gdyby się komuś z Was przydała.
Dobrej nocy!
Haga Park
Mieszkam w sztokholmskiej gminie Solna.
To bardzo ciekawa i piękna okolica i podobno najlepsza gmina w całej Szwecji. Ja tego osobiście nie odczuwam, ale od siebie mogę powiedzieć, że mieszka mi się tu w miarę spokojnie, mam blisko do dwóch wielkich parków przy wodzie – Haga oraz Råstasjön, a także Brunnsviken, co dla mnie – wielbicielki roweru i natury jest na wagę złota.
Do Haga Parku mam bardzo blisko i odpoczywam tam tak często jak mogę. Najchętniej oczywiście na rowerze.
Albo na zwykłym nieśpiesznym spacerze… O każdej porze roku.
Dziś w Koppartälten (to ten niebieski wielki namiot), można było obejrzeć zabawną operetkę „Jak Król Gustaw III reżyseruje Wesele Figara”. Dowiedziałam się o tym przedstawieniu z kwartalnika „Kultura i wydarzenia w Solna” (na pewno każda gmina ma podobną książeczkę), którą biorę z naszej miejskiej biblioteki i dzięki której nie omijają mnie ciekawe rzeczy.
Nie żebym była taka dobra ze szwedzkiego, ale poszłam na to przedstawienie głównie po to, żeby posłuchać jak śpiewają. A śpiewali pięknie!
Sztukę z grubsza zrozumiałam i miałam naprawdę przyjemną muzyczną godzinkę.
W sztuce tej jednym z bohaterów był Carl Michael Bellman i o nim nie mogę nie wspomnieć, bo to jeden z najważniejszych poetów i kompozytorów szwedzkich, okresu klasycyzmu. Skomponował on pieśń dla króla Gustawa III i nadał jej tytuł Toast dla Gustava.
Na zdjęciu Pawilon Gustawa III, zdjęcie zrobiłam cztery lata temu.
W Haga Parku stoi również pałac księżniczki Victorii, następczyni tronu, która mieszka tam wraz ze swoim mężem Danielem i córeczką Estelle. Pałac jest gęsto otoczony krzewami i drzewami i nie sposób cokolwiek zobaczyć.
Haga Park to też Dom Motyli, do którego wybieram się co roku zimą.
Najbardziej podoba mi się jednak ten szmaragdowy pawilon. W tym pawilonie można posłuchać muzyki, od czasu do czasu ktoś bezinteresownie daje swój muzyczny koncert. Przyjemnie jest wtedy usiąść w pobliżu na kocu i pozwolić muzyce pieścić ucho.
Wiele przemiłych chwil spędziłam w tym parku i jestem szczęśliwa, że mam tak blisko do niego. Miło patrzeć na wypoczywających w nim ludzi, na drzewa, na wodę. Wierzcie mi, trudno usiedzieć w domu mając taki park niedaleko domu.
Taki zwykły niezwykły park.
:-*
Chciałabym Wam podziękować za życzenia urodzinowe pod wpisem 27 sierpnia oraz na fanpage’u Polki. Za wszystkie Wasze serdeczne, zarówno napisane jak i wypowiedziane, a nawet za te tylko pomyślane słowa ściskam Was mocno! Choć większości z Was nie znam osobiście, czuję od Was ciepło i sympatię. A to daje mi siłę do dalszego pisania.
Dziękuję!
fot. Jonna Jinton
Surströmming
Dziś w sąsiedzkim Sundbyberg odbyła się wielka uczta raków i kiszonych śledzi, kräft- i surströmmingsskiva.
Swoją prywatną raczą ucztę miałam dwa dni temu, w domu a tutaj przyjechałam spróbować słynnych kiszonych śledzi (surströmming).
Pierwszy raz usłyszałam o nich w szkole szwedzkiego, że kiedyś, aby zrobić zapasy na długą i surową zimę, między innymi kiszono bałtyckie śledzie. Ryby (których w Szwecji pod dostatkiem) kiszono bo sól, która ma właściwości konserwujące była kiedyś droga i używano jej oszczędnie. Fermentowały i kisły więc sobie te rybki w wielkich beczkach, lekko zasolone, wydając bulgoczące odgłosy…
Rok temu przypadek chciał, że znalazłam się w Sundbyberg właśnie, gdy zaczynał się festyn i byłam przekonana, że w mieście pękło szambo. Smród był taki, że musiałam zakryć nos chusteczką. Patrzyłam na zadowolonych ludzi, stojących w długich kolejkach po swoją porcję śledzi a moje oczy robiły się coraz większe ze zdumienia.
Dziś stanęłam w tej kolejce i ja.
Za całe 70 koron kupiłam sobie najbardziej śmierdzącą kolację mojego życia.
Te rybki to kiszone śledzie. Poddawane są przez 2 miesiące fermentacji a potem zamykane w puszkach, gdzie fermentują sobie dalej. Rok, a najlepiej dwa. Puszki takie otwiera się tylko na powietrzu, a jeżeli już w domu, to pod wodą, żeby ani kropla nie spadła na ubranie, bo będzie do wyrzucenia. Takie prosto z puszki muszą być straszne, dlatego jada się je z cebulą, śmietaną, ziemniaczkami albo z cienkim chlebem. Do tego pije się wódkę, można i piwo.
Do pierwszego kęsa przymierzałam się długo, panie na przeciwko przy stole wspierały mnie serdecznie, jedna z pań chciała mi dać swoje sztućce przyniesione z domu, bo plastikowe są za miękkie. Ze względów higienicznych nie skorzystałam. Rybkę trzeba „otworzyć”, wyskrobać wnętrzności, nabrać cebulki, umaczać w śmietanie i potem szybko pogryźć chlebem. Ach!
Smakowało lepiej niż „pachniało”. Ale nie wiem, czy będę te degustacje ponawiać co roku.
Dla zobrazowania smaku i zapachu polecam do obejrzenia filmik (klik) znaleziony w sieci. Chłopak mówi po angielsku, ale jest tak sugestywny, że znajomość angielskiego nie jest tu konieczna:-)
Czy próbowaliście tych śledzików? Macie to już za sobą?
Racza uczta – kräftskiva
Sierpień to w Szwecji miesiąc, w którym Szwedzi delektują się rakami, (znana w całej Szwecji kräftskiva).
Dawniej były racze premiery, (kräftprämier), 8 sierpnia, kiedy to oficjalnie ogłaszano, że można już prawnie odławiać raki. Łowiono więc je i raczono się nimi, przy dobrych trunkach i ze śpiewem na ustach, najchętniej w gronie rodziny lub znajomych.
Dziś data nie jest już taka istotna ale tradycja na szczęście pozostała.
Raki ze szwedzkich wód są bardzo drogie, więc sklepy pełne są raków importowanych, gotowych w zalewie, albo mrożonych. W Szwecji bardzo polubiłam te urocze przysmaki.
Tak więc w sierpniu o rakach zwykle mowa. Gdzie nie spojrzysz – raki. Wszyscy mówią o raczej uczcie. Małe dzieci wycinają w przedszkolach rakowe ozdoby. W magazynach kobiecych porady, jak się ubrać na racze przyjęcie… Bardzo fajne są wszelkie ozdoby z papieru, cała papierowa zastawa może być w raki i raczki. Najczęściej widuję takie kolorowe księżyce, kapelusiki na głowach, chorągiewki, które dla niektórych są wręcz nieodzowne przy tej okazji.
Ja jednak bez tej papierowej otoczki świetnie daję sobie radę.
Cudownie jest, jak pogoda dopisuje a jeszcze cudowniej jest, jak ma się ogród własny, w którym można się zebrać i razem z przyjaciółmi albo rodziną (jeśli ktoś ma szczęście i ma rodzinę blisko siebie) spędzić przyjemnie czas i pożegnać się z odchodzącym latem.
Do kräftskiva pasuje wyśmienicie znana wszystkim Szwedom sałatka pod nazwą skagenröra. Są to krewetki w śmietanie i majonezie z różnymi dodatkami , ale głównie z dodatkiem ikry rybnej. Pyszna!
Cała ta uczta jest wyborna, dużo w niej też zabawy, żeby wyłuskać z tych raczych kleszczy jak najwięcej smacznego i delikatnego mięsa. Czasem sok z takiego raka trafia prosto w starannie wymalowane oko. Kräftskiva to kolejna szwedzka tradycja, która przypadła mi do gustu (i smaku).
Odkąd tu mieszkam staram się, by to racze święto urządzić dokładnie 27 sierpnia, kiedy to wypadają moje urodziny. (Kończę dziś lat więcej niż 35, które brzmią jeszcze młodo, a mniej niż 40, które brzmią dużo poważniej).
Dziękuję Państwu za uwagę, a ja zaś wracam do stołu, żeby zdmuchnąć świeczkę na urodzinowym torciku, bo mam jedno pewne marzenie….
Zatrzymać lato
Czy Wam też potrzeba odpoczynku po urlopie? Czasu, żeby dojść do siebie i znów wskoczyć na tory codziennych zajęć? Czy Wy też tak jak ja, próbujecie zatrzymać na siłę ostatnie dni lata, odstawić wszystko na bok i wyjść na słońce ?
Wprawdzie walizki już rozpakowane i wciągnięte na pawlacz, to w domu panuje wciąż jeszcze powakacyjny rozgardiasz. Stos ubrań czeka na prasowanie, masa spraw czeka na załatwienie, parę ważnych telefonów czeka na wykonanie…. Ciało zmaga się z lenistwem, głowa walczy z wrażeniami ostatnich tygodni a dusza szuka spokoju.
Dziś, choć tyle do zrobienia, pojechaliśmy do Rezerwatu Przyrody na Gålö. Byliśmy sam na sam z naturą i wytęsknioną ciszą. Długi spacer przez las i odpoczynek na skałach dobrze nam zrobił. Wróciliśmy do domu szczęśliwi od tego słońca i powietrza. Jutro jedziemy znów, na inną wyspę, w inny las. Choćby na kawałek dnia.
Bo obowiązki nie uciekną, a lato tak.
Blog Off
Czas na przerwę:-)
Zamilknę na miesiąc ale będę o Was myślała, moi drodzy czytelnicy.
Życzę Wam wszystkim słonecznych, radosnych i przyjemnych wakacji. I życzę Wam też czasu dla siebie – dla ciała i duszy. Ładujcie Wasze życiowe baterie wszystkim, co kochacie:-)
Do zobaczenia za miesiąc!
Ściskam Was mocno,
Monika
Rowerem przez Möja
Wczoraj spędziliśmy dzień w pięknym zakątku na Skärgården – na wyspie Möja.
To jedna z większych wysp i na zwiedzenie i nacieszenie się nią całą potrzeba dwóch dni, dlatego chcemy tam wrócić. A właściwie wracać, bo wyspa jest niezwykle osobliwa i bajecznie piękna.
Zabraliśmy ze sobą rowery składane. Takie rowery (poskładane) można zabrać na autobus i na statek, bez opłaty. Cała podróż od wyjścia z domu do Möja zabrała nam 4 godziny.
To początek wycieczki, ruszamy rowerami pod górkę, ja oczywiście co chwilę się zatrzymuję, żeby zrobić zdjęcie, irytując tym Adama, bo ileż można! Kilka metrów dalej skręciliśmy w las, bo strzałka mówiła, że tam będzie kąpielisko i kawałek plaży.
Zrobiliśmy sobie tam pierwszy piknik. Słońce jak na zamówienie. Prawie żywej duszy dookoła.
Po krótkim, słodkim i przyjemnym odpoczynku wróciliśmy i pojechaliśmy dalej, aż trafiliśmy do wsi Hamn.
Dech mi tam zaparło w piersiach, bo to tak, jak by cofnąć się w czasie i zobaczyć Szwecję 50 lat wcześniej! Obrazki jak z planu filmowego Dzieci z Bullerbyn, prawdziwie idylliczne widoki. I taki spokój, cisza, i tylko od czasu do czasu słychać śmiech małych dzieci bawiących się na górce.
Ktoś siedzi na ganku i czyta książkę. Ktoś prawdziwą kosą kosi trawę. Kobieta wiesza pranie na sznurze. Czułam zapach poziomek. Docieram na koniec wsi, staję na brzegu kamienia, nad wodą i czuję jak oczy wypełniają mi się łzami ze wzruszenia.
Ten widok wydał mi się tak romantyczny, jak ze starego filmu…
Nie widzieć takiej wsi to nie widzieć Szwecji w ogóle. Nie zobaczyć tych ludzi to nie poczuć szwedzkiej duszy i jej pragnień znalezienia się na odludziu, tak blisko natury, gdzie nikt nie przeszkadza…. Boże kochany, jak pięknie! Opuszczałam wioskę ze ściśniętym gardłem. Trzeba jechać dalej, jeśli chcemy zwiedzić wyspę.
Mieliśmy do wyboru wrócić tą samą drogą do Berg i potem jechać prawą stroną w górę wyspy, do portu Ramsmora albo pójść przez las na przełaj i wtedy z Ramsmora jechać na południe z powrotem do Berg. Wybraliśmy drogę na „skróty”. Na mapie wydawało się niedaleko, a droga okazała się długa, choć na początku przyjemna, z czasem trudna i coraz bardziej uciążliwa.
Zabraliśmy te rowery na wyspę, żeby na nich wyspę objechać,
ale rowery miały z nas ubaw, bo przez ponad dwie godziny prowadziliśmy je po tych kamieniach i korzeniach. Gdy momentami opuszczały mnie siły, mój mąż prowadził oba rowery i niósł oba plecaki.
Ta droga przez las miała swój urok – urok przygody, niewygody i minimalnego wysiłku jaki człowiek musi od czasu do czasu z siebie dać. A kontakt z surową naturą, zapach rozgrzanego runa leśnego, smak spotkanych po drodze poziomek oraz przede wszystkim towarzystwo kochanego człowieka sprawia, że całość daje poczucie prawdziwego szczęścia.
Gdy już ukazała nam się droga i zabudowania, dostrzegliśmy w oddali maleńki port – Fiskehamn. Tam zrobiliśmy sobie drugi piknik, który smakował jeszcze lepiej. Obeszłam port dookoła uwiecznić go na zdjęciach:
Nasz czas na Möja dobiegał końca, za chwilę ostatni statek. Pokochaliśmy tę wyspę, mało nam było i wiemy, że tam wrócimy.
Samozbiory – självplock
Dziś skąpemu słońcu wtórował chłodny wiatr. Ja jednak nie lubię siedzieć w domu i ciągnie mnie na włóczęgi bez względu na pogodę. Najchętniej rowerem. Dziś koła poniosły nas parę kilometrów na północ. Pomyliły nam się drogi i bardzo dobrze, bo dostrzegliśmy niewielkie pole uprawne a na nich ludzi z koszami w rękach. Do tego pola prowadziła alejka z jabłonek, a przy nim rosły krzaki czarnych porzeczek!
No nie sposób nie przykucnąć i nie spróbować!
Okazało się, że to pole to självplock, co w wolnym tłumaczeniu oznacza samodzielne zbiory, dawniej popularne i cenione w Szwecji.
To może być uprawa prywatna, najczęściej ekologiczna, na którą właściciel zaprasza (ogłasza się w prasie, przez Internet) klientów do zbierania owoców lub warzyw na własne potrzeby. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i zebrać małe co nieco. Każdy może użyć przygotowanych koszyczków, miseczek, noży, wózków i torebek foliowych.
Nam zależało najbardziej na wielkich, dojrzałych i boskich w smaku czarnych porzeczkach.
Szwedzi bardzo lubią taką formę zakupów. Szczególnie ci, którzy starają się jeść zdrowo.
Mniam, kalafiory i rzepa…
Marchewka…
Tabliczka ej klart informuje, że te warzywa nie są jeszcze w pełni dojrzałe.
Samozbieranie było bardzo przyjemne i przywodziło mi na myśl czasy, kiedy dawno temu w babcinym sadzie zrywałam maliny, zbierałam ogórki i pomidory. Te tutaj warzywa są uprawiane ekologicznie i przez to trochę droższe niż w sklepie. Ale zdarzały się też ceny niższe. Najfajniejsze jest w tym wszystkim to, że wybierasz sam i to, czego tylko dusza zapragnie!
Można tam było nazbierać przede wszystkim warzyw, ale nie brakowało też kwiatów.
Jak ktoś zmęczony, to może odpocząć, w bardzo przyjemnym miejscu.
Na koniec idzie się ze swoim koszyczkiem do kasy, a po drodze można nawet wybrać krzewy do posadzenia w ogrodzie, jak ktoś ma. Donice, ziemię, sadzonki poziomek, a nawet gotową sosnę. Nikt za nikim nie chodzi, nikogo nie kontroluje i nikt nie próbuje też pójść sobie nie płacąc.
Ludzie stoją w długich kolejkach, dzieci łobuzują na wózkach i taczkach…
A to koszyczek przed nami:-)
Dobrze, że miałam ze sobą pojemny plecak! Wracamy do domu prędko, wstawić botwinkę na kolację.
Siła słów i moc zmieniania świata
Mama mojej byłej, pięcioletniej uczennicy, pisze na Facebook tak:
„Jestem nieziemsko dumna z mojej małej gwiazdki! Dziś powiedziała mi, że jakieś dziecko w przedszkolu nazwało inne dziecko określeniem mającym coś w sobie negatywnego do koloru skóry. Freya popatrzyła na to dziecko i powiedziała: „To nie jest miłe!!!” Po czym powiedziała mi, że „ona by tak nie zrobiła. Mamy różny kolor skóry ale takie samo serce.”
Moje serce zaś, kiedy to przeczytałam zabiło mocniej z radości i dumy.
Freya dokładnie powtórzyła słowa, które zawsze mówiłam do dzieci, próbujących dyskryminować innych. Uczyłam szacunku i sympatii do inności, odmienności, głosiłam tolerancję oraz siałam miłość w tych dzieciach. Dziś dostałam niezbity dowód na to, że moja praca nie poszła na marne! Czy to nie wspaniałe?
Dzieci rodzą się tolerancyjne. Akceptują otoczenie, traktują odmienność jak coś oczywistego. To my dorośli uczymy je uprzedzeń i niechęci. Słowo „czarny” nie pochodzi z głowy dziecka, ono najpierw pada z ust dorosłego. Dlatego z moich ust padają słowa: „Nieważny jest kolor skóry, ważne jest serce”.
Siłą mojego zawodu jest siła słowa. Czuję, że mam moc kształtowania i wychowywania. Słowem formuję moje dzieci tak, by stali się cudownymi dorosłymi. Ludźmi tolerancyjnymi i pełnymi szacunku.
Wiem, że to kropla w morzu, ale takie jest moje zmienianie świata na lepsze.

































































Najnowsze komentarze