Blog
Archipelag sztokholmski – wyspa Utö
Na wschód od Sztokholmu, na wodach Bałtyku rozciąga się kraina wysp.
Archipelag. Szkiery. Skärgården. Jakkolwiek tej krainy nie nazwać, jedno jest pewne – ta kraina jest wspaniała.
Cały archipelag, który rozciąga się od wyspy Archolma na północy do Landsort na południu (około 15o km) składa się z 24 tysięcy mniejszych i większych wysp. Wyspy te różnią się nie tylko wielkością, ale też urokiem. Scenerie takich wysp to lasy i skały, łąki i pastwiska, przystanie, plaże oraz oczywiście domy, domki, budynki gospodarcze, na wielu są kawiarenki, butiki, restauracje… Archipelag to raj nie tylko dla żeglarzy ale i dla tych wszystkich, którzy mają na którejś z wysp swój domek letniskowy (sommarstuga).
Staramy się latem zawsze odwiedzić kilka wysp, na wielu już byliśmy, ale jeszcze, jak sama ich liczba wskazuje, wiele mamy jeszcze do zobaczenia.
Najłatwiejszym sposobem poruszania się po archipelagu sztokholmskim jest korzystanie ze statków Waxholmsbolaget. W tym roku pojawił się bilet (karta) o wartości 750 koron (ok. 380 zł), na którą można poruszać się wszystkimi statkami, nawet Cinderellą, przez miesiąc (karta ważna jest dokładnie 30 dni) bez ograniczeń, na dowolne wyspy, we wszystkich trasach w całej krainie. Skorzystaliśmy z tej oferty i kupiliśmy takie bilety.
Wczoraj wybraliśmy się na wyspę Utö (MAPA) jedną w większych w archipelagu. Dotarcie do wyspy zajęło nam ponad dwie godziny, najpierw pociągiem do Nynäshamn a potem statkiem do wyspy Ålö i stamtąd rowerem do Utö. Przemierzanie wyspy zaczęliśmy od kubka kawy w restauracji o prawdziwie wyspiarskim klimacie.
Kilka lat temu byliśmy na tej wyspie ale przeszliśmy ją (jej część właściwie, bo wyspa jest bardzo duża) pieszo, wczoraj mieliśmy nasze rowerki, więc mogliśmy zwiedzić i przejechać większą część wyspy.
Po drodze znajdowaliśmy mnóstwo cichych i spokojnych miejsc na odpoczynek. Wiem, że zdjęcia nie oddadzą całego uroku wyspy, ale mam nadzieję, że w tych kilku obrazach uda mi się oddać to, jak wygląda Utö. W te nowe zdjęcia wplotę zdjęcia sprzed 5 lat.
Na Utö znajduje się najstarsza w Szwecji kopalnia rudy żelaza, hotel…
kanał oddzielający dwie wyspy,
oraz wojskowy teren strzelniczy.
Ha! To nie jest mój nowy rower. To motorower (mopped), typowy środek transportu na wyspach. Użyczył mi go do zdjęcia zaskoczony mieszkaniec Utö.
Wyprawa na każdą wyspę jest dla nas czymś bardzo atrakcyjnym, obojętnie czy zwiedzamy wyspę pieszo, czy na rowerach. Jest naszym antidotum na wielkomiejski zgiełk i betonowe otoczenie. Nawet zimą warto na taką wycieczkę pojechać! O rejsie po zamarzniętym archipelagu pisałam kiedyś w Polka w Sztokholmie. Oczywiście latem jest przyjemniej a na rowerach wygodniej i zobaczyć można więcej. Tutaj nasze rowery poskładane, zapakowane w torby czekają na autobus.
Podaję Wam link do strony Waxholmsbolaget, na której znajdziecie wszelkie informacje o trasach. Translator tłumaczy na polski.
Dziś byliśmy w prawdziwej perełce sztokholmskiego archipelagu – Sandhamn. O niej już niebawem.
Miłego weekendu!
Lato idealne
Nadeszło wreszcie lato…
Takie prawdziwie gorące, upalne i słoneczne. Czyli takie, jak być powinno. Już traciłam nadzieję, że nadejdzie, bo cały czerwiec był dosyć chłodny i deszczowy. Zdarzają się w Szwecji takie zimne lata. Ale koniec końców, przyszło wreszcie i jest, rozpieszcza i cieszy.
Cieszy nie tylko mnie, bo widzę, że każdy skrawek ziemi, trawy i skały jest wykorzystany, małe i większe plaże wypełnione spragnionymi słońca ludźmi.
Latem zwykle zostajemy w Szwecji, bo latem jest tutaj cudownie. Sztokholm na nowo odsłania przed nami swoje idylliczne zakamarki, eleganckie i ciekawe trasy rowerowe, pulsujące zielenią parki i ogrody oraz urokliwe kąty i zaułki, w które najłatwiej zawędrować podczas długiego letniego spaceru.
Nad spacery wolimy rowery, które obydwoje uwielbiamy!
W Sztokholmie jest tyle pięknych i ciekawych tras rowerowych, wybór tras jest ogromny. Najczęściej wybieramy trasy blisko nas, wokół Haga Parken, jeziora Råstasjön oraz Brunnsviken.
Trasa wokół Brunnsviken wiedzie przez ogródki działkowe i most przez który trzeba rowery przeprowadzić na drugą stronę, (tego momentu nie lubię), wzdłuż wody i przez las. Wiedzie też przez wielki ogród Bergianska Trädgården, którego część pod dachem (oranżerię) odwiedzamy zimą.
Inną naszą bliską trasą jest trasa od Zamku Kalberg (Kalbergs Slott) do Solna Strand. Ta z kolei trasa jest bardziej „miejska” ale znajdujemy na niej miejsce do wypoczynku.
Miłe są przerwy na odpoczynek, ja takiej kondycji aż nie mam, by ciurkiem kilka godzin pedałować. Jak dobrze jest położyć się na chwilę na kocu, wbić wzrok w korony drzew nad głową, wodzić wzrokiem za szybującymi ptakami i poczuć się bezbrzeżnie szczęśliwym tylko dlatego, że słońce świeci.
Dziś przejechaliśmy całą wyspę Djurgården. To bardzo elegancka trasa. Pełna kontrastów. Wiedzie od żywotnego Blockhussudden z Thielska Galleriet do przeuroczej drogi wzdłuż kanału Djurgårdsbrunnkanalen.
Zazdrościłam tym na łódce, tym w kajakach i tak pomyślałam, że takie chyba jest lato idealne. Kontakt z naturą, delektowanie się morską bryzą i słońcem, które rozgrzewa i ozłaca skórę, ładując wyczerpane zimą baterie.
Wypróbowaliśmy dziś nowe rowery, składane, które można zabrać na pokład statku, czy do autobusu. Spisały się znakomicie i jutro zabieramy je na wyspę Öja w Archipelagu Sztokholmskim. Poza tym, na rowerach reperujemy zmarnowaną za biurkiem w ciągu zimy i wiosny kondycję.
Widoki na trasie Djurgården są pełne kontrastów, tu stary zamek, tam pałacyk, (na zdjęciu poniżej Pałac Rosendal – Rosendals Slott), gdzie indziej drewniane domki o wiejskim uroku, i gdzieniegdzie wille z wyszukanym stylu i widokiem na wodę…. Lubię tu przyjeżdżać, bardzo.
Stoję i próbuję wypatrzeć w dali Skansen.
Jeżdżenie i podróżowanie z moim mężem obieżyświatem jest czasami męczące. Stale każe zajrzeć mi do mapy i stale coś opowiada. Wiesz, w latach 1700 Djurgårdbrunn był kurortem wodnym, a tam, popatrz, kiedyś były tylko młyny, dziś są to zwykłe bloki mieszkalne, a tam, patrz, no nie widzisz, Skansen! A powiedz mi, jak się nazywa ten most?
Nie pozostaję mu dłużna i co chwilę robię przystanki, by wyciągnąć aparat i uwiecznić na zdjęciu piękny kwiat, pomnik albo ciekawy widok. Sobie też każę robić zdjęcia i nie zawsze jestem zadowolona, czym go oczywiście irytuję.
Ale w sumie bilans wychodzi na plus i ze wspólnych wycieczek czerpiemy same korzyści!
Takie jest dla nas lato idealne = słońce + rower + natura. A jakie jest dla Was?
Mam ogromną nadzieję, że i pogoda i humory Wam dopisują. Że chłoniecie lato każdym porem skóry, bez względu na to, gdzie je spędzacie. Że czujecie się szczęśliwi z prostych powodów.
W każdym razie życzę Wam tego z całego serca.
Wasza Monika
Ratusz miejski – Stadshuset
Ratusz miejski (Stadshuset) jest jednym z najważniejszych punktów zwiedzania Sztokholmu. (MAPA)
Położony nad wodą Riddarfjärden dominuje w widzianej od południa panoramie miasta. Ratusz uznawany jest za symbol stolicy a trzy złote korony na szczycie jego wysokiej na 106 m wieży symbolizują Szwecję.
Jego wewnętrzny dziedziniec ma piękny arkadowy krużganek.
Ratusz, dziedziniec i ogród są dziełem znakomitego architekta Ragnara Östberga. Budowa Ratusza zajęła kilkanaście lat i ukończona została w 1923 roku. Zamierzeniem architekta było „postarzenie” budynku, jak przystoi Ratuszowi i nadać mu cechy budynku jak z zamierzchłych czasów.
Inspirację do jego projektu czerpał on z włoskiego renesansu, nordyckiego gotyku i odrobinę też ze sztuki islamskiej. Wzorował się poniekąd na weneckim Pałacu Dożów. Do budowy Ratusza użyto 8 milionów cegieł a do ozdobienia Złotej Sali ponad 18 milionów pozłacanych płytek.
Do prac przy ozdabianiu wnętrz Ratusza zaangażowano cały szereg szwedzkich artystów.
W głównej, dużej sali Ratusza nazywanej Salą Błękitną (Blå Hallen) wydawane są uroczyste przyjęcia. Tym najbardziej znanym jest przyjęcie na cześć laureatów Nagrody Nobla, zawsze 10 grudnia.
Sala miała być w błękitnym odcieniu, ale kiedy Ragnar zobaczył wymurowaną salę, tak bardzo mu się spodobała mu, że postanowił jej jednak nie malować. Ale nazwa została.
To Sala Błękitna widziana z piętra.
Wnętrze Ratusza na piętrze jest nie mniej imponujące. To jedna z mniejszych sal, na zdjęciu poniżej, wyłożona gobelinami, dla których kształt sali został specjalnie zaprojektowany.
Z niej wchodzi się do długiej sali jadalnej. Stoły ustawiane są wzdłuż i ci, którzy siedzą naprzeciw okien mają widok na wodę Riddarfjärden, a ci którzy siedzą placami do okien widzą taki sam widok, tylko namalowany na ścianie, skryty za kolumnami.
W kolejnej sali, z wysokim ciekawym stropem, odbywają się jakieś obrady Zarządu Miasta Sztokholmu.
Jedną z piękniejszych jest Sala Złota, ozdobiona jest pozłacanymi płytkami mozaikowymi.
Te płytki to maleńkie kawałki szkła, między które wkładano folię z 23 karatowego złota. Te płytki wmontowano w ściany tej sali nadając jej złoty wygląd.
Na wysokiej, masywnej i kwadratowej wieży Ratusza lśnią trzy złote korony. Na wieżę można wejść po 365 schodkach, na taras widokowy, by potem stamtąd podziwiać Sztokholm oraz wielkie dzwony zawieszone pod kopułą.
A oto wspaniała nagroda za wejście na wieżę, widok na Stare Miasto i cały Sztokholm. Polecam wejście po południu (po 13.), żeby uniknąć robienia zdjęć Starego Miasta pod słońce.
Między Ratuszem a wodą znajduje się ogród, nazywany parkiem (ogrodem) ratuszowym. Znajdują się w nim marmurowe rzeźby i fontanna. Ja czasem przychodzę do tego ogrodu odpocząć, zebrać myśli, czy po prostu popatrzeć na piękny dziedziniec i przeglądające się w wodzie miasto.
Zwiedzanie Ratusza:
Ponieważ zwiedzanie Ratusza odbywa się tylko z przewodnikiem, wejść można tylko w określonych godzinach, w grupach do 10 osób i trwa około 45 minut. Informacje o godzinach zwiedzania i cenach oraz zwiedzaniu z przewodnikiem (w różnych językach) znajdziesz tutaj (klik). Znaczek globusika – translate, na górze pomoże Ci przetłumaczyć wszystko na język polski.
Ceny: od kwietnia do października: dorośli: 100 koron, studenci i emeryci 80 koron, dzieci do lat 11 za darmo, od 12 do 19 lat 40 koron, z Kartą Sztokholmską zwiedzanie ratusza i wejście na wieze za darmo. Zwiedzanie wieży 4o koron, bez zniżek.
Listopad i grudzień wszystkie bilety około 20 koron taniej, wieża 40 koron.
Dojazd: Do Centralen i później dojść pieszo ok 600 m.
Festiwal Wikingów
W Stallarholmen zawsze w pierwszy weekend lipca odbywa się Vikingafestivalen – festiwal wikingów.
Na festiwalu tym można poczuć ducha czasu wikingów, bawić się, trenować swoje umiejętności łucznicze, obejrzeć zaimprowizowane walki oraz zwykłe życie szwedzkich wikingów.
Cały teren festiwalu jest wypełniony straganikami, które oferują bogaty wybór rękodzieła: kute w srebrze, cynie, żelazie i miedzi, przedmioty z kości i rogu, misy i talerze, drewno, buty, pasy i inne przedmioty ze skóry, broń, ceramikę, wiklinę, odzież, rogi do picia, instrumenty muzyczne i wiele, wiele innych.
Ja, choć nie jestem zapalona miłośniczką wikingów, bawiłam się świetnie. Na te kilka godzin zapomniałam o bożym świecie, naprawdę!
Oto, jak było, zobaczcie na zdjęciach:
Choć ten festiwal się już zakończył, myślę (mam taką nadzieję), że jeszcze tego lata, gdzieś będą odbywać się tego typu imprezy. Jeśli coś zauważę, obiecuję, że dam znać!
Do miłego 🙂
Moja historia cz. 2
Wprowadziłam się do Halinki w październiku 2002 roku.
Ale zanim zacznę dzisiejszą opowieść, należy się parę słów więcej o jej osobie.
Halinka pochodzi z żydowskiej rodziny, wychowała się w Łodzi, potem przeniosła się do Warszawy. Najczarniejszym okresem w jej życiu była wojna. Niemal całą jej rodzinę wymordowali Niemcy. Dobrzy ludzie pomogli jej i jej matce ukrywać się, co sprawiło, że obie przeżyły wojnę. Jej matka dożyła 97 lat. Wojnę Halinka wspomina bardzo źle, wojna zostawiła w niej do dzisiaj nie zagojoną traumę.
Kiedy u niej zamieszkałam, była wówczas 70 letnią, emerytowaną już panią profesor socjologii na Politechnice Warszawskiej. Jest współautorką czterech części książki „Dzieci Holocaustu mówią”. Prawdziwy altruista, człowiek o sercu wielkim jak kula ziemska, sercu nawet nie złotym, tylko diamentowym. Jest bardzo dobrym człowiekiem, cierpliwym i wyrozumiałym. Jej dom był otwarty, odwiedzali jej dawni studenci, przyjaciółki, znajomi i całkiem obcy. Do jej drzwi pukali bezdomni, bo wiedzieli, że dostaną parę złotych; podrzucano jej znalezione pieski, bo dobrze wiedziano, że Halinka pomoże znaleźć dla nich przytulne schronienie na resztę psiego życia. Dwa pieski znalazły dom u niej samej.
Pomagała wszystkim jak tylko mogła. Przez wiele lat odwiedzała z obiadami przykutą do ciężkiego respiratora sąsiadkę pomimo, że ona miała dwie dorosłe i zdrowe córki. Gdyby nie Halinka, sąsiadka ta umarłaby z głodu i poczucia opuszczenia. Smutnymi oczami oglądała codzienne wiadomości pomijając cichym westchnieniem zło tego świata. Moje paplanie o własnych głupich problemach kwitowała z filozoficznym sarkazmem: „obyś tylko takie wspaniałe problemy miała” a na moje narzekanie na ludzi mówiła „każdy jest jakiś”.
Do jej warszawskiego mieszkania i do jej spokojnego życia weszłam jako naiwne roztrzepane dziewczę z zawodówką w garści i wielkimi ambicjami, które jakoś ciężko było mi zrealizować. Ledwie zdążyłam się zadomowić, Halinka zarzuciła na mnie swą magiczną sieć. Mówiła: – „To się nie godzi, żeby taka fajna dziewczyna po świecie bez matury chodziła”. O szkole mówiła ciągle, codziennie wracała do tematu, bo moja odpowiedź, że „zrobię, zrobię” nie była dla niej zadowalająca. To był październik, szkoły nabrały rozpędu, a jej najlepszym argumentem, by pójść do szkoły było to, że znajdowała się ona po drugiej stronie ulicy.
Ja wówczas nie miałam ochoty na żadną szkołę, bo właśnie, po 2 latach zostawił mnie chłopak. Ale uparta kobieta nie dawała za wygraną i postawiła ultimatum, że „jeśli chcę u niej mieszkać, to mam iść do liceum. Koniec kropka”.
No to poszłam. Na odczepnego i dla świętego spokoju, z lekkim poślizgiem zaczęłam 2 letnie liceum dla dorosłych. Och, Jezu, jak ciężko mi było się uczyć, tak bardzo odwykłam, tak wiele zapomniałam! Przychodziłam z pracy strasznie zmęczona, ale brałam prysznic, jadłam kolację, robiłam kawę i zawzięcie brałam się do nauki. W weekendy chciałam na dyskoteki, nie do notatek. Do nauki często się zmuszałam. Ze ścisłych przedmiotów musiałam brać korepetycje (za które płaciła Halinka, bo wiedziała, że inaczej zrezygnuję ze szkoły), w przedmiotach humanistycznych pomagała mi ona sama, ponieważ była uczonym człowiekiem. Bywało, że chciała mi trzepnąć księgą w głowę, ze złości na moją tępotę, ale tłumaczyła i uczyła cierpliwie. A ja nie jeden raz chciałam odpuścić, ale z czasem, przed maturą zaczęło mi się nawet w szkole podobać, i koniec końców maturę zdałam na pięknych czwórkach. Zamarzył mi się uniwersytet.
Z Halinką zaczęłam się powolutku i silnie zżywać. Po roku mieszkania u niej przestała ode mnie brać pieniądze za stancję. Mówiła: „to jest także twój dom”. Ona nie tylko uczyła mnie historii i poprawnej polszczyzny, ale też dobrych manier. Gdy źle podałam do stołu albo siadałam do obiadu z podkurczonymi na krześle nogami, nie jadła. Na moje pytanie: „czemu nie jesz?” odpowiadała miękko: „bo mi odbierasz apetyt”.
Halinka nie ma dzieci i traktowała mnie jak córkę, choć długo tego słowem nie wyraziła. Była w stosunku do mnie bardzo opiekuńcza. Pokochałam ją. Mimo, że mam kochającą i kochaną mamę, Halinka po dwóch latach mojego u niej życia, co roku dostawała ode mnie bukiet kwiatów na Dzień Matki. Nie było wtedy żadnych słów, a ona wzruszenie swoje skrywała w płatkach róż.
Gdy skończyłam to „wymuszone” liceum, Halinka powiedziała mi, że przez rok będzie przygotowywać mnie do egzaminu na studia wyższe. Zrobiło mi się przykro, że we mnie nie wierzy. Uniosłam się honorem i w tajemnicy przed nią złożyłam podania do trzech pedagogicznych szkół wyższych w Warszawie. Pedagogika była moim oczywistym wyborem, bo zawsze kochałam dzieci i od dziecka marzyłam o pracy z najmłodszymi. W moich staraniach o studia pomogły mi dwie Moniki, jedna (M.S.) w sprawach formalnych, podania, wnioski itp. a druga (M. G.) w przebrnięciu przez zalecone do egzaminów lektury. Pierwszy egzamin wstępny miałam na Uniwersytecie Warszawskim.
To były wakacje 2004. Mieszkałam wtedy przez całe lato u rodziny, u której wcześniej pracowałam. Rodzina ta była na wakacjach a ja zostałam z ich psem.
Pewnego dnia, dokładnie 5 lipca 2004, elegancko ubrana wychodziłam właśnie na drugi wstępny egzamin na inną, drugą z kolei uczelnię, kiedy zatrzymał mnie telefon z Uniwersytetu z informacją, że zostałam przyjęta na pięcioletnie magisterskie studia w kierunku Nauczanie początkowe. Z wrażenia i szoku odebrało mi głos i nie miałam czym podziękować. Zapłakana ze szczęścia pojechałam do domu, do Halinki. Gdy jej powiedziałam co zrobiłam, co się stało, płakałyśmy już obie, (płaczę nawet teraz, gdy o tym piszę). To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu.
W kawiarni Czuły Barbarzyńca, w Warszawie
W październiku zaczęłam studia. To były wspaniałe lata, jeśli wezmę pod uwagę same studia, których naprawdę nie mogłam wybrać lepiej. Kontakt ze światem uniwersyteckim, z ambitnymi, uduchowianymi studentami, fantastycznymi dziewczynami, z pedagogiką. Nowe znajomości, nowe horyzonty, przyrastająca wiedza. Dreszcz jaki się czuje, kiedy się kwitnie.
Jednocześnie nabierałam doświadczenia w zawodowej pracy z dziećmi, pracowałam jako opiekunka, już u innej rodziny, u której też pracowałam ponad trzy lata i która na koniec zabrała mnie na wakacje do Chorwacji. Tu muszę dodać, że miałam szczęście, (poza jednym przypadkiem), że trafiałam do dobrych rodzin, na długie lata. Przy wyborze pracy kierowałam się intuicją, która rzadko mnie zawodziła. Od trzeciego roku studiów pracę godziłam z praktykami w przedszkolu i szkole podstawowej, co bardzo przyjemnie wspominam. Przez ostatni rok studiów pracowałam jako nauczycielka w przedszkolu. To był okres wytężonej pracy, nauki, praktyk ale i imprez, dyskotek, co rusz nowych miłości i przyjaźni.
To była jasna strona tych 7 lat.
c.d.n
Dalarna, serce Szwecji
Tegoroczny Midsommar spędziłam w regionie Dalarna.
Tylko kilka dni pobytu w tym regionie i tak piękne, barwne i wzruszające obchody najkrótszego dnia w roku (Midsommar) w kilku różnych jego miastach sprawiły, że trudno mi będzie teraz wyobrazić sobie obchody tego święta gdziekolwiek indziej. Towarzyszą mu ludowe obrzędy, festiwale, wielowiekowe tradycje taneczne i muzyczne oraz kolorowe regionalne stroje.
Poza tym, Dalarna, nazywana często ludową prowincją a jeszcze częściej sercem Szwecji to nie tylko ośrodek folkloru, ale także malownicze krajobrazy, sielskie wsie, idylliczne miasteczka i piękne miasta.
Dawniej kraina znana z kopalń miedzi, żelaza i srebra, dzisiaj ma inne oblicze – swoją naturą i przyrodą, różnorodnością, kulturą i serdeczną gościnnością inspiruje i przyciąga turystów i artystów z całej Szwecji i nie tylko.
Region Dalarna jest jednym z największych atrakcji turystycznych w Szwecji. Ten najdalej na południe wysunięty górzysty obszar oferuje nam mnóstwo możliwości wypoczynku o każdej porze roku. Latem przyciąga głównie obchodami święta Midsommar, zimą zaś kusi doskonałymi warunkami i atrakcjami dla narciarzy.
Sercem Dalarny jest pięknie skrzące się i osnute legendami jezioro Siljan (mnie podoba się to jezioro bardzo!) oraz leżące wokół niego trzy spore miasta: Mora, Leksand i Rättvik.
Badania mówią, że jezioro Siljan powstało 360 milionów lat temu na skutek uderzenia ogromnego meteorytu. Z jeziorem związane są różne legendy, bo faktycznie, urok jego wód jest czarowny i magiczny. To jezioro jest ważnym tłem dla obchodów Midsommaru, ponieważ częścią obrzędów jest przepłynięcie łodziami ubranych w ludowe stroje mieszkańców, o czym opowiadałam przy okazji obchodów w Rättvik i Leksand.
Co roku, do Dalarna przybywają z całej Szwecji i nie tylko, miłośnicy muzyki na dwa wielkie festiwale. Jednym z nich jest Muzyka nad Jeziorem Siljan (Musik vid Siljan).
Region ten był (i wciąż jest) inspiracją dla artystów, jednym z nich był malarz i rzeźbiarz Anders Zorn, którego muzeum i niesamowicie inspirujący dom odwiedziliśmy w Mora.
Mora jest jednym z trzech znanych miast leżących wokół tego jeziora. Poza Zornem, Mora związana jest także ze słynnym, corocznym biegiem Wazów, tutaj jest tego biegu meta.
A to główny deptak w Mora.
I kościół, widziany z ogrodu Zorna. Widać też kawałek serca w jego ogrodzie, który mówił jego gościom, że są mile widziani.
Pozostałe dwa wspomniane miasta to Leksand i Rättvik.
Rättvik jest spokojną miejscowością, w którym jakby zatrzymał się czas. Stare domki pasterskie domki (fäbodar) z przyległymi do nich zabudowaniami, pochodzące jeszcze z XV w. są jak żywe muzea, gdzie ciągle jeszcze doi się krowy, ubija masło, wyrabia kozi ser i piecze tradycyjny cieniutki chrupki chleb (Vasa bröd).
Gdzieś na skraju lasu skrywa się chata, w której powstają jeden za drugim koniki z Dalarny. Takich miejsc, gdzie wyrabiane są te koniki, jest w Dalarna oczywiście więcej, najbardziej znany i chyba największy warsztat znajduje się w miejscowości Nusnäs.
Stoi w Rättvik piękny biały kościół, który przegląda się w wodzie.
Na romantyczny spacer można pójść wzdłuż bardzo długiego molo.
Leksand jest miejscowością, w której żywo kultywuje się dawne tradycje. Samo miasto jest piękne, barwne o ciekawej architekturze, pełne smaczków. Latem, w amfiteatrze jest wystawiane tradycyjne misterium Himlaspelet. Pod pięknym mostem płynie rzeka Dal.
W parku, niedaleko rzeki stoją czynne dzwony.
Samo miasteczko jest przeurocze. Trochę jak z bajki…
Dalarna to nie tylko te trzy miasta, to także wiele, wiele innych ciekawych i pięknych miejsc, które chciałabym poznać od podszewki. Chociażby Falun, od którego zaczął się tradycyjny kolor szwedzkich domków, (Szwedzi kojarzą też Falun z kiełbasą Falu (falukorv) czy też Hedemora, która rości sobie prawo do miana najstarszego miasta Dalarna albo przepiękne, widziane przez nas tylko przejazdem Sollerön i Getsunda. Te mini domeczki zauważyłam właśnie tam.
O tej części Szwecji można opowiadać długo. Ale mówiąc o Dalarna nie sposób pominąć milczeniem czerwonych koników (dalahäst), które stały się typową pamiątką ze Szwecji. Ale myślę, że wrażeń na dziś wystarczy i do koników wrócimy przy innej okazji.
Jednego jestem pewna – Dalarna rzuciła na mnie urok. Wiem, że chciałabym tu jeszcze wrócić.
Pierwsze dni z kotem
Jest już z nami całe dwa dni.
Przywieźliśmy go w niedzielę wieczorem, 29 czerwca, w piątą rocznicę mojej pierwszej wizyty w Szwecji. Kotek ma prawie 12 tygodni i na imię mu Plaster. Pierwszy wieczór miauczał strasznie, drżał cały i wołał mamę przeszywającym serce miauczeniem. Noc przespał z nami, między naszymi poduszkami.
Następnego dnia nabrał apetytu i wielkiej werwy do zabawy. Godzinę się bawi (fantastycznie się bawi i już zaczyna rozrabiać, wazony poszły do szafek) potem godzinę śpi. Jest miły, grzeczny i przyjemny, nie drapie, ale też nie daje się wziąć na ręce zbyt często. Czasem pomiaukuje, przywołuje mamę, ale coraz rzadziej. Kiedy nie śpi, chodzi za nami krok w krok. Jest słodki, naprawdę.
Martwi mnie tylko, że nie mruczy.
Moja historia cz. 1
Zawsze ciągnęło mnie do dużego miasta.
Dzieciństwo spędziłam w Polkowicach a lata wczesnej młodości w Lubinie (dolnośląskie). Gdy tylko stałam się osobą pełnoletnią kombinowałam, jak by tu uciec z małego miasteczka, w którym dzieje się tak niewiele. Marzyłam o mieście dużym, właściwie wielkim, najchętniej stolicy. W Lubinie zdążyłam zrobić szkołę zawodową i popracować trochę w sklepie. Pieniądze kiepskie, które w wilczej części szły na utrzymanie rodziny; z pracą rodziców było bardzo kiepsko, bywały miesiące, kiedy nikt z nas nie miał pracy. Marzyłam, by coś się zmieniło.
Pewnego dnia, na wakacjach poznałam dziewczynę, Lidkę (zdjęcie poniżej), która mieszkała w Piasecznie, koło Warszawy. Słysząc o moich marzeniach o wielkim mieście powiedziała z entuzjazmem: Przyjeżdżaj do mnie, dodatek PRACA w Gazecie Wyborczej jest gruby jak książka telefoniczna!
Nie trwało to długo, zanim się spakowałam i wyrywając się z objęć mamy udałam się na pociąg do Warszawy. Podróż trwała 6 godzin, a podczas podróży byłam tak szczęśliwa, że dokładnie tę drogę pamiętam. Wysiadłam w W-wie na dworcu centralnym i ogarnął mnie lekki niepokój. Warszawa wydała mi się taka wielka, pulsująca życiem i olśniewająca. Stałam i patrzyłam na Pałac Kultury z otwartą buzią. Poczułam się taka malutka, maleńka jak biedronka. Strach szeptał: nie uda ci się, nie uda, ale na szczęście przepełniała mnie ambicja i optymizm oraz niepohamowana ciekawość tego miasta. Podniosłam swoją niewielką torbę i ruszyłam w stronę metra.
Przez pierwsze miesiące mieszkałam u tej koleżanki, w Piasecznie, właściwie w domku na ogródkach działkowych. Domek był mały, bez ogrzewania i bieżącej wody. To była chyba zima stulecia, bo pamiętam, że zamarzła nam studnia a my (ja, koleżanka, jej mąż i ich roczny synek) spaliśmy w kurtkach. Warunki były straszne, ale ja byłam u nich szczęśliwa.
Pierwsza moja praca jaka mi się trafiła to roznoszenie ulotek. Szczekały za mną psy, błądziłam po nieznanych mi jeszcze okolicznych miastach i wsiach, zdarłam jedyne moje buty, a za zarobioną marną dniówkę kupowałam jedzenie dla nas wszystkich. Przyszła wiosna i poznałam moją wielką miłość, Bartka. Za chwilę znalazłam inną pracę, jako opiekunka do dzieci a po przepracowaniu miesiąca nie dostałam ani grosza. W końcu, gdy znalazłam trzecią pracę, również jako niania, mogłam wtedy wyprowadzić się od koleżanki i wynajęłam sobie pokój u kogoś obcego. U mojej pierwszej „prawdziwej” rodziny pracowałam ponad trzy lata. Trzy cudowne lata. Traktowano mnie jak członka rodziny, uczestniczyłam we wszystkich rodzinnych uroczystościach, nazywano mnie „kierowniczką”. Pani domu próbowała mnie namówić do zrobienia liceum, ale ja byłam po uszy zakochana i wtedy nie w głowie miałam naukę, chciałam zarabiać pieniądze i odbić sobie „biedę”.
Choć z pracą i finansami układało się wyśmienicie, nie umiałam sobie radzić z pieniędzmi. Nigdy nie chodziłam głodna, ale były dni, kiedy do pracy szłam kilka kilometrów pieszo, bo nie miałam na bilet. Miałam tylko jedyną parę spodni, które gdy po praniu nie zdążyły wyschnąć, nosiłam mokre. Potrafiłam całą pensję wydać na przyjemności, pojechałam na swoje pierwsze wakacje nad morzem, zobaczyłam pierwszy raz w życiu Bałtyk.
Często zmieniałam stancję, bo ciągle było coś nie tak. Przeprowadzałam się siedem razy! Nie raz zostałam oszukana, najemcy przynosili mi otwartą pocztę, krzyczano na mnie, że codziennie biorę prysznic. Gdy moja siódma stancja okazała się niewypałem, rodzina, u której pracowałam, wzięła mnie do siebie.
Ale ja, choć kochałam tę rodzinę całym sercem, nie chciałam mieszkać w miejscu pracy. Krewna pana domu dała mi kontakt do kobiety, która miała pokój do wynajęcia. Maleńką różową karteczkę z numerem telefonu i adresem, napisanym przez nią samą mam do dzisiaj. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Pamiętam, jak była ubrana i pamiętam naszą całą rozmowę. Wciąż widzę obrazek: ona, siedząca na sofie, z psiną na kolanach, otoczona chmurką dymu papierosowego, w tle ogromna biblioteka. Zapytała mnie, czego pragnę w życiu, odpowiedziałam, że szukam domu. Usłyszałam: to właśnie go znalazłaś.
Ma na imię Halina. Wprowadziłam się do niej i spędziłam w jej domu równiutkie siedem lat. Siedem cudownych lat. Choć czasem przechodziłam osobiste piekło, spotkanie tej kobiety było czymś najlepszym, co mogło mi się w życiu przytrafić.
Dlaczego?
c.d.n.
Podróż inlandsbanan – refleksje
Wczoraj skończyła się nasza 6-dniowa podróż koleją śródlądową wzdłuż Szwecji.
Tak jak wszystko na świecie również i ta forma wycieczki ma plusy i minusy. Chciałabym się podzielić z Wami naszymi refleksjami na temat samej podróży tym pociągiem oraz pokazać poprzez garść zdjęć to, co po drodze widzieliśmy.
Krajobrazy widziane w biegu, za oknem pociągu zmieniała się w hipnotyzujący sposób, widzieliśmy ciągnące się kilometrami lasy, grzęzawiska, wodospady, rzeki i jeziora. Im dalej na północ tym bardziej surowa natura i przyroda. To było tej podróży zdecydowanie wielkim urokiem.
Bardzo przyjemnym elementem podróży są oczywiście spotykane i zauważane renifery i łosie, czasem też inne zwierzęta. Renifery latem przebywają na torach, bo na torach jest większy przewiew, (przeciąg) który chłodzi je i odgania od nich uciążliwe komary. Poza tym, zwierzęta te (szczególnie renifery) nie boją się pociągów. Udało nam się nagrać kilka filmików z reniferami, łosie nie były zainteresowane filmową sławą. Kliknij na zdjęcie poniżej i zobacz filmik.
Podróż przez Szwecję to podróż przez niekończące się lasy poprzetykane innymi elementami natury, jak rzeki czy jeziora. Podróż Inlandsbanan to także wycieczka dla turystów, dlatego też pociąg zatrzymuje się na wybranych stacjach, na których można napić się kawy, zjeść lunch, zobaczyć małe muzeum, przyjrzeć się bliżej północnej roślinności czy zwyczajnie gdzieś w pobliżu stacji odpocząć. Te postoje są z góry zaplanowane i są jakby częścią wycieczki.
Ciekawe było przejście przez most, w Pite Älv, który jest mostem zarówno kolejowym jak i drogowym.
Kliknij na zdjęcie poniżej i zobacz króciutki filmik.
Sympatyczne (a dla niektórych emocjonujące) było także przekroczenie koła podbiegunowego.
Te elementy wycieczki były piękne, ale jak wspomniałam, wszystko ma swoje plusy i minusy. Nasza wycieczka Inlandsbanan trwała 6 dni i wydaje się nam, że to stanowczo za długo i że w zupełności wystarczy przejechać tylko jeden lub dwa odcinki tej trasy, żeby poczuć jak to jest. Siedzenie w jednej pozycji długo, czasem spanie na siedzącą, z ciągle opadającą głową, (odległości między stacjami nie są długie ale jeśli wybierze się odcinek trasy między dwoma odległymi miastami, tak jak my raz jechaliśmy z Gällivare do Östersund 14 godzin, to taka droga może naprawdę zmęczyć). Minusem było także to, że sygnały (trąbienie) bywały w niektórych pociągach tak głośne i częste, że aż denerwowało.
Podsumowując całą wyprawę inlandsbanan, możemy uczciwie powiedzieć, że warto wybrać się na taką wycieczkę. Można wybrać tylko kawałek trasy, wtedy kupuje się tylko bilet na konkretny odcinek i wtedy nie jest tak drogo. Szwecja jest piękna a jej piękno jest tak ukryte, że czasem trzeba wsiąść do pociągu, śródlądowego i dać się powieźć ku przygodzie.
Oto trasa podróży:
Rozkład jazdy oraz strona internetowa Inlandsbanan, na której znajdziecie potrzebne informacje, również po angielsku.
Kopalnie w Gällivare
W Gällivare znajdują się dwie olbrzymie kopalnie, kopalnia żelaza (LKAB) oraz kopalnia miedzi (BOLIDEN).
Najpierw pojechaliśmy do muzeum poświęconym kopalni żelaza opowiadającym o historii kopalni oraz o badaniach naukowych nad żelazem i innymi minerałami.
Po wizycie w muzeum i ośrodku badawczym zjechaliśmy autobusem (i pracownicy, i turyści jeżdżą na dół autobusem) do samej kopalni, długimi tunelami na dół, na głębokość 1 250 metrów. Łączna długość tuneli i dróg w całej kopalni wynosi ok. 700 km!
O nie, takie piękne słońce, a my musimy na kilometr pod ziemię!
Ruda tam wydobywana w postaci kamienia jest bardzo bogata w żelazo (ok. 45 – 50%). W kopalni rozsadzana a potem kruszona jest skała, która trasportowana jest szybkimi windami i taśmami na górę, do dalszej obróbki, gdzie zostaje zmielona. Końcowym produktem jest ten miał ale najczęściej małe kulki nazywane pellets. Dzienna produkcja żelaza odpowiada zapotrzebowaniu żelaza na zbudowanie sześciu wież Eiffla.
Znajdowały się tam też ogromne różne warsztaty, myjnie, restauracja, stacja kontrolna.
Druga kopalnia, którą odwiedziliśmy była odkrywkowa kopalnia miedzi Boliden Aitik, kilka km na południe od Gällivare.
Ta kopalnia jest długa na 3 km i głęboka na 450 m. Ruda w tej koplani zawiera tylko o,25% miedzi ale także srebro i złoto. Złoża ładowane są przez koparki, której szufla na raz ładuje po 80 ton do ciężarówek, które mieszczą ok. 320 ton złoża. Zarówno te koparki jak i ciężarówki są jednymi z największych na świecie. Ta kopalnia jest równie imponujaca, (to największa kopalnia w Szwecji) ale szczególnie te maszyny. Praca w tej kopalni wre na okrągło, całą dobę, przez cały rok. Ciekawostką dla nas było to, że 50 procent zatrudnionych w kopalni to kobiety i że tylko kobiety prowadzą ciężarówki, bo one jeżdżą delikatnie i ostrożnie, tak że te maszyny rzadziej się psują.
Obie kopalnie były fascynujące, ale sprawiały dla mnie trochę przerażające wrażenie. Zwłaszcza ta pierwsza. Mnie w ogóle nie przyszłoby do głowy pojechać do kopalni, nie tylko dlatego, że takie miejsca wydają mi się niebezpieczne, ale chociażby dlatego, że są one mało przyjemne – zimne, ciemne, klaustrofobiczne. Ale, że mam męża, który ma własne pomysły na zwiedzanie miasta, znalazłam się i tam. Jednak muszę przyznać jedną rzecz. Choć wiedziałam, co oznacza praca w kopalni, tam na dole, kilometr pod ziemią, widząc pracę górników i te wielkie złoża i maszyny oraz gdy poczułam strach przed zawaleniem, zrozumiałam wielkość i znaczenie tego rodzaju pracy. Mój szacunek do górniczej pracy wzrósł tysiąckroć i chylę wszystkim górnikom czoła.























































































































































































Najnowsze komentarze