Blog

Chwile wytchnienia

Wiem, wiem, zamilkłam. Nieładnie.

Dostaję od Was realne sygnały, że oczekujecie nowego posta. Natalia w komentarzu pyta, gdzie się podziewam. Obca kobieta zaczepia mnie między wieszakami w butiku, podpiera się pod boki i mówi wprost: „Pani Monika? A dlaczego Pani przestała pisać? Od miesiąca nic nie ma!”. Czasem przyjdzie mail, albo dwa, od martwiącego się o mnie czytelnika…. Wczoraj dostałam taki cudny list od Elżbiety z Łodzi, taki poruszający, że przez łzy czytałam. Ela pisze: „Lubię Twojego bloga, lubię siadać wieczorami na kanapie,mieć obok zapaloną świeczkę, kubek aromatycznej herbaty w ręku, wokół ciszę i poczytać, co nowego się u Ciebie pojawiło. To taki mój nie codzienny rytuał na chwilę wytchnienia.” I dalej: „Twój blog, to o czym piszesz, w jaki sposób przedstawiasz swoje życie (choć teraz już mniej) jest taką trochę odskocznią dla wielu czytelników od codzienności, pośpiechu, monotonii. Swoimi postami wielokrotnie dawałaś do zrozumienia, co tak naprawę w życiu jest ważne, zdjęciami dokumentowałaś, wspólne świętowanie różnych okazji z mężem, przyjaciółmi… A czasy dziś niestety mamy takie, że ludzie nie mają czasu na te drobne, ale jakże ważne sprawy, nie potrafią słuchać, doceniać, takich prostych rzeczy, cieszyć się ze wspólnie spędzonych chwil, ciągle gdzieś pędzą, nie doceniając bardzo często tego, co mają. A widząc takie sielskie sytuacje z  boku, po prostu zaczynają tęsknić do takich momentów, chwil, do takiego życia.”

Ja już pogrzebałam Polkę w myślach, już marzyłam, żeby inni też zapomnieli o moim istnieniu, ale po tym liście dostałam takich skrzydeł, że chciałabym zacząć pisać na nowo! No i jak przerwać bycie z Wami? Nie da się!

Pytacie mnie: Halo, jest tam kto? To ja Wam odpowiadam: Jestem, jestem. To, że nie piszę Polki, nie oznacza, że mnie nie ma. Faktem jednak jest, że już nie mam tej weny do pisania, co kiedyś, przestało mnie to kręcić. I chyba wiem, dlaczego. W innym celu zakładałam blog, a ten, chcąc nie chcąc, zamienił się w przewodnik po Sztokholmie i Szwecji. Wywołało to pewien nacisk ze strony czytelników, a także jakąś nieokiełznaną wewnętrzną presję, co mnie skutecznie zniechęciło do dalszego prowadzenia Polki. A przecież moja potrzeba ekspresji i dzielenia się z innymi tym, co w życiu piękne i ważne nadal ze mnie bije! Myślałam o założeniu nowego bloga, założyłam konto na Instagramie, zastanawiałam się nie raz, czy nie zawrócić Polki w Szwecji z tych torów, na które tak ambitnie wjechała.

Ale jeszcze nie mam odwagi pisać tak otwarcie o swoich sprawach jak dawniej…

00429

Nie mniej jednak, jestem. Żyję. W tym momencie trochę słabo, bo walczę z wirusem. Przydźwigałam go z przedszkola, może sam za mną przyszedł, nie wiem. Wiem tylko, że ten zmusił mnie do zwolnienia tempa i zajęcia się tym, co ja tak traktuję karygodnie, wypoczynkiem. Za dużo pracy, studia, prawo jazdy, nadmiar obowiązków, dom na głowie, ciągle jakieś kursy i zobowiązania (za dużo!), przeciąganie dnia przed komputerem do późna. Lato odeszło w siną dal, nagle zwykłe problemy urosły do wielkich rozmiarów, nie zawsze jest pięknie i różowo, przed sobą coraz częściej widzę dołki…

IMG_1372

A teraz ta jesień. Ta złota i piękna nieopatrznie, lada chwila zamieni się w mokrą, mglistą i ciemną. Piękno tej pory roku ustąpi miejsca jej brzydocie, (choć ja i tak staram się znaleźć coś pozytywnego w każdym obrazku jaki mam przed oczami).

Mnie w tych szarych, późno jesiennych miesiącach ozłacają spotkania z polskim teatrem i kinem. Do Sztokholmu (czasem też i do Göteborga) przyjeżdża któryś z polskich teatrów, pod koniec września przyjechał Teatr Kamienica z wyśmienitą sztuką „Intryga”. O przedstawieniu napisałam parę słów dla Szwecja Dzisiaj. Udało mi się też porozmawiać z aktorami. W listopadzie przyjedzie inny Teatr, Capitol ze sztuką „Klub Mężusiów”. Polecam bardzo, bardzo gorąco pójście na przedstawienie, zapewniam, że warto. Bilety można zakupić w polskich sklepach na terenie Sztokholmu, a więcej informacji znajdziecie tutaj. Inna bardzo ciekawa rzecz, na którą ja, Polka, tutaj, w Szwecji zawsze czekam, to Festiwal Polskich Filmów, organizowany przez Polska Institutet. Festiwal zaczyna się już dzisiaj, a więcej możecie wyczytać na stronie Instytutu. Ja czekam na film „Bogowie” i „Pani z przedszkola”…

Poza tym, książki oraz mój nowy mały kot, Dragon, który jest tak inny od zdystansowanego Plastra, dają chwilę wytchnienia i myślę, pomogą mi przetrwać te bure miesiące. Mam nadzieję, że Wy też macie w zanadrzu swoje niezawodne czasoosładzacze i na zimę jesteście dobrze przygotowani.

Za tydzień wpis o tym, do czego nie mogę się przyzwyczaić w Szwecji. Tak dobrze dotąd pisałam o Szwecji, a tym razem trochę sobie na nią ponarzekam.

Tak więc, do następnego!

<3

Kwestia zaufania

Jednym ze zjawisk, które w Szwecji wprawiają mnie w lekkie niedowierzanie jest zaufanie do klienta.

W wielu miejscach, ale raczej poza miastem, niż w mieście, wystawione są stoiska, na których właściciel, rolnik, rzemieślnik czy zwykły handlarz zostawia swoje produkty lub płody rolne, cennik i … „skarbonkę”.

Tu straganik niedaleko Laholm.

IMG_2771

IMG_0982

Ludzie podjeżdżają sobie, wybierają warzywa, owoce czy co tam jeszcze, i wrzucają naliczoną (na pewno dobrze) kwotę do blaszanej puszki. Na zdjęciu poniżej uroczy kram warzywny spotkany w Olandii.

IMG_3507

IMG_3509

Dania ma podobne podejście do klienta, w Godhjem na Bornholmie spotkałam „samopracujący” sklepik jubilerski.  Można spokojnie wybrać sobie biżuterię, a wyliczoną kwotę wrzucić do skrzynki pocztowej obok. Nie wierzyłam własnym oczom! Dwa razy przechodziłam obok tego stoiska, rano i po południu i nie spotkałam przy nim żadnego sprzedawcy, choć klientów (płacących) owszem.

IMG_1517

IMG_1561

IMG_1560

Jeśli chcesz wybrać się na zwiedzanie, a droga przed tobą długa i dzieci masz ze sobą małe, możesz wypożyczyć sobie wózek. Wybierasz wózek a pieniądze na wynajem wkładasz do skrzyneczki pod tablicą z cenami. To też Szwecja, niedaleko Ystad, na drodze do Ales stenar.

IMG_1886

W pięknym, najstarszym mieście  w Szwecji, Sigtunie, spotkałam tę oto starą budkę telefoniczną wypełnioną książkami.

IMG_4243

To minibiblioteka! Zasady wypożyczenia są takie, że można wypożyczyć jedną książkę na tylko 1 tydzień, a jeśli chcesz książkę koniecznie zatrzymać, przynieś i zostaw swoją.

IMG_4245

Książki w tej budce były całkiem ciekawe. Żaden tam chłam literacki. Budka ta jest popularnym obiektem fotografowania dla turystów spoza Skandynawii, dla których także jest to „nietypowe”, bo z ręką na sercu, poza Skandynawią, nigdzie nie widziałam takiego pełnego zaufania typu handlu, czy wynajmu.

Podobną budkę, tym razem miniksięgarnię, widziałam w miasteczku Fjällbacka. Na książkach są ceny, a biała skrzynka na pieniądze wisi obok budki.

IMG_5122

IMG_5123

W Olandii „dostałam” ręcznie uszyte piękne bolerko, a jego wykonawczyni podała mi spisany na karteczce numer konta i powiedziała, że mogę przelać pieniądze za bolerko, jak wrócę do domu.

IMG_5153

Dała mi swój wcale nietani produkt, święcie wierząc, że ja za niego zapłacę. Zapytana, czy zdarzyło się jej, że ktoś jednak nie przelał pieniędzy, zaskoczona nieco pytaniem odparła , że nigdy.

Bo to właśnie jest kwestia zaufania.

W Szwecji ufa się klientowi. Obojętnie, czy to jest bank, drobny handlarz czy też wydawnictwo, naczelną ich zasadą jest zaufanie do klienta i przeświadczenie, że klient tego zaufania nie zawiedzie. Taki jest tutaj system, że jeśli urząd, czy sprzedawca „podejrzewa” mnie o coś, musi mi to udowodnić. W Polsce system nie wierzy petentowi i to ja zmuszona jestem z góry udowadniać, że jestem w porządku. Muszę przedstawić nie zawsze potrzebne zaświadczenia czy pieczątki, naklejać znaczki skarbowe, (nigdy nie słyszałam o takich znaczkach w Szwecji), a już bardzo często konieczne jest stawienie się osobiście.

Zaufanie do klienta i petenta radykalnie odmienia życie ludzi w tym systemie i oszczędza ich czas. Jest to nie do wyobrażenia, żeby Szwed musiał brać wolne z pracy, żeby załatwić cokolwiek w urzędzie lub w banku. Te sprawy załatwia się przez telefon i jeżeli potrzeba podpisu (np. pożyczka w banku), to urząd wysyła pocztą odpowiednie dokumenty, które po podpisaniu odsyła się z powrotem zwyczajnym listem.

W sklepie nie muszę udowadniać, że to nie ja uszkodziłam zakupioną rzecz, tylko po prostu nie zauważyłam szkody i dzięki temu, że sprzedawca mi wierzy, mogę bez najmniejszego problemu tę rzecz oddać z powrotem. Po sklepach nie „krążą” wartownicy, nikt mi nie patrzy podejrzanie na ręce i sprzedawczyni ufa mi jako klientowi.

IMG_8707Sergelstorg, Sztokholm

Inny przykład zaufania do klienta. Kiedyś zdarzyło mi się, że nie przyszedł numer jednego z prenumerowanych przeze mnie szwedzkich czasopism, zadzwoniłam więc do redakcji i powiedziałam, że nie dostałam takiego a takiego numeru i za dwa dni miałam ten brakujący numer w domu. Podobną sytuację miałam z polskim miesięcznikiem Zwierciadło. Nie przyszedł któryś z numerów, zadzwoniłam do Ruchu, przez które prenumeruję to pismo i usłyszałam, że wysłano już do mnie aktualny numer i nie wyślą drugiego. W ogóle, w Szwecji zamawia się prenumeratę lub książki, a rachunek przychodzi wraz z przesyłką, natomiast zamawiając prenumeratę polskiego czasopisma, czy też książkę, najpierw trzeba wpłacić pieniądze, potem można spodziewać się realizacji zamówienia. W większości przypadków tutaj, w Szwecji, najpierw dostaje się zamówioną rzecz, a potem się płaci.

Znalezione na ulicy rzeczy zostawia się nie poruszone, bo ten kto coś zgubił, może się po to wrócić i chce to znaleźć. Tutaj jakieś dzieciątko zgubiło na uczęszczanym trakcie spacerowym ukochaną Pippi i najprawdopodobniej odzyska ją, bo ona na niego czeka. Przykładów mogłabym wymienić jeszcze wiele…

IMG_6667

Oczywiście spostrzeżenia moje przykładam do doświadczeń jakie mam z Polski, a wyjechałam z Polski prawie 6 lat temu i może w kwestii zaufania do klienta coś się zmieniło (mam nadzieję).

To, że tutaj wierzy się w uczciwość drugiego człowieka nie oznacza, że Szwecja jest krajem, w którym nie zdarzają się kradzieże. Owszem, zdarzają się. Raz byłam świadkiem nagłego i krótkotrwałego zamieszania, co, jak się chwilę później okazało, było kradzieżą portfela z torebki turystki. Na Facebooku widzę też od czasu do czasu skargi, że komuś ukradziono rower, albo wózek dziecięcy. Być może kradzieże zdarzają się raczej w wielkich miastach, choć i tu, w tym tłumnym Sztokholmie widzę, że nawet okazja złodziejem nie czyni, a obsługa w sklepach i bankach jest wciąż oparta na zaufaniu.

A jakie są Wasze doświadczenia i spostrzeżenia? W Szwecji i w innych krajach na świecie?

Jestem bardzo ciekawa.

Dragonek

No i stało się, jak przewidywałam.

Nie potrwało to długo, jak zadowolona z posiadania jednego kota zapragnęłam mieć drugiego. Wstrzymywałabym się może i parę lat dłużej, ale mój pierwszy kot, Plaster taki posępny się zrobił, znudzony jak mops, i powiedziałabym nawet, że wydawał mi się… samotny. Będąc na przechowaniu u przyjaciół, gdzie były dwa inne koty, w tym małe kocię, miał naprawdę zabawnie i ciekawie w kocim towarzystwie, wszyscy byli zgodni, że on tego potrzebuje.

Tak więc, chwilę po wakacjach pojawił się w naszym domu Dragon. Taki oto.

IMG_5833

Plaster oczywiście, w pierwszy dzień sceptyczny i wrogo nastawiony, pokazał mu z miejsca, kto tu rządzi.

IMG_5736

A że mały pyskaty jest i przecenia swoje możliwości, nie dał się tak łatwo i siły się wyrównały. Przyjaźni wielkiej jeszcze między nimi nie ma, ale tolerancja i zainteresowanie, jak najbardziej.

IMG_5660

IMG_5688

Mam nadzieję, że jeszcze się między nimi ułoży. W każdym razie, my jesteśmy bardzo zadowoleni z małego przybysza, bo jest zupełnie inny niż Plaster. Taki, jaki w zasadzie powinien być kot – łaszący się, tulący i wskakujący na kolana.

IMG_5837

Dragon to istny wulkan(ik) energii, swoją zabawą i łaszeniem się daje tyle radości i w ogóle jest taki cudowny, że nie zamieniłabym go na nic innego.

IMG_5802

Takie kocię w domu to coś wspaniałego! A dwa koty, to radość do potęgi!

Że też ja nie wpadłam na pomysł przygarnięcia kotów kilka lat temu…

Wieża Kaknästornet

Pragnącym w przyjemny i nieśpieszny sposób podziwiać Sztokholm z góry, polecam Wieżę Kaknästornet.

Ta mierząca 155 metrów wieża, dawniej pełniąca rolę centrum dla wszystkich anten radiowych i telewizyjnych w Szwecji, charakteryzowała sylwetkę Sztokholmu od 1967 roku.

Na 30. piętro wjedziesz bezszelestnie w zaledwie pół minuty. Po osłoniętym siatką tarasie spacerujesz dookoła patrząc na miasto, a jeśli chcesz uwiecznić widok „bez krat”, poproś na dole, przy zakupie biletów, o kluczyk do małych okienek, przez które można wsunąć nawet spory aparat fotograficzny. 

IMG_8875

Pod tarasem, na przedostatnim piętrze jest oszklony „taras”, gdzie mieści się kawiarnia i podniebny bar i gdzie można usiąść sobie i delektować się zarówno widokiem, jak i podniebną „fiką” .

IMG_8888

IMG_8933

IMG_8895

Pod kawiarnią jest bardzo elegancka restauracja. Widok z tych tarasów jest wspaniały, szczególnie w słoneczny dzień, kiedy to widoczność może sięgać 60 kilometrów.

IMG_8894

IMG_8917

IMG_8925

IMG_8903

Wieża czynna jest cały rok, w różnych godzinach, a szczegółowy schemat godzin otwarcia zarówno samej wieży widokowej, jak i restauracji znajdziesz tu: KLIK.  Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 55 koron.

Wakacyjna retrospekcja

Wszystko, co piękne tak szybko się kończy…

Wakacje i urlop przeminęły w mgnieniu oka. Były bardzo intensywne, zarówno pod względem tempa, jak i wrażeń. Mając całe 4 tygodnie wolnego wybraliśmy się na podbój Szwecji i kawałka Danii. W lipcu, przez tydzień, towarzyszyli nam moi rodzice, ale większość eskapady przebyliśmy sami, we dwójkę. Po pierwszej części urlopu wróciliśmy do domu zregenerować siły i pobyć trochę z naszym kotem. Mój mąż mógłby spędzić w tej podróży autem ciurkiem dwa miesiące, ja jednak jestem mniej wytrzymała.

Po tygodniu siedzenia w domu i nudy nabrałam energii do kolejnej eskapady, choć powiedziałam sobie, że następna taka szaleńcza wyprawa dopiero za rok. Został mi cały tydzień wolnego do wykorzystania, a lato nagle przybrało gorący i słoneczny obrót, więc żal było nie spakować się i nie ruszyć w drogę.

Jako, że widzieliśmy już Dalarna, południe (Malmö i okolice) i wschód Szwecji (Vimmerby), oraz Gotlandię, Alandię i Olandię, została nam Północ i zachodnie wybrzeże (Göteborg już zaliczony). Na Północ trzeba jechać na dłużej niż jeden tydzień, więc padło na zachodnie wybrzeże. Bardzo chciałam zobaczyć słynną Fjällbackę, a Adam chciał popłynąć w rejs kanałem Dalsland. Planowanie trasy przebiegło sprawnie, bo mój mąż, jako były żeglarz i wciąż jeszcze prawdziwy przewodnik uwielbiający geografię umie tak ułożyć wycieczkę, że wszystko idzie jak po sznurku i pozostaje tylko modlić się o pogodę.

Dla uwiecznienia tego ostatniego wakacyjnego tygodnia wybrałam kilkanaście zdjęć (trudno mi było wybrać!).

IMG_4475Dalsland kanal

IMG_4500Dalsland kanal

IMG_4505Dalsland kanal

britt marie erlandssonfoto Britt-Marie Erlandsson

IMG_4581Widok ze starego mostu na nowy most Svinesundsbron, łączący Szwecję i Norwegię

IMG_4614Najbardziej na zachód wysunięte wybrzeże Szwecji

IMG_4652I jego „oznaczenie”

IMG_4732Fjällbacka

IMG_4785Fjällbacka widziana od strony wody

IMG_4840Fjällbacka widziana ze skały

IMG_5030Wyspa Koster Południowa

IMG_5000Wyspa Koster Północna i najdziwniejsza, pełna wszelkiego rupiecia kawiarnia Strandkanten

IMG_5041Lysekil

IMG_5066Lysekil – Stångehuvud

IMG_5076Lysekil – Stångehuvud

IMG_5110Malowidła z epoki kamienia, w Tanum

IMG_5346Przepiękny i poruszający do łez Smögen

IMG_5411Smögen

IMG_5429Smögen

IMG_5351Smögen powalił mnie na przysłowiowe kolana! Zakochałam się w tym mieście na zabój!

IMG_5463A tu, bonus! Maleńkie miasteczko portowe Grundsund

IMG_5490Odwiedzone pod wieczór oczarowało tym razem mojego męża

IMG_5512Grundsund jest trochę jak żyjący i funkcjonujący skansen.

IMG_5578I na koniec eskapady Marstrand

IMG_5589Marstrand

IMG_5633Marstrand

Na Marstrand zakończyła się nasza trasa. Krok za krokiem można było śledzić te moje szalone i piękne wakacje na specjalnie po to założonym instagramie.

Na tych wakacjach przekonałam się po raz kolejny, że Szwecja jest niezwykle pięknym krajem, że jej natura wzrusza i uzależnia. Oboje z moim mężem nie sądzimy, że chcielibyśmy spędzić lato gdziekolwiek indziej poza Skandynawią.

Wczoraj zaczęłam pracę, i trudno mi nabrać rozpędu i rutyny, jeszcze żyję wspomnieniami… Ale czas wziąć się w garść, za miesiąc zaczynam kolejne studia, więc czeka mnie wiele miesięcy pracy, nauki, no i zbierania pieniędzy na kolejne wielkie skandynawskie wakacje…

Dziesięć powodów, dla których warto odwiedzić Olandię

Olandia (Öland), wyspa leżąca u południowych wybrzeży Szwecji jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc, szczególnie latem. Wielu Szwedów ma tutaj swoje domy letnie, (nawet para królewska) i przyjeżdża regularnie co roku, ale pozostali nie będą żałować, jeśli odwiedzą tę wyspę. I kto tylko może, powinien choć raz pojechać na urokliwą Olandię, z wielu względów. Względy te ujęłam w 10 punktów, które  wybrałam kierując się subiektywnymi spostrzeżeniami.

1. Przyroda i pogoda

Natura i pejzaż Olandii, przypominające miejscami egzotyczne stepy i sawanny, to poza lasami, łąkami i polami uprawnymi rozległe płaskowyże nazywane tutaj alvarami.

IMG_3565

Nieurodzajna ziemia, upstrzona kamieniami, niemal pozbawiona drzew lub usiana drzewkami karłowatymi, jest pastwiskiem dla owiec i krów. Poza tymi, „domowymi” zwierzętami spotkać na Olandii można foki, (przyda się lornetka), wielbłądy, strusie, czasem przez jezdnię przebiegnie łania albo, jak ktoś ma szczęście – jeleń.

IMG_3234

IMG_3558

Olandia to raj dla kochających przyrodę, szczególnie dla miłośników ptaków. W kilku miejscach na całej wyspie znaleźć można stacje ornitologiczne, w tym największą w Ottenby, do której zjeżdżają się ptasi obserwatorzy z całego świata. Roślinność też jest niebanalna, na wyspie rośnie m.in. 30 gatunków storczyków oraz cała gama wartościowych ziół.

IMG_3742

IMG_4020

Olandię można spokojnie określić dwoma słowami – rezerwat przyrody. Ponadto jest tu dużo cieplej niż „na lądzie stałym” Szwecji, a ten cieplejszy i łagodniejszy klimat Olandia zawdzięcza prądom morskim Cieśniny Kalmarskiej. Na słońce i piękną pogodę też można tutaj liczyć.

2. Wiatraki

O wiatrakach, znakach rozpoznawczych Olandii, pięknie wkomponowanych w jej krajobraz napisałam osobny post.

IMG_4067

3. Zamek Borgholm i Solliden

Wciąż majestatyczne, zamkowe ruiny królują w okolicy miasta Borgholm. Mimo, że to tylko pozostałości po strawionym w 1806 r. pożarze pozostałości dawnego zamczyska, wciąż przyciągają rzesze turystów i są atrakcyjnym miejscem dla muzyków dających koncerty.

IMG_3339

Nieopodal zamku stoi letnia posiadłość szwedzkiej rodziny królewskiej, Solliden. Dom może jest „zwykły” ale za to ogród – fantastyczny! Wymyślne rabaty, egzotyczne agawy, fontanny i posągi, całość dobrze przemyślana i wprawiająca w zachwyt.

IMG_3380

IMG_3423

Spacer po tym przeogromnym ogrodzie, szczególnie po upojnie pachnącym kwarterze różanym będę pamiętać jeszcze długo….

IMG_3422

Przed wejściem na posiadłość, oprócz butików z królewskimi pamiątkami i miejscowymi przetworami stoi kawiarnia, w której serwują wyśmienite torty o królewskich nazwach.

IMG_3348

IMG_3351

4. Latarnie Långe Jan i Långe Erik

Na pierwszym zdjęciu pyszni się latarnia Långe Jan, najwyższa latarnia morska w Szwecji. Ma 42 metrów a z jej szczytu rozciąga się piękny widok, szczególnie dla wprawnego oka, które zauważy trenujące do odlotu żurawie.

IMG_3254

Mnie osobiście podobał się bardziej widok z drugiej latarni, na samej północy Olandii, Långe Erik. Najpewniej dzięki pięknej jasnej plaży pełnej białych, wyszlifowanych przez fale kamieni.

IMG_3890

IMG_3848

5. Vickleby i Capellagården

Na Olandii nie brakuje sielskich i uroczych wsi, ale ta jedna jest wyjątkowa i warta tego, by zatrzymać się tutaj na dłuższą chwilę.Vickleby leży w środowej Olandii, na brzegu Stora Alvaret i już od XIX w. przyciągała artystów, którzy chcieli uwiecznić piękno wyspy w swoich dziełach. To tutaj jest słynna szkoła dla przyszłych artystów, założona w 1960 r. przez Calma Malmstena. Poza tym, jest tutaj piękny ogród ziołowy, butik, kafejka i galeria.  Cała wioska jest niezwykle idylliczna!

IMG_3185

IMG_3182

IMG_3183

IMG_3188

6. Ruiny, grobowce wikingów i kamienie runiczne

W Olandii czuć oddech historii niemal na każdym kroku. Dawno, dawno temu mieszkali na tej wyspie wikingowie, dlatego też natykaliśmy się na ich grobowce i stawiane ku chwale zasłużonych kamienie ozdobione pismem runicznym, jednym z najbardziej znanych jest ten oto, najstarszy w Szwecji kamień Karlevistenen.

IMG_3997

Innym miejscem przypominającym nam o tym, jak stary jest nasz świat, jest wzniesione w czasie Wielkiej Wędrówki Ludów grodzisko w Gråborg (dwa pierwsze zdjęcia). Poza tym, jest tu kilka innych, pochodzących z wcześniejszego okresu grodów i fortów, zachowanych lub zrekonstruowanych, jak np. (zdjęcie 3) gród Eketorp. Olandia jest smakowitym kąskiem dla archeologów.

IMG_3539

IMG_3538

IMG_3267

7. Wybrzeża

Za najpiękniejsze brzegi wyspy uznałam brzeg wzdłuż zachodniego wybrzeża od środkowej Olandii, w górę na północ. Wybraliśmy, trochę ryzykując, trasę z mapy rowerowej, ale dało się przejechać. Wprawdzie samochód był po tej podróży siwy od kurzu, ale za to widoki i wrażenia mieliśmy niezapomniane.

IMG_3784

Wyjątkowe były formacje skalne, zwane raukami w Byrum (zdjęcie poniżej) i choć oczywiście nie mogą się one równać z raukami w Gotlandii, nie mniej jednak są miłe dla oka i przyjemnie jest zrobić sobie wzdłuż tego skalnego, uformowanego siłami przyrody brzegu nieśpieszny spacer.

IMG_3816

Wiele plaż jest bezludnych, spokojnych, jakby zapomnianych. Takie miejsca są doskonałe na mały piknik czy przycupnięcie na kamieniu i wsłuchaniu się w kojący szum morza. Tutaj można mieć bliski kontakt z naturą i z samym sobą, tutaj można poczuć to ukłucie szczęścia w duszy, że świat jest taki piękny! Pokochałam te szwedzkie, prawie puste, czasem dzikie, plaże do tego stopnia, że nie wiem, czy odpoczęłabym na plaży wypełnionej po brzegi ludźmi…

IMG_3620

IMG_3776

IMG_3753

8. Plaża w Böda

Większość plaż wzdłuż wybrzeża nie sprzyja kąpielom słonecznym połączonym z kąpielami w morzu, (choć jest wielu, którzy wylegują się na skałach), ale co jakiś odcinek można znaleźć plażę taką „wymarzoną”, prawdziwą, piaszczystą. Najpopularniejszą chyba na całej wyspie plażą, połączoną z dosyć snobistycznym kurortem wypoczynkowym plażą jest plaża w Böda. Piasek bielusieńki, woda czysta, tylko, jak dla nas, za dużo ludzi…

IMG_3935

IMG_3943

9. Puszcza Trolli

To ciekawostka i wielka frajda, nie tylko dla dzieci. Puszcza trolli (Trollskogen) to wielki, leżący na samej północy Olandii bór, którego drzewa wysmagane przez żywioły straszą swym wyglądem.

IMG_3912

Jeśli ktoś ma bystre oko, zauważy ukryte gdzieniegdzie trolle, patrzące na przechodzących z ciekawością. Wyzierające ze starych pni oczy dodają puszczy „prawdziwości” i dla ludzi z wybujałą fantazją przejście przez ten powykręcany las może być momentami przyspieszającą tętno atrakcją.

IMG_3906

10. Miasto Borgholm i muzeum Himmelberga

Borgholm to miasto, które zapadło mi w pamięć najbardziej. Może dzięki starej, specjalnej architekturze. Małe uliczki o uroku sielskiego skansenu, główny deptak wypełniony słońcem i uśmiechniętymi ludźmi, ciekawa, bardzo stara restauracja Ebba, wszystko to rzuciło przyjemną poświatę na to miasto.

IMG_3471

IMG_3479

W Borgholmie jest również znane i warte odwiedzenia muzeum Himmelsberga Museum. To prawdziwy skansen dawnych gospodarstw, domów, ich wyposażeń oraz przedmiotów mówiących o dawnym życiu na Olandii, połączony z galeriami sztuki i ogrodem.

...

Uff, o Olandii mogłabym mówić jeszcze dużo. Poza nieszczęsnymi mokradłami, które nas rozczarowały, niemal każdy skrawek wyspy zauroczył nas na swój sposób i pozostawił niedosyt. My spędziliśmy na Olandii cztery całe dni i jeśli się ma do dyspozycji samochód, cztery dni wystarczą, by zwiedzić Olandię, ale żeby się nią do syta nacieszyć i nadać zwiedzaniu spokojniejsze tempo, trzeba poświęcić tydzień.

Albo i całe lato…

Olandia, kraina wiatraków

Wprawdzie jesteśmy już z powrotem w Sztokholmie, ale trudno nam wrócić na zwykłe tory codzienności, bo wrażenia przywiezione z podróży pulsują w nas mocno. Szczególnie wspominamy Olandię, która mimo, że nie urzekła mnie tak bardzo jak Gotlandia, spodobała się na tyle, by delektować się wspomnieniami o niej i poświęcić jej trochę miejsca na blogu, na wieczną pamiątkę.

IMG_3158

Typowym elementem olandzkiego pejzażu są… wiatraki. Rozsiane po całej wyspie przyciągają wzrok i zapadają w pamięć.

IMG_3196

Stoją samotnie lub w rzędzie. Tutaj rząd siedmiu wiatraków w Störlinge.

IMG_3491

i jeden z nich…

IMG_3497

Tutaj zaś rząd wiatraków w miejscowości Lerkaka.

IMG_3516

… i w Resmo:

IMG_3196

Większość wiatraków wygląda podobnie, jest drewniana, pomalowana na szaro lub czerwień faluńską, ale spotkałam też kilka innych, kamiennych, okrągłych, z blaszanymi dachami, jak np. te dwa na zdjęciach poniżej, pierwszy, największy w całej Olandii, stojący w Sandvik (w nim jest teraz restauracja),

IMG_3264

i ten nieco mniejszy, stojący niedaleko Färjestaden, w środkowej Olandii.

IMG_3546

A ten, nietypowy, ostatni zachowany do dzisiaj wiatrak skurkvarn, zdobi wybrzeże w Jordhamn, w północnej Olandii. W tym miejscu wydobywano kamienie i szlifowano je dla zamawiających kupców. Była to bardzo mozolna i ciężka praca, dopóki utalentowany miejscowy wynalazca nie skonstruował tego rodzaju wiatraka. Młyn jest nadal sprawny i raz do roku, w lipcu odbywa się pokaz szlifowania kamieni przy pomocy tego zacnego staruszka wiatraka.

IMG_3719

Widziałam też taki sympatyczny na kamiennej nodze wiatrak w Vedborn:

IMG_3956

Tych upiększających i charakteryzujących krajobraz Olandii wiatraków jest tutaj podobno ponad 300. Kiedyś było ich około 3 000 i nie mogąc wpaść na pomysł, dlaczego aż tak dużo, skoro wyspa jest stosunkowo niewielka i mąki aż tyle nie produkowano, zapytałam mieszkającą od urodzenia na Olandii kobietę o historię tych wiatraków. Powiedziała, że dawniej wiatrak był znakiem, że gospodarz jest bogaty, obrotny i że dobrze mu się wiedzie. I każdy gospodarz, który mógł finansowo sobie pozwolić na wiatrak stawiał go z wielką dumą na swoich włościach.

IMG_3526

Wiatraki są wizytówką Olandii, dlatego też wielu nazywa ją krainą wiatraków. Ale oczywiście Olandia, to nie tylko wiatraki, to dużo, dużo więcej. Ale o tym, co ciekawego kryje w sobie ta wyspa przeczytacie już niedługo w następnym wpisie.

„Przekręt” turystyczny

Jesteśmy właśnie w Olandii (Öland).

I jak na wytrawnych turystów przystało, staramy się zobaczyć jak najwięcej i najczęściej jesteśmy zadowoleni. Mniej lub bardziej, ale każde miejsce daje nam estetyczną i turustyczną satysfakcję. Ale to, co spotkało nas wczoraj, rozczarowało nas dokumentnie i zdenerwowało do tego stopnia, że postanowiliśmy ostrzec innych na tym blogu.

Przemierzając południową Olandię, zatrzymywaliśmy się w miejscach wyznaczonych w przewodniku, jako warte zobaczenia (sevärdheter). O Möcklemossen piszą tak: Płytkie jezioro w środku Olandii. Bogactwo różnorodnych ptaków, gdzie można zobaczyć rzadkie okazy. Ponadto zobaczysz rozmaite gatunki orchidei i innych ciekawych roślin.

IMG_3305

Droga do owego jeziora prowadziła przez grząskie błoto, krowie placki i ciągnęła się prawie kilometr.

IMG_3281

IMG_3298

IMG_3288

A kiedy zbliżyliśmy się do jeziora, wydobyłam z siebie pełne rozczarowania jęknięcie: – To nie jezioro, to kałuża!

IMG_3280

IMG_3279

Mieliśmy nadzieję, że chociaż w tej nędznej kałuży spotkamy zapowiedziane ptactwo, bogate życie prowadzące. Ale poza gęstą chmarą złośliwych komarów, nie zobaczyliśmy żadnego obiecanego w przewodniku ptaka. O orchideach nie wspomnę.

IMG_3278

Byliśmy źli, rozczarowani i zgodnie stwierdziliśmy, że to był największy dla nas „przekręt” turystyczny w całej Skandynawii i że nie zawsze warto ufać temu, co piszą w przewodnikach.

Czy ktoś z Was kiedyś nadział się na podobną minę?

Migawki z podróży na południe

Jesteśmy teraz w podroży.

Od Sztokholmu jechaliśmy na południe Szwecji do Malmö, by stąd robić wypady do Kopenhagi, na Bornholm, Christiansö oraz zwiedzać tez szwedzkie miasta i miasteczka. Teraz jesteśmy z moimi rodzicami, którzy dołączyli w Malmö, więc czasu na relację mam mało, poza tym, mój mąż, obieżyswiat i prawdziwy przewodnik, nadaje nam takie tempo, że czasu starcza ledwie na zrobienie zdjęć, nie mowiąc o zrobieniu jakiejkowiek relacji. Teraz wszyscy śpią po niesamowitym dniu w Kopenhadze, zakończonym bardzo późno, w Tivoli, więc w pośpiechu piszę parę słów.

Jadąc ze Sztokholmu do Malmö zwiedzilismy kilka ciekawych miejsc, o których chciałabym zrobić osobne wpisy, po powrocie. Przejechalismy przez Småland i Halland, ktore nas urzekło, a podejrzewamy, że to głównie za sprawą Karoliny, która w Laholm prowadzi B&B Korsaberg, i która pokazała nam piękne miejsca w tych rejonach. Karolina jest przemiłą, gościnną osobą, zapraszała nas na smakowite kolacje do urzekającej, wlasnoręcznie zbudowanej szklarni, której klimat będziemy wspominać jeszcze dlugo. Gdyby ktoś był w podróży na południe Szwecji i przejeżdżał przez Laholm, może śmiało zatrzymać się u Karoliny w Korsaberg, (ceny bardzo przystepne a standard wysoki).

IMG_0919

IMG_0907

IMG_0915

Przemierzając Småland zobaczyliśmy ruiny zamku Brahehus, miasteczko Gränna, gdzie produkuje się znane na całą Szwecję cukierki Polkagris oraz uroczą wyspę Visingsö.
Halland jest bardzo malownicze, pejzaże są inne niż w innych częściach Szwecji, (przywodzą mi na myśl Gotlandię) i jest tutaj naprawdę wiele do zobaczenia: przepiękny półwysep Tylösand, Mellbystrand – najdłuższa piaszczysta plaża, która skradła mi serce, sielskie okolice Laholm… W Skåne, o którym mało wiedzieliśmy zobaczyliśmy miasto Båstad, formacje skalne na Hovshallar, miasto portowe Turekov oraz zachwycajacą wyspę Väderö.

IMG_1139

IMG_0956

IMG_1014

IMG_1100

IMG_1115

IMG_1198

IMG_1208

IMG_1267

IMG_1281

IMG_1032

IMG_1034

IMG_0792

To tylko migawki z naszej podróży po Skåne, więcej o urokach tego regionu napiszę po wakacjach. By móc w locie podzielić się tym, co pięknego spotyka nas w podróży, zalożyłam instagram. To swoją droga, fajna zabawka 😉

Mam nadzieję, że Wasze wakacje również mijają w słońcu i wśród widoków i ludzi, których kochacie.

<3

Symptomy zeszwedzenia

Szwedzkie lato, całe 25 stopni.

Jestem w zwiewnej sukience i czuję, jak mi w niej gorąco. Owiewa mnie chłodna nadmorska bryza i niesie ulgę w upale. No właśnie! W upale! Przyłapałam się na tym, że 25 stopni to dla mnie upał! Jeszcze sześć lat temu 25 stopni i zefirek zmuszały mnie do narzucenia czegoś na ramiona. Przywykłam już do chłodnego skandynawskiego klimatu i coraz lepiej znoszę zimno. Po domu często chodzę bez skarpet, a zimne stopy dają mi uczucie rześkości. Ciało przyzwyczaiło się do skandynawskiego klimatu.

To raz.

Dwa.

Innym symptomem, który mówi mi, że chyba „zeszwedziałam” jest zmiana przyzwyczajeń modowych. Dawniej nie do pomyślenia było dla mnie założenie adidasów do spódnicy, dziś uważam, że czemu nie? Zredukowałam wachlarz kolorów w mojej garderobie właściwie tylko do bieli, czerni i szarości, a wzory do pasków. Inne kolory i wzory biorę pod uwagę w dalszej kolejności. Ubieram się skromnie, zwyczajnie i bez szaleństw i choć uwielbiam od czasu do czasu poczuć się kobieco i wyjątkowo, wtopiłam się w szary tłum.

IMG_0205

Trzy.

Słownictwo. Kiedy szwedzkie słówka cisną mi się automatycznie na język i łatwiej jest mi powiedzieć po szwedzku niż po polsku, z rezygnacją stwierdzam, że mój język… szwedzieje. Listę zakupów automatycznie robię po szwedzku. Podczas słuchania zanoszę się, jakbym miała astmę, a potwierdzając, że słucham albo się zgadzam, zamiast mhm lub tak wydobywam z siebie sławetne „ooo”. Przyłapuję się czasami na też tym, że myślę po szwedzku.

Cztery.

Nabrałam stoickiej cierpliwości w czekaniu, aż pociąg ruszy po kwadransie postoju między stacjami, spowodowanym błędem weksli zamiennych na torach. Nie denerwuje mnie już to, że nie jestem obsłużona natychmiast albo, że ktoś mi się wepchnął w kolejkę i wydłuża się mój czas czekania. Potrafię teraz bardzo długo czekać oraz cierpliwie znosić pewne irytujące sytuacje. I choćby nie wiem, jak bardzo przeszkadzało mi czyjeś zachowanie, nie dam tego po sobie poznać. Jak Szwed.

Pięć.

Kiedy pracuję albo się uczę mam nieodpartą ochotę zrobić sobie przerwę (np. na kawę) co godzinę. Nauczyłam się tego tutaj na studiach. Na uniwersytecie w Warszawie dawaliśmy radę wytrwać na półtoragodzinnych wykładach, a tutaj, na szwedzkich uczelniach zajęcia trwają w najlepszym wydaniu 40 minut, przed upływem których wszyscy zgodnie i bez zmowy sugerują, że potrzebna jest przerwa (paus, fikapaus). Kiedy mówiłam koleżankom, że w Polsce wykład trwa 1,5 godziny, wyraziły współczucie i zapytały, co z prawem człowieka do przerwy.

02410

Sześć.

Pozostając w temacie kawy, piję jej tutaj więcej, niż piłam w Polsce, może dlatego, ze Szwecja to kraj kawą i mlekiem płynący. Nigdy nie dopuszczam do tego, że nie mam kawy w domu, moich gości (szczególnie szwedzkich) nigdy nie krępuję pytaniem „kawa czy herbata?”, a zepsuty w pracy automat do kawy wywołuje we mnie uczucie paniki. Chwila na kawę (fika) jest celebrowana, wręcz święta, a kawa pita na zewnątrz (utefika), jest niezaprzeczalnym elementem uroku życia.

16792066-origpic-27c7f9 „Życie jest zbyt krótkie, żeby nie dogodzić sobie długą chwilą na kawę.”

Siedem.

Nie patrzę na mijanych ludzi. Wsiadając do pociągu czy autobusu szukam wzrokiem wolnego miejsca nie patrząc na twarze współpasażerów. Czasem kątem oka widzę, że ulicą idzie ktoś znajomy, ale udaję, że go nie widzę i że nie widzę, że on udaje, że mnie nie widzi. W zwykłych sytuacjach nie podejmuję kontaktu wzrokowego z obcymi, nie patrzę się i nie „mierzę” ludzi. Przestało mnie też martwić to, że ktoś, kto mnie zna, „nie widzi” mnie na ulicy, albo gdy sąsiad idąc w stronę tego samego domu nie chce rozmawiać.

IMG_0978

Osiem.

Upodobania smakowe. Bez skrzywienia, (ba! ze smakiem!), mogę zjeść śledzia na słodko. Na jajko wyciskam kawiorową pastę, a bez cynamonowych bułeczek nie wyobrażam sobie teraz życia. Piję dużo kawy a dzień zaczynam od szklanki wody z kranu. Nauczyłam się tu lubić szwedzkie potrawy i specjały, na które jeszcze parę lat temu nie mogłam patrzeć, ale wciąż nie mogę się przełamać i zjeść trzech rzeczy: szwedzkiego sernika z konfiturą i mlekiem (ostkaka), kiełbasy falukorv oraz puddingu z krwi (blodpudding). Może i na to przyjdzie czas?

IMG_1967

Dziewięć. 

Uwaga, mrożące krew w żyłach. Na ulicę wchodzę bez rozglądania się na boki i sprawdzania, czy coś nie jedzie. Wchodzę po prostu na ulicę, nie zawsze na pasy, bo urosło we mnie przez te zaledwie kilka lat przekonanie, że kierowca się zatrzyma, nic mi się nie stanie, bo to ja jestem tą świętą krową na ulicy. Boże, miej mnie w swoje opiece! Teraz właśnie robię prawo jazdy i praktykując jazdę nie obawiam się wypadku. Cieszę się, że tutaj jeździ się względnie spokojnie i z uszanowaniem innych kierowców.

IMG_5796

Dziesięć.

Obsługa. Przywykłam do profesjonalnej i przyjemnej obsługi, obojętnie, czy osobiście, czy przez telefon. Kiedy załatwiam coś w Polsce, albo „z Polską” i słyszę ten ton, dający mi do zrozumienia, że jestem intruzem lub kiedy ktoś jest niemiły i mimo, że powinien, a nie chce mi pomóc albo uwierzyć, jestem bliska płaczu. Przyzwyczaiłam się do tego, że ja, jako klient/pacjent jestem absolutnie najważniejsza i to ja mam być zadowolona, a nie ten, który mnie obsługuje.

Jedenaście.

Segregowanie śmieci i myślenie przyjazne środowisku. Zrobiłam się niezwykle wrażliwa na ekologię. Skrupulatnie sortuję śmieci, przejmuję sie tym, co się stanie z przedmiotem, który zamierzam wyrzucić, myślę zawsze o tym, jak postępować, by nie szkodzić środowisku. Oszczędnie używam chemii z myślą o wodzie, którą będę później pić. Staram się wykorzystać przedmioty jednorazowego użytku parokrotnie, oszczędzam też energię. Poruszam się komunikacją miejską, samochód wybieram, gdy jest to konieczne.

Dwanaście.

Zrobiłam się małomówna i ostrożna z wypowiadaniem się. Rzadko rozmawiam z obcymi, ze znajomymi też raczej oszczędnie. Trudno ze mnie wyciągnąć opinię na temat innej osoby lub jakiejś sytuacji. Tylko mąż i najbliższe przyjaciółki wiedzą, co myślę. A podróżując komunikacją miejską zaczęłam doceniać ciszę i spokój. Przeszkadza mi, jak ktoś obok siedzi i rozmawia przez telefon, a już  szczególnie, gdy mówi głośno i w innym języku. Nie rozmawiam też o polityce, nigdy nie poruszam tych tematów. Słucham, słucham i swoje myślę.

IMG_0119

To zmienianie się i nabieranie cech mentalności typowych dla kraju, w którym się mieszka jest nieuchronne, zwłaszcza, gdy jest się człowiekiem otwartym na świat. To trochę, jak wtapianie się w nową rzeczywistość, przystosowywanie się, zapuszczanie korzeni. To bardzo pomaga – człowiek, jako imigrant, ktoś obcy, przybyły może zacząć czuć się w nowym kraju jak u siebie, jak wśród swoich.

W każdym razie ja, imigrantka z Polski, czuję się w Szwecji (już) jak w domu.

To po trzynaste, najważniejsze.

<3