Tag: Szwecja
Problem żebractwa w Szwecji
Od jakiegoś czasu Szwecja boryka się z problemem narastającego żebractwa.
Jeszcze całkiem niedawno widok człowieka żebrzącego na ulicy był sporadyczny. Dawniej, gdy spotykałam na sztokholmskich ulicach osoby wołające o pieniądze, dawałam im drobne, pamiętając, jak kiedyś sama byłam bez grosza przy duszy. Dziś żebrzących jest dużo, dużo więcej, wydawać by się mogło, że są wszędzie i gdybym chciała każdemu dać datek, musiałabym wydać po drodze całą swoją pensję. Czasami pomagam, chociaż zdaję sobie sprawę, że dawanie pieniędzy jest drogą donikąd. Z zajęć z socjologii na studiach pamiętam, że branie jałmużny uczy człowieka, że żebranie się opłaca i niweluje chęć szukania innego sposobu na życie.

Najwięcej tutaj żebrzących jest z Rumunii i wydaje mi się, że są to niestety grupy zorganizowane. Bo przecież w innym przypadku najwięcej byłoby ich w samym centrum miasta. Widać ich jednak prawie wszędzie, nawet tam, gdzie zazwyczaj przechodniów jest niewielu. Siedzą w strategicznych miejscach przy wejściach do metra, kolejki podmiejskiej, przy wejściach do sklepów i wszędzie tam, gdzie mogą spodziewać się jałmużny.
Coraz więcej staje się natrętnymi i zaczynają wchodzić między ludzi na ulicach, zaglądać matkom do wózków; coraz częściej wchodzą do sklepów potrząsając swoimi kubkami z monetami przed uchem i odważają się łapać za ramię. Często w pociągach chodzą i kładą na siedzeniach kartki z opisem ich tragicznej sytuacji życiowej oraz prośbą o drobny datek. A mieszkańcy Sztokholmu coraz bardziej obojętnieją, nikt już tych kartek nie czyta a wielu udaje, że ich w ogóle nie widzi.

Myślę, że większość ludzi w Szwecji jest już zmęczona i zarazem coraz bardziej niechętna do tego masowego żebractwa. Widzę i obserwuję narastającą obojętność, ale i niekiedy zirytowanie ludzi na żebraków oraz na władze, które robią zbyt mało, żeby rozwiązać ten palący problem. A tłumiona obojętność i bezradność rośnie i pęcznieje pod skórą. Coraz częściej słyszy się o aktach przemocy skierowanych do żebrzących. Pod koniec lipca w Göteborgu starszy mężczyzna skopał młodą żebrzącą kobietę raniąc ją poważnie. O tym pisze dzisiejsze Metro.
Nie można jednak zapomnieć, że Szwecja, jako państwo pomaga bardzo dużo bezdomnym i żebrakom. Organizuje dla nich przytułki i myśli też o dodatkowych łóżkach w tych przytułkach oraz o postawieniu w mieście toalet dla żebrzących. Trzeba także przyznać, że Szwecja należy do czołówki narodów chętnie i hojnie pomagających ekonomicznie krajom dotkniętym biedą, katastrofami czy innymi nieszczęściami.
Myślę, że Szwedzi prawdopodobnie woleliby dawać datki dla jakiejś organizacji, która sensownie pomagałaby tym ludziom niż widzieć ich na ulicach i rzucać im drobne do kubeczka. Czytałam o propozycjach, by utworzyć specjalne konto bankowe dla przybyłych z Rumunii, po to, by nie stygmatyzować ludzi dawaniem jałmużny na ulicy.

Dla Szwedów było wygodne do tej pory, że spotykając się z nędzą i ubóstwem w wielu innych krajach, do których często podróżują nie musieli odczuwać tego problemu u siebie, w Szwecji. Tym bardziej problem żebractwa i nędzy na szwedzkich ulicach jest dla nich nowy, nieprzyjemny i bardzo kłopotliwy.
Dlaczego w Londynie, gdzie jest dużo więcej imigrantów nie widziałam tak wielu żebraków jak w Sztokholmie? I dlaczego, odwrotnie, w Paryżu problem ten jest tak zwielokrotniony? Na te, i wiele innych związanych z tą kwestią pytań nie potrafię znaleźć odpowiedzi i nie potrafię też przewiedzieć, jak to wszystko będzie wyglądało w przyszłości. Może tak długa nieobecność w Szwecji tych problemów oddali się na zawsze i taki stan rzeczy będzie się pogłębiał? Może sielankowy obraz ulic szwedzkich miast będzie powoli ulegał nieodwracalnym zmianom?

Należałoby pomyśleć też o drugiej stronie tego medalu. Reporter z Dagens Nyheter próbował rozpracować niepisane „prawa”, które panują w tym świecie żebraków i dowiedział się, że niektórzy muszą płacić haracz swojemu „szefowi” za swoje miejsce w danym rejonie, ile kosztuje „bilet” na upokarzającą podróż z Rumunii do Szwecji, w jakich podłych warunkach koczują w lasach, ile za taki „dach nad głową” muszą zapłacić itd.
Cała ta nabrzmiewająca sytuacja jest bardzo przykra. Nie wszystkim możemy pomóc. Nie wiem, jakie rozwiązanie byłoby najlepsze. Pracy w Szwecji także zaczyna brakować, nie mówiąc już o wielkim problemie mieszkaniowym. Dla nikogo nie jest przyjemnym widok śpiącego na ziemi człowieka. Ja mijając tych biednych ludzi myślę tylko, jakie upokarzające musi być tkwienie w takim miejscu i co oni zrobią tutaj podczas nadchodzącej srogiej i długiej szwedzkiej zimy.
Zastanawiam się też nad tym, jak będzie zmieniał się mój stosunek do tych ludzi, kiedy problem ten będzie narastał i nie zostanie rozwiązany. Czy wtedy moja empatia i chęć pomocy wygaśnie i czy nie będzie powoli przechodziła w zimną obojętność?
Dzień o zapachu cynamonu
Czwarty października to w Szwecji dzień pachnący cynamonem.
Gwoli ścisłości powinnam powiedzieć, że Szwecja pachnie cynamonem przez cały okrągły rok, bo nadziewane tą przyprawą bułeczki (kanelbullar) są tu niezwykle popularne i najchętniej kupowane do kawy. Cynamonowa bułeczka urosła do rangi narodowego smakołyku i doczekała się własnego święta.

Święto to, nazywane Dniem Cynamonowej Bułeczki (Kanelbullens dag) obliguje do rozkoszowania się nimi (w zwiększonej ilości oczywiście) a tych nieco ambitniejszych do pieczenia takowych w domu. Cukiernie i piekarnie konkurują ze sobą i w ten dzień prowadzone są konkursy na tę, która robi najwyśmienitsze bułeczki cynamonowe.
Ja uwielbiam te wypieki, i zarówno święto jak i własny blog zmobilizowały mnie do upieczenia moich pierwszych cynamonowych bułeczek. Kupiłam książkę z przepisami Caroline Ahlqvist, lauratki nagrody Cała Szwecja Piecze i bułeczki robiłam wedle jej przepisu. Pomagał mi w tym mąż, który jako dobrze rozeznany w pieczeniu okazał mi dzisiaj wielką cierpliwość i sporo mnie nauczył. Efekt naszej pracy jest naprawdę pyszny! Oto przepis.
Wykonanie:
1. Do naczynia wsypać mąkę, wbić jajko, dodać sól. 2. Postawić w garnuszku masło do ogrzania i rozpuszczenia. 3. Podgrzać mleko do temperatury pokojowej. Do dużej szklanki wsypać kardamon, rozkruszyć drożdże i wymieszać. Dodawać do tego stopniowo cukru, dolewać mleka i dobrze razem wymieszać. Tak rozpuszczone składniki wlać do naczynia z mąką, dolać rozpuszczone masło, resztę mleka i wyrabiać tak długo aż ciasto będzie odchodzić od ścianek naczynia, ok. 10 minut. (Ja wyrabiałam maszynką, co skraca i ułatwia pracę). Wyrobione ciasto przykryć ściereczką i zostawić na godzinę, żeby urosło. Unikać przeciągów i zimnego powietrza. 4. Wymieszać składniki na nadzienie. 5. Gdy ciasto wyrośnie podzielić je na dwie części. Rozwałkować pierwszą część na prostokąt o wymiarach ok. 35 x 60 cm, o grubości ok. 1 cm. Rozprowadzić nadzienie zostawiając jego jeden (szerszy) brzeg „czysty” do sklejenia. 6. Zwinąć wysmarowane ciasto w roladę wzdłuż szerszego brzegu w stronę drugiej, nieposmarowanej krawędzi. Pokroić roladę w ok. 2 cm paski, które potem ułożyć na foremkach do pieczenia. Uformowane bułeczki przykryć ręcznikiem i pozwolić im jeszcze godzinkę poleżeć i urosnąć. 7. Rozgrzać piekarnik do 25o st. Właścicieli kotów i innych ciekawskich zwierząt uprasza się o sprawdzenie czy piekarnik aby na pewno jest pusty. 8. Na chwilę przed pieczeniem posmarować bułeczki roztrzepanym ze szczyptą soli jajkiem i posypać grubym cukrem.
9. Piec ok. 10 minut w temp. 250 st. na środkowej półce.
10. Pozwolić bułeczkom ostygnąć, zaparzyć kawę i delektować się. Smacznego!
Uff! Dobiegliśmy do mety. Kuchnia wygląda jak pobojowisko, ale kiedy dom wypełniał się powoli intensywnym zapachem cynamonu, bułeczki z foremkach nabrały złocistej barwy i pięknie urosły, moje serce urosło z dumy, że się udało.
Upiekłam kanelbullar!
Z przepisu wyszło mi 55 bułeczek. Drugą porcję ciasta posmarowałam tą samą masą zmieszaną z jabłkiem, które starłam na tarce, poddusiłam w garnuszku i dodałam do reszty cynamonowego nadzienia. Te wyszły bardziej soczyste. Drożdży użyłam niebieskich, do pieczenia chleba, bo wtedy ciasto rośnie wolniej, ale za to zmniejsza się ryzyko przerośnięcia i później opadnięcia ciasta.
A na koniec ciekawostka! W szwedzkim świecie komputerowym znak @, (czyli naszą małpę), nazywa się a- trąbą (snabel -a), ale również cynamonową bułeczką (kanelbulle).
Słodkiego, cynamonowego święta Wam życzę!
Wyspa Nåttarö
Dziś było naprawdę upalnie.
A takie upały najznośniejsze są nad wodą oczywiście. Wybraliśmy się dziś na wyspę Nåttarö (MAPA), która leży w południowej części archipelagu i która okazała się bardzo atrakcyjna.
Na pierwszy rzut oka nie różni się od innych wysp ale tak naprawdę Nåttarö jest jak jedna wielka piaskownica. To piaszczyste „pole” należy do najstarszych w archipelagu. Jeśli mamy ochotę się poopalać, do wyboru są różne plaże, jeśli zaś mamy ochotę na wędrówkę i spacer, możemy przejść wzdłuż wyspy, w cieniu lasów, podziwiając ciekawą, nieco odmienną ze względu a piaszczyste podłoże roślinność.
Nam oczywiście zależało na dwóch różnych rzeczach, mąż chciał rekreacyjnie, przejechać na rowerze wyspę i zajrzeć i zbadać jej każdy kąt, a ja najchętniej poleżałabym na plaży, roztapiając się pod promieniami słońca i nabierając złocistobrązowej barwy, pogryzając w przerwach lody.
Jako, że jesteśmy dobrzy w kompromisach, było trochę tego, trochę tego. Zwiedziliśmy wyspę, zajrzeliśmy w prawie każdą przystań i zatokę.
Odpoczywaliśmy trochę na plaży i przyznam szczerze, pierwszy raz nie mogłam ustać boso na piasku, bo piasek parzył stopy. Coś niebywałego w Szwecji.
Lubię patrzeć jak cieszą i delektują się latem inni, to działa na mnie uspokajająco. Tu mała dziewczynka trenowała wiosłowanie. Śliczną miała dziecięcą łódkę z serduszkiem.
Przemieszczaliśmy się na rowerach, a ja byłam nieco zła, bo rowery grzęzły w piachu i przez większą część trasy musieliśmy je prowadzić.
Na jednej z przystani pierwszy raz zobaczyłam, jak wygląda rozładunek drzewa. Tu mieszkaniec wyspy odbiera zamówione drewno.
Kiedy Adam wypytywał o szczegóły tej operacji, ja znalazłam sobie inne, ciekawsze zajęcie.
Gdy już się wszystkiego dowiedział, pojechaliśmy na największą plażę, Storsand.
Na tej plaży pobyliśmy trochę dłużej, zrobiliśmy sobie piknik. Tak pomyśleliśmy, że nie trzeba do ciepłych krajów jechać, żeby poczuć takie prawdziwie upalne lato. Nawet opalać się długo nie dało, tak było gorąco, ani cienia wiatru. Nawet ja zaczęłam narzekać, mimo, że dobrze znoszę upały.
Bardzo fajnie jest poleżeć na plaży, nawet w cieniu drzew ale leżenie plackiem na rozgrzanej łodzi uważam za niebezpieczną przesadę. Ja poniekąd to rozumiem, zima jest tutaj taka długa i taka ciemna, lato tak na dobrą sprawę trwa kilka tygodni. Człowiek chce się „nałapać” słońca za wszystkie te minione zimne miesiące, nagrzać na zapas przed tymi, które nadejdą…
Nie udało nam się nacieszyć całą wyspą, z wycieczek wracamy teraz wcześniej, bo w domu czeka kot. Musimy wrócić tu kiedyś na cały dzień, bo wyspa jest naprawdę ciekawa. Zresztą jak każda inna wyspa na Skärgården, Nåttarö jest piękna i ma swój niepowtarzalny urok, klimat i charakter. Wysp w archipelagu jest dziesiątki tysięcy, chciało by się codziennie na jedną…
Na wyspę można dotrzeć statkiem firmy Waxholmsbolaget z Nynäshamn.
Park Narodowy – wyspa Ängsö
W sobotę wybraliśmy się na wyspę, Ängsö. (MAPA)
Wybrana z naszej listy miejsc do zobaczenia, wyspa o wdzięcznej nazwie Łąkowa (szw.äng: łąka), skusiła nas kwietnym krajobrazem z prospektu i poważnym tytułem Park Narodowy.
Wyspa ta ma ciekawą przeszłość i historię. Dawno, dawno temu były tu dwie wyspy, które z czasem, na skutek podniesienia się lądu połączyły się w jedną. Długo wyspa ta była niezamieszkana, ale rolnicy z pobliskich wysp przypływali tu, siali zboże, kosili i zbierali na niej trawy dla swoich krów. Kiedy zimą woda zamarzła, transportowano siano po lodzie, do swoich zagród na innych wyspach.
W późniejszym czasie przywożono tu krowy i owce wiosną na wypas.
To budynki gospodarcze (torp) byłego rolnika, z początku ubiegłego wieku. Dzisiaj wyspę zamieszkuje przez cały rok tylko jedna osoba (może z towarzyszem życia) – administrator wyspy, który prowadzi gospodarkę rolną w starym stylu, żeby zachować urok dawnego krajobrazu.
Wyspa ma też piękną historię o Adamie i Carolinie. Na wyspie Ängsö pracował niejaki Adam, który zatrudniony był jako parobek u dużego rolnika. Do jego obowiązków należała m.in. codzienna uprawa roli i sianokosy właśnie na tej wyspie. Bardzo mu się tu podobało i kiedy spotkał Carolinę, zakochał się w niej z wzajemnością i oboje marzyli, żeby zamieszkać razem na stałe na tej wyspie. Ponieważ Adam nie miał pieniędzy, zwrócił się do swojego pana z propozycją, żeby mógł zbudować dom i być podnajemcą „swojego” terenu na wyspie. Gospodarz się zgodził na arendowanie terenu na 50 lat i w 1857 roku marzenia Caroliny i Adama się spełniły. Zbudowali swoje małe gospodarstwo i w niedługim czasie urodziło im się troje dzieci. Aby poprawić warunki życia całej rodziny Adam pracował także u innych gospodarzy na innych wyspach jako parobek. Rodzina była szczęśliwa aż do tragicznego styczniowego wieczoru w 1864 r., kiedy Carolina nie doczekała się powrotu swojego męża z pracy. Większość uważała, że Adam wracając z pracy wszedł na kruchy lód i utonął.
Carolina nie chciała opuścić swojego gospodarstwa i postanowiła utrzymać siebie i dzieci. Miała jedną krowę, łowiła ryby i zbierała na wyspie wszystko, co mogło być pożyteczne. Zaczęła wytwarzać pewne maści z zebranych ziół, które zdobyły popularność dzięki swojej uzdrawiającej mocy. Ale często też prosiła ludzi o pomoc i napisała później „łatwiej było mi urodzić dzieci niż zdobyć jakąś zapomogę”. Po pewnym czasie przylgnęło do niej miano kobiety znachora. Dzielna kobieta nie poddała się nigdy, wychowała swoje dzieci i zmarła w aurze szacunku na swoim gospodarstwie w 1899 roku.
Odwiedzając wyspę można zobaczyć pozostałości gospodarstwa Adama i Caroliny.
Kiedy wyspa Ängsö stała się, w 1909 roku pierwszym Parkiem Narodowym w Szwecji i prawdopodobnie w Europie, głównie w celu uratowania starych, potężnych dębów, postanowiono nie ingerować w prawa natury i zabroniono nawet ówczesnemu, mieszkającemu tam gospodarzowi uprawy zboża jak i koszenia trawy poza najbliższym małym terenem przy jego zagrodzie. Rezultatem tego wyspa po kilkunastu latach zarosła całkowicie i przez to stała się dzika i niedostępna, co stało się prawdziwym skandalem.
Przekonano się, że stara chłopska mądrość i doświadczenie biorą górę nad mądrościami urzędników. Żeby zachować otwarty krajobraz na wyspach wymagana jest tradycyjna gospodarka rolnicza, tak jak za dawnych lat. W tym celu na wielu wyspach wypasane są dziś owce i krowy w okresie letnim, które dowozi się tam łodziami z innych wysp.
Jak w każdym Parku Narodowym, fauna i flora wyspy objęte zostały całkowitą ochroną.
A rosną tu piękne stare dęby i buki, sosny i lipy, zioła, kwiaty polne a nawet orchidee o imieniu Adam i Eva. Orchidee te kwitną w maju, stwarzając przepiękny spektakl. Tym razem nie było nam to zobaczyć ale w przyszłym roku chcemy tu przyjechać na czas rozkwitu.
Duży teren wschodniej części wyspy przeznaczono na rezerwat ptasi. Wiele gatunków znalazło tutaj doskonałe warunki do życia, m. in. majestatyczny orzeł morski. Od 1 lutego do 15 sierpnia jest zakaz wstępu do ptasiego rezerwatu.
Większa część wyspy to łąki i las.
Część lasu jest ogrodzona typowym szwedzkim płotem, ponieważ nawet dziś na tych zagonach wypasane są krowy. Ogrodzenia uniemożliwiają krowom wychodzenie z lasu na pastwiska. Krowy mają przecież według kontraktu przerzedzać las. Z poniżej zamieszczonego zdjęcia nie można wyciągnąć wniosku, że są pracowite. Jedynym potencjalnym usprawiedliwieniem ich nagannego zachowania był upał tego dnia.
Przeszliśmy całą, niedużą wszak wyspę dookoła, (poza rezerwatem ptasim), przez zagajniki, łąki i lasy. Ale jak zawsze, najciekawsze były odcinki wzdłuż urozmaiconego brzegu. Zajęło nam to zaledwie 2 godziny.
Przy okazji pojedliśmy jagód i słodkich poziomek.
Spacer należał do przyjemnych, tym bardziej, że pogoda była piękna i poza kilkoma turystami nie było żywej duszy. Cisza, spokój, sielanka.
Ängsö i jej przyroda, łąkowe kwiaty, stare dęby i buki, koncertujące w szumiących koronach drzew ptaki, leżące w cieniu bezrefleksyjne krowy; przestrzeń skoszonych poletek oraz stare urokliwe gospodarstwa budzą szczery zachwyt. Tutaj jest nie tylko pięknie ale też sielsko i idyllicznie. Raj!
Dotrzeć do niej można statkiem z centrum Sztokholmu lub z Waxholm. Na stronie firmy Waxholmsbolaget można znaleźć informację (nawet po polsku – kliknij na górze välj språk i wybierz polska) o cenach i rozkładach jazdy na tę i inne wyspy.
Gorąco polecam!
Pierwsza fotografia Bergslagsbild, fotografia orchidei Naturvårdsverket, wszystkie pozostałe moje.
Sztokholm jak z innej bajki
Człowiek nawet nie wie, jakie skarby ma na wyciągnięcie ręki.
Wybraliśmy się na spacer w miejsce wybrane jak od niechcenia, byle było tylko wzdłuż wody, wśród zieleni i ciszy. Wysiedliśmy przy stacji metra Alvik (wyjście Alvikstorg – mapa) i nogi poniosły nas do parku przy wodzie. Sama okolica to rejon bloków mieszkalnych i biurowców, okolona pięknym parkiem i kładką ciągnącą się daleko wzdłuż wody.
Ten park nosi nazwę Mälarparken, od nazwy jeziora, przy którym leży.
Spacerując wchodzimy, nie wiadomo kiedy, w niewielką dzielnicę, o przyjemnej nazwie Ogród Jabłkowej Zatoki (Äppelvikens Gård). To rejon domków i willi w starym stylu. Na zdjęciu poniżej Lilla Sjövillan,
a tutaj Stora Sjövillan.
Dalej droga prowadzi znów przez park, wśród drzew, po pagórkach i skałkach. Na trasie jest mnóstwo miejsc, gdzie można usiąść na chwilę, dać odpocząć zmęczonym nogom i popatrzeć na ogromną przestrzeń wody, na Essinge na brzegu po przeciwnej stronie.
Mijamy nasłonecznioną ulicę obok portu,
i znów wchodzimy w przyjemny chłód w cieniu drzew,
Te stoliki sugerują nam, że tam na górze jest restauracja albo kawiarnia.
Dalej droga prowadzi do Ålstensskogen (mapa). Ten kamień kamień nazywa się Ålsten i jest jednym z najstarszych w Sztokholmie kamieni przeniesionych przez lód.
W tym rejonie jest zatoka Berg, na której jest klub żeglarski i restauracja.
Idziemy dalej, kantem tego lasu, mijamy kąpielisko i kawałek dalej rozpościera się przed nami wielka łąka. Zaczęłam odczuwać już ból w nogach, kamera zaczęła ciążyć a głód odezwał się i prosił o powrót do domu. Mieliśmy do wyboru albo wracać ten kawał (pięknej wszak) drogi albo pójść jeszcze spory kawałek do przystanku naszego autobusu. Odległość niemal ta sama i ciekawość, co będzie dalej, co przed nami, zwyciężyła i wybraliśmy opcję drugą. W nieznane.
Weszliśmy w ulicę Grönviksvägen. Ani ja, ani mój mąż nigdy wcześniej tu nie byliśmy.
Cicho tu, spokojnie i elegancko. Domy duże, nowoczesne i w niczym nie przypominające czerwonych drewnianych domków znanych ze szwedzkiego krajobrazu. Nieliczne wille drewniane, jakie tam widziałam były bardzo jasne i o nieco bardziej wymyślnych kształtach.
Ta dzielnica to jedna z najbardziej ekskluzywnych dzielnic w Sztokholmie. Nie chcę nawet myśleć, ile taka willa kosztuje. Szczególnie taka, która ma widok na wodę, a pod dom podpłynąć można łódką…
Poza odmienną architekturą domów, zaskakujące były też ogrody i ganki, które swoim klimatem i urokiem przypominały te spotykane w krajach śródziemnomorskich. Cedry, cyprysy, jałowce i oleandry…
Większość tych willi była ogrodzona, ale znaleźliśmy niewielką ścieżkę między dwoma posesjami, która zaprowadziła nas na skały, wysoko nad wodą.
Jak zobaczyłam ten dom i ten jacht to zaniemówiłam z wrażenia! Na takim balkonie to ja bym chciała co rano kawę pić! Boże, jak ludzie fantastycznie mieszkają, coś pięknego.
Ten i wiele innych domów wzbudziły marzenia o własnym. Pomarzyć zawsze można, prawda?
I tak kończy się przy Grönviksvägen 195 (mapa) nasz długi i pełen wrażeń spacer. Wrócimy tu jeszcze a i przyjaciółce muszę tę trasę pokazać. Wam, którzy w Sztokholmie mieszkają też szczerze polecam, póki lato trwa!
Sztokholm, wydawało mi się, że znam bardzo dobrze, no, może dostatecznie dobrze a okazuje się, że znam tylko trochę. Ten fragment miasta jest jak z trochę innej bajki. To, że mnie od czasu do czasu zaskakuje, kładę na barkach tego, że to miasto wciąż jest dla mnie nowe, ale nawet mój mąż, który spędził w Sztokholmie 30 lat był szczerze zaskoczony i dziękował mi za ten pomysł wyjścia z domu i pójścia na spacer.
Myślę, że każde miasto kryje w sobie takie skarby, wystarczy tylko wyjść z domu.
Zawsze warto!
Dla zainteresowanych MAPA. Trzymając się brzegu wody szliśmy od Alvikstorg do Grönviksvägen 195 (Nockeby). Cała trasa ma 7 km.
Landsort na wyspie Öja
Ostatnie dni upływają nam pod znakiem wakacyjnych wypraw.
Wyprawy są to bliskie, rowerowe i spacerowe, proste ale bardzo ciekawe. Lato zapanowało łaskawie i my korzystaliśmy z tej pogody z wdzięcznością. Mój mąż śledzi codziennie prognozę pogody (co ja osobiście uważam za czynność zbliżoną do czytania horoskopów) i zarzekał się, że w poniedziałek odpoczniemy, bo ma padać. Ale poniedziałek przywitał nas pięknym słońcem, bezchmurnym niebem dlatego spontanicznie zabraliśmy wszystko, co potrzeba i pojechaliśmy na wyspę Öja, do Landsort (MAPA)
Wybraliśmy (właściwie to mąż wybrał) Öja, by przemierzyć rowerem tę część wyspy, której przemierzenie pieszo zajęłoby dużo czasu. Już tam byliśmy, dwa razy (o ostatniej wyprawie do Landsort pisałam rok temu, proszę bardzo, tam znajdziecie zdjęcia innej części wyspy).
Droga wzdłuż Öja jest prosta. Bo ta wyspa jest prosta i długa. Wiedzie przez łąki i zalesioną dolinę, a po drodze spotkać można liczne pomniki i oczywiście domy.
„Spocznij sobie jakąś chwilę i pozwól swoim zmysłom otworzyć się podczas gdy nogi twoje będą mogły odpocząć.”
Na drugim końcu wyspy jest drugi, mniejszy port oraz domki do wynajęcia.
Posiedzieliśmy tam chwilę, ale robiło się coraz chłodniej, coraz cięższe chmury zasnuwały niebo i czuć było już deszcz w powietrzu.
W drodze powrotnej do portu, skąd miał odejść nasz statek, poszliśmy jeszcze raz w pobliże latarni.
Lśniła skąpana w deszczu, ale wciąż tak samo piękna jak w pełnym słońcu. To najstarsza latarnia morska w Szwecji. Starych jest również wiele domów, większość pochodzi z dziewiętnastego wieku i zamieszkana była (i jest) przez marynarzy, latarników, rybaków i ich rodziny. Jest tu również niewielki kościół, cmentarz, są restauracje.
Na całej wyspie rozsiane są różne posągi i inne dzieła sztuki. Urokliwy Landsort jest przyczółkiem artystów, którzy czerpią tutaj inspiracje i tworzą swoje dzieła.
Ten posąg trzech figur jest dziełem Liss Ericsson, artysty, który stworzył Chłopca, który patrzy w księżyc, najmniejszą rzeźbę w Sztokholmie, stojącą na Starym Mieście.
Rozpadało się na dobre, ale przyszedł statek. Wracamy do domu, kocię czeka.
Jak dojechać do Öja i Landsort?
Pociągiem (pendeltåg) do Nynäshamn, potem autobusem 852 do Ankarudden (na Torö przy Herrhamra gård). Z Ankarudden statkiem Waxholsbolaget do portu Landsort.
Ratusz miejski – Stadshuset
Ratusz miejski (Stadshuset) jest jednym z najważniejszych punktów zwiedzania Sztokholmu. (MAPA)
Położony nad wodą Riddarfjärden dominuje w widzianej od południa panoramie miasta. Ratusz uznawany jest za symbol stolicy a trzy złote korony na szczycie jego wysokiej na 106 m wieży symbolizują Szwecję.
Jego wewnętrzny dziedziniec ma piękny arkadowy krużganek.
Ratusz, dziedziniec i ogród są dziełem znakomitego architekta Ragnara Östberga. Budowa Ratusza zajęła kilkanaście lat i ukończona została w 1923 roku. Zamierzeniem architekta było „postarzenie” budynku, jak przystoi Ratuszowi i nadać mu cechy budynku jak z zamierzchłych czasów.
Inspirację do jego projektu czerpał on z włoskiego renesansu, nordyckiego gotyku i odrobinę też ze sztuki islamskiej. Wzorował się poniekąd na weneckim Pałacu Dożów. Do budowy Ratusza użyto 8 milionów cegieł a do ozdobienia Złotej Sali ponad 18 milionów pozłacanych płytek.
Do prac przy ozdabianiu wnętrz Ratusza zaangażowano cały szereg szwedzkich artystów.
W głównej, dużej sali Ratusza nazywanej Salą Błękitną (Blå Hallen) wydawane są uroczyste przyjęcia. Tym najbardziej znanym jest przyjęcie na cześć laureatów Nagrody Nobla, zawsze 10 grudnia.
Sala miała być w błękitnym odcieniu, ale kiedy Ragnar zobaczył wymurowaną salę, tak bardzo mu się spodobała mu, że postanowił jej jednak nie malować. Ale nazwa została.
To Sala Błękitna widziana z piętra.
Wnętrze Ratusza na piętrze jest nie mniej imponujące. To jedna z mniejszych sal, na zdjęciu poniżej, wyłożona gobelinami, dla których kształt sali został specjalnie zaprojektowany.
Z niej wchodzi się do długiej sali jadalnej. Stoły ustawiane są wzdłuż i ci, którzy siedzą naprzeciw okien mają widok na wodę Riddarfjärden, a ci którzy siedzą placami do okien widzą taki sam widok, tylko namalowany na ścianie, skryty za kolumnami.
W kolejnej sali, z wysokim ciekawym stropem, odbywają się jakieś obrady Zarządu Miasta Sztokholmu.
Jedną z piękniejszych jest Sala Złota, ozdobiona jest pozłacanymi płytkami mozaikowymi.
Te płytki to maleńkie kawałki szkła, między które wkładano folię z 23 karatowego złota. Te płytki wmontowano w ściany tej sali nadając jej złoty wygląd.
Na wysokiej, masywnej i kwadratowej wieży Ratusza lśnią trzy złote korony. Na wieżę można wejść po 365 schodkach, na taras widokowy, by potem stamtąd podziwiać Sztokholm oraz wielkie dzwony zawieszone pod kopułą.
A oto wspaniała nagroda za wejście na wieżę, widok na Stare Miasto i cały Sztokholm. Polecam wejście po południu (po 13.), żeby uniknąć robienia zdjęć Starego Miasta pod słońce.
Między Ratuszem a wodą znajduje się ogród, nazywany parkiem (ogrodem) ratuszowym. Znajdują się w nim marmurowe rzeźby i fontanna. Ja czasem przychodzę do tego ogrodu odpocząć, zebrać myśli, czy po prostu popatrzeć na piękny dziedziniec i przeglądające się w wodzie miasto.
Zwiedzanie Ratusza:
Ponieważ zwiedzanie Ratusza odbywa się tylko z przewodnikiem, wejść można tylko w określonych godzinach, w grupach do 10 osób i trwa około 45 minut. Informacje o godzinach zwiedzania i cenach oraz zwiedzaniu z przewodnikiem (w różnych językach) znajdziesz tutaj (klik). Znaczek globusika – translate, na górze pomoże Ci przetłumaczyć wszystko na język polski.
Ceny: od kwietnia do października: dorośli: 100 koron, studenci i emeryci 80 koron, dzieci do lat 11 za darmo, od 12 do 19 lat 40 koron, z Kartą Sztokholmską zwiedzanie ratusza i wejście na wieze za darmo. Zwiedzanie wieży 4o koron, bez zniżek.
Listopad i grudzień wszystkie bilety około 20 koron taniej, wieża 40 koron.
Dojazd: Do Centralen i później dojść pieszo ok 600 m.
Dalarna, serce Szwecji
Tegoroczny Midsommar spędziłam w regionie Dalarna.
Tylko kilka dni pobytu w tym regionie i tak piękne, barwne i wzruszające obchody najkrótszego dnia w roku (Midsommar) w kilku różnych jego miastach sprawiły, że trudno mi będzie teraz wyobrazić sobie obchody tego święta gdziekolwiek indziej. Towarzyszą mu ludowe obrzędy, festiwale, wielowiekowe tradycje taneczne i muzyczne oraz kolorowe regionalne stroje.
Poza tym, Dalarna, nazywana często ludową prowincją a jeszcze częściej sercem Szwecji to nie tylko ośrodek folkloru, ale także malownicze krajobrazy, sielskie wsie, idylliczne miasteczka i piękne miasta.
Dawniej kraina znana z kopalń miedzi, żelaza i srebra, dzisiaj ma inne oblicze – swoją naturą i przyrodą, różnorodnością, kulturą i serdeczną gościnnością inspiruje i przyciąga turystów i artystów z całej Szwecji i nie tylko.
Region Dalarna jest jednym z największych atrakcji turystycznych w Szwecji. Ten najdalej na południe wysunięty górzysty obszar oferuje nam mnóstwo możliwości wypoczynku o każdej porze roku. Latem przyciąga głównie obchodami święta Midsommar, zimą zaś kusi doskonałymi warunkami i atrakcjami dla narciarzy.
Sercem Dalarny jest pięknie skrzące się i osnute legendami jezioro Siljan (mnie podoba się to jezioro bardzo!) oraz leżące wokół niego trzy spore miasta: Mora, Leksand i Rättvik.
Badania mówią, że jezioro Siljan powstało 360 milionów lat temu na skutek uderzenia ogromnego meteorytu. Z jeziorem związane są różne legendy, bo faktycznie, urok jego wód jest czarowny i magiczny. To jezioro jest ważnym tłem dla obchodów Midsommaru, ponieważ częścią obrzędów jest przepłynięcie łodziami ubranych w ludowe stroje mieszkańców, o czym opowiadałam przy okazji obchodów w Rättvik i Leksand.
Co roku, do Dalarna przybywają z całej Szwecji i nie tylko, miłośnicy muzyki na dwa wielkie festiwale. Jednym z nich jest Muzyka nad Jeziorem Siljan (Musik vid Siljan).
Region ten był (i wciąż jest) inspiracją dla artystów, jednym z nich był malarz i rzeźbiarz Anders Zorn, którego muzeum i niesamowicie inspirujący dom odwiedziliśmy w Mora.
Mora jest jednym z trzech znanych miast leżących wokół tego jeziora. Poza Zornem, Mora związana jest także ze słynnym, corocznym biegiem Wazów, tutaj jest tego biegu meta.
A to główny deptak w Mora.
I kościół, widziany z ogrodu Zorna. Widać też kawałek serca w jego ogrodzie, który mówił jego gościom, że są mile widziani.
Pozostałe dwa wspomniane miasta to Leksand i Rättvik.
Rättvik jest spokojną miejscowością, w którym jakby zatrzymał się czas. Stare domki pasterskie domki (fäbodar) z przyległymi do nich zabudowaniami, pochodzące jeszcze z XV w. są jak żywe muzea, gdzie ciągle jeszcze doi się krowy, ubija masło, wyrabia kozi ser i piecze tradycyjny cieniutki chrupki chleb (Vasa bröd).
Gdzieś na skraju lasu skrywa się chata, w której powstają jeden za drugim koniki z Dalarny. Takich miejsc, gdzie wyrabiane są te koniki, jest w Dalarna oczywiście więcej, najbardziej znany i chyba największy warsztat znajduje się w miejscowości Nusnäs.
Stoi w Rättvik piękny biały kościół, który przegląda się w wodzie.
Na romantyczny spacer można pójść wzdłuż bardzo długiego molo.
Leksand jest miejscowością, w której żywo kultywuje się dawne tradycje. Samo miasto jest piękne, barwne o ciekawej architekturze, pełne smaczków. Latem, w amfiteatrze jest wystawiane tradycyjne misterium Himlaspelet. Pod pięknym mostem płynie rzeka Dal.
W parku, niedaleko rzeki stoją czynne dzwony.
Samo miasteczko jest przeurocze. Trochę jak z bajki…
Dalarna to nie tylko te trzy miasta, to także wiele, wiele innych ciekawych i pięknych miejsc, które chciałabym poznać od podszewki. Chociażby Falun, od którego zaczął się tradycyjny kolor szwedzkich domków, (Szwedzi kojarzą też Falun z kiełbasą Falu (falukorv) czy też Hedemora, która rości sobie prawo do miana najstarszego miasta Dalarna albo przepiękne, widziane przez nas tylko przejazdem Sollerön i Getsunda. Te mini domeczki zauważyłam właśnie tam.
O tej części Szwecji można opowiadać długo. Ale mówiąc o Dalarna nie sposób pominąć milczeniem czerwonych koników (dalahäst), które stały się typową pamiątką ze Szwecji. Ale myślę, że wrażeń na dziś wystarczy i do koników wrócimy przy innej okazji.
Jednego jestem pewna – Dalarna rzuciła na mnie urok. Wiem, że chciałabym tu jeszcze wrócić.
Podróż inlandsbanan – refleksje
Wczoraj skończyła się nasza 6-dniowa podróż koleją śródlądową wzdłuż Szwecji.
Tak jak wszystko na świecie również i ta forma wycieczki ma plusy i minusy. Chciałabym się podzielić z Wami naszymi refleksjami na temat samej podróży tym pociągiem oraz pokazać poprzez garść zdjęć to, co po drodze widzieliśmy.
Krajobrazy widziane w biegu, za oknem pociągu zmieniała się w hipnotyzujący sposób, widzieliśmy ciągnące się kilometrami lasy, grzęzawiska, wodospady, rzeki i jeziora. Im dalej na północ tym bardziej surowa natura i przyroda. To było tej podróży zdecydowanie wielkim urokiem.
Bardzo przyjemnym elementem podróży są oczywiście spotykane i zauważane renifery i łosie, czasem też inne zwierzęta. Renifery latem przebywają na torach, bo na torach jest większy przewiew, (przeciąg) który chłodzi je i odgania od nich uciążliwe komary. Poza tym, zwierzęta te (szczególnie renifery) nie boją się pociągów. Udało nam się nagrać kilka filmików z reniferami, łosie nie były zainteresowane filmową sławą. Kliknij na zdjęcie poniżej i zobacz filmik.
Podróż przez Szwecję to podróż przez niekończące się lasy poprzetykane innymi elementami natury, jak rzeki czy jeziora. Podróż Inlandsbanan to także wycieczka dla turystów, dlatego też pociąg zatrzymuje się na wybranych stacjach, na których można napić się kawy, zjeść lunch, zobaczyć małe muzeum, przyjrzeć się bliżej północnej roślinności czy zwyczajnie gdzieś w pobliżu stacji odpocząć. Te postoje są z góry zaplanowane i są jakby częścią wycieczki.
Ciekawe było przejście przez most, w Pite Älv, który jest mostem zarówno kolejowym jak i drogowym.
Kliknij na zdjęcie poniżej i zobacz króciutki filmik.
Sympatyczne (a dla niektórych emocjonujące) było także przekroczenie koła podbiegunowego.
Te elementy wycieczki były piękne, ale jak wspomniałam, wszystko ma swoje plusy i minusy. Nasza wycieczka Inlandsbanan trwała 6 dni i wydaje się nam, że to stanowczo za długo i że w zupełności wystarczy przejechać tylko jeden lub dwa odcinki tej trasy, żeby poczuć jak to jest. Siedzenie w jednej pozycji długo, czasem spanie na siedzącą, z ciągle opadającą głową, (odległości między stacjami nie są długie ale jeśli wybierze się odcinek trasy między dwoma odległymi miastami, tak jak my raz jechaliśmy z Gällivare do Östersund 14 godzin, to taka droga może naprawdę zmęczyć). Minusem było także to, że sygnały (trąbienie) bywały w niektórych pociągach tak głośne i częste, że aż denerwowało.
Podsumowując całą wyprawę inlandsbanan, możemy uczciwie powiedzieć, że warto wybrać się na taką wycieczkę. Można wybrać tylko kawałek trasy, wtedy kupuje się tylko bilet na konkretny odcinek i wtedy nie jest tak drogo. Szwecja jest piękna a jej piękno jest tak ukryte, że czasem trzeba wsiąść do pociągu, śródlądowego i dać się powieźć ku przygodzie.
Oto trasa podróży:
Rozkład jazdy oraz strona internetowa Inlandsbanan, na której znajdziecie potrzebne informacje, również po angielsku.
Kopalnie w Gällivare
W Gällivare znajdują się dwie olbrzymie kopalnie, kopalnia żelaza (LKAB) oraz kopalnia miedzi (BOLIDEN).
Najpierw pojechaliśmy do muzeum poświęconym kopalni żelaza opowiadającym o historii kopalni oraz o badaniach naukowych nad żelazem i innymi minerałami.
Po wizycie w muzeum i ośrodku badawczym zjechaliśmy autobusem (i pracownicy, i turyści jeżdżą na dół autobusem) do samej kopalni, długimi tunelami na dół, na głębokość 1 250 metrów. Łączna długość tuneli i dróg w całej kopalni wynosi ok. 700 km!
O nie, takie piękne słońce, a my musimy na kilometr pod ziemię!
Ruda tam wydobywana w postaci kamienia jest bardzo bogata w żelazo (ok. 45 – 50%). W kopalni rozsadzana a potem kruszona jest skała, która trasportowana jest szybkimi windami i taśmami na górę, do dalszej obróbki, gdzie zostaje zmielona. Końcowym produktem jest ten miał ale najczęściej małe kulki nazywane pellets. Dzienna produkcja żelaza odpowiada zapotrzebowaniu żelaza na zbudowanie sześciu wież Eiffla.
Znajdowały się tam też ogromne różne warsztaty, myjnie, restauracja, stacja kontrolna.
Druga kopalnia, którą odwiedziliśmy była odkrywkowa kopalnia miedzi Boliden Aitik, kilka km na południe od Gällivare.
Ta kopalnia jest długa na 3 km i głęboka na 450 m. Ruda w tej koplani zawiera tylko o,25% miedzi ale także srebro i złoto. Złoża ładowane są przez koparki, której szufla na raz ładuje po 80 ton do ciężarówek, które mieszczą ok. 320 ton złoża. Zarówno te koparki jak i ciężarówki są jednymi z największych na świecie. Ta kopalnia jest równie imponujaca, (to największa kopalnia w Szwecji) ale szczególnie te maszyny. Praca w tej kopalni wre na okrągło, całą dobę, przez cały rok. Ciekawostką dla nas było to, że 50 procent zatrudnionych w kopalni to kobiety i że tylko kobiety prowadzą ciężarówki, bo one jeżdżą delikatnie i ostrożnie, tak że te maszyny rzadziej się psują.
Obie kopalnie były fascynujące, ale sprawiały dla mnie trochę przerażające wrażenie. Zwłaszcza ta pierwsza. Mnie w ogóle nie przyszłoby do głowy pojechać do kopalni, nie tylko dlatego, że takie miejsca wydają mi się niebezpieczne, ale chociażby dlatego, że są one mało przyjemne – zimne, ciemne, klaustrofobiczne. Ale, że mam męża, który ma własne pomysły na zwiedzanie miasta, znalazłam się i tam. Jednak muszę przyznać jedną rzecz. Choć wiedziałam, co oznacza praca w kopalni, tam na dole, kilometr pod ziemią, widząc pracę górników i te wielkie złoża i maszyny oraz gdy poczułam strach przed zawaleniem, zrozumiałam wielkość i znaczenie tego rodzaju pracy. Mój szacunek do górniczej pracy wzrósł tysiąckroć i chylę wszystkim górnikom czoła.














































































































































































































Najnowsze komentarze