Tag: Szwecja
Wakacyjna retrospekcja
Wszystko, co piękne tak szybko się kończy…
Wakacje i urlop przeminęły w mgnieniu oka. Były bardzo intensywne, zarówno pod względem tempa, jak i wrażeń. Mając całe 4 tygodnie wolnego wybraliśmy się na podbój Szwecji i kawałka Danii. W lipcu, przez tydzień, towarzyszyli nam moi rodzice, ale większość eskapady przebyliśmy sami, we dwójkę. Po pierwszej części urlopu wróciliśmy do domu zregenerować siły i pobyć trochę z naszym kotem. Mój mąż mógłby spędzić w tej podróży autem ciurkiem dwa miesiące, ja jednak jestem mniej wytrzymała.
Po tygodniu siedzenia w domu i nudy nabrałam energii do kolejnej eskapady, choć powiedziałam sobie, że następna taka szaleńcza wyprawa dopiero za rok. Został mi cały tydzień wolnego do wykorzystania, a lato nagle przybrało gorący i słoneczny obrót, więc żal było nie spakować się i nie ruszyć w drogę.
Jako, że widzieliśmy już Dalarna, południe (Malmö i okolice) i wschód Szwecji (Vimmerby), oraz Gotlandię, Alandię i Olandię, została nam Północ i zachodnie wybrzeże (Göteborg już zaliczony). Na Północ trzeba jechać na dłużej niż jeden tydzień, więc padło na zachodnie wybrzeże. Bardzo chciałam zobaczyć słynną Fjällbackę, a Adam chciał popłynąć w rejs kanałem Dalsland. Planowanie trasy przebiegło sprawnie, bo mój mąż, jako były żeglarz i wciąż jeszcze prawdziwy przewodnik uwielbiający geografię umie tak ułożyć wycieczkę, że wszystko idzie jak po sznurku i pozostaje tylko modlić się o pogodę.
Dla uwiecznienia tego ostatniego wakacyjnego tygodnia wybrałam kilkanaście zdjęć (trudno mi było wybrać!).
Widok ze starego mostu na nowy most Svinesundsbron, łączący Szwecję i Norwegię
Najbardziej na zachód wysunięte wybrzeże Szwecji
Fjällbacka widziana od strony wody
Wyspa Koster Północna i najdziwniejsza, pełna wszelkiego rupiecia kawiarnia Strandkanten
Malowidła z epoki kamienia, w Tanum
Przepiękny i poruszający do łez Smögen
Smögen powalił mnie na przysłowiowe kolana! Zakochałam się w tym mieście na zabój!
A tu, bonus! Maleńkie miasteczko portowe Grundsund
Odwiedzone pod wieczór oczarowało tym razem mojego męża
Grundsund jest trochę jak żyjący i funkcjonujący skansen.
I na koniec eskapady Marstrand
Na Marstrand zakończyła się nasza trasa. Krok za krokiem można było śledzić te moje szalone i piękne wakacje na specjalnie po to założonym instagramie.
Na tych wakacjach przekonałam się po raz kolejny, że Szwecja jest niezwykle pięknym krajem, że jej natura wzrusza i uzależnia. Oboje z moim mężem nie sądzimy, że chcielibyśmy spędzić lato gdziekolwiek indziej poza Skandynawią.
…
Wczoraj zaczęłam pracę, i trudno mi nabrać rozpędu i rutyny, jeszcze żyję wspomnieniami… Ale czas wziąć się w garść, za miesiąc zaczynam kolejne studia, więc czeka mnie wiele miesięcy pracy, nauki, no i zbierania pieniędzy na kolejne wielkie skandynawskie wakacje…
Dziesięć powodów, dla których warto odwiedzić Olandię
Olandia (Öland), wyspa leżąca u południowych wybrzeży Szwecji jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc, szczególnie latem. Wielu Szwedów ma tutaj swoje domy letnie, (nawet para królewska) i przyjeżdża regularnie co roku, ale pozostali nie będą żałować, jeśli odwiedzą tę wyspę. I kto tylko może, powinien choć raz pojechać na urokliwą Olandię, z wielu względów. Względy te ujęłam w 10 punktów, które wybrałam kierując się subiektywnymi spostrzeżeniami.
1. Przyroda i pogoda
Natura i pejzaż Olandii, przypominające miejscami egzotyczne stepy i sawanny, to poza lasami, łąkami i polami uprawnymi rozległe płaskowyże nazywane tutaj alvarami.
Nieurodzajna ziemia, upstrzona kamieniami, niemal pozbawiona drzew lub usiana drzewkami karłowatymi, jest pastwiskiem dla owiec i krów. Poza tymi, „domowymi” zwierzętami spotkać na Olandii można foki, (przyda się lornetka), wielbłądy, strusie, czasem przez jezdnię przebiegnie łania albo, jak ktoś ma szczęście – jeleń.
Olandia to raj dla kochających przyrodę, szczególnie dla miłośników ptaków. W kilku miejscach na całej wyspie znaleźć można stacje ornitologiczne, w tym największą w Ottenby, do której zjeżdżają się ptasi obserwatorzy z całego świata. Roślinność też jest niebanalna, na wyspie rośnie m.in. 30 gatunków storczyków oraz cała gama wartościowych ziół.
Olandię można spokojnie określić dwoma słowami – rezerwat przyrody. Ponadto jest tu dużo cieplej niż „na lądzie stałym” Szwecji, a ten cieplejszy i łagodniejszy klimat Olandia zawdzięcza prądom morskim Cieśniny Kalmarskiej. Na słońce i piękną pogodę też można tutaj liczyć.
2. Wiatraki
O wiatrakach, znakach rozpoznawczych Olandii, pięknie wkomponowanych w jej krajobraz napisałam osobny post.
3. Zamek Borgholm i Solliden
Wciąż majestatyczne, zamkowe ruiny królują w okolicy miasta Borgholm. Mimo, że to tylko pozostałości po strawionym w 1806 r. pożarze pozostałości dawnego zamczyska, wciąż przyciągają rzesze turystów i są atrakcyjnym miejscem dla muzyków dających koncerty.
Nieopodal zamku stoi letnia posiadłość szwedzkiej rodziny królewskiej, Solliden. Dom może jest „zwykły” ale za to ogród – fantastyczny! Wymyślne rabaty, egzotyczne agawy, fontanny i posągi, całość dobrze przemyślana i wprawiająca w zachwyt.
Spacer po tym przeogromnym ogrodzie, szczególnie po upojnie pachnącym kwarterze różanym będę pamiętać jeszcze długo….
Przed wejściem na posiadłość, oprócz butików z królewskimi pamiątkami i miejscowymi przetworami stoi kawiarnia, w której serwują wyśmienite torty o królewskich nazwach.
4. Latarnie Långe Jan i Långe Erik
Na pierwszym zdjęciu pyszni się latarnia Långe Jan, najwyższa latarnia morska w Szwecji. Ma 42 metrów a z jej szczytu rozciąga się piękny widok, szczególnie dla wprawnego oka, które zauważy trenujące do odlotu żurawie.
Mnie osobiście podobał się bardziej widok z drugiej latarni, na samej północy Olandii, Långe Erik. Najpewniej dzięki pięknej jasnej plaży pełnej białych, wyszlifowanych przez fale kamieni.
5. Vickleby i Capellagården
Na Olandii nie brakuje sielskich i uroczych wsi, ale ta jedna jest wyjątkowa i warta tego, by zatrzymać się tutaj na dłuższą chwilę.Vickleby leży w środowej Olandii, na brzegu Stora Alvaret i już od XIX w. przyciągała artystów, którzy chcieli uwiecznić piękno wyspy w swoich dziełach. To tutaj jest słynna szkoła dla przyszłych artystów, założona w 1960 r. przez Calma Malmstena. Poza tym, jest tutaj piękny ogród ziołowy, butik, kafejka i galeria. Cała wioska jest niezwykle idylliczna!
6. Ruiny, grobowce wikingów i kamienie runiczne
W Olandii czuć oddech historii niemal na każdym kroku. Dawno, dawno temu mieszkali na tej wyspie wikingowie, dlatego też natykaliśmy się na ich grobowce i stawiane ku chwale zasłużonych kamienie ozdobione pismem runicznym, jednym z najbardziej znanych jest ten oto, najstarszy w Szwecji kamień Karlevistenen.
Innym miejscem przypominającym nam o tym, jak stary jest nasz świat, jest wzniesione w czasie Wielkiej Wędrówki Ludów grodzisko w Gråborg (dwa pierwsze zdjęcia). Poza tym, jest tu kilka innych, pochodzących z wcześniejszego okresu grodów i fortów, zachowanych lub zrekonstruowanych, jak np. (zdjęcie 3) gród Eketorp. Olandia jest smakowitym kąskiem dla archeologów.
7. Wybrzeża
Za najpiękniejsze brzegi wyspy uznałam brzeg wzdłuż zachodniego wybrzeża od środkowej Olandii, w górę na północ. Wybraliśmy, trochę ryzykując, trasę z mapy rowerowej, ale dało się przejechać. Wprawdzie samochód był po tej podróży siwy od kurzu, ale za to widoki i wrażenia mieliśmy niezapomniane.
Wyjątkowe były formacje skalne, zwane raukami w Byrum (zdjęcie poniżej) i choć oczywiście nie mogą się one równać z raukami w Gotlandii, nie mniej jednak są miłe dla oka i przyjemnie jest zrobić sobie wzdłuż tego skalnego, uformowanego siłami przyrody brzegu nieśpieszny spacer.
Wiele plaż jest bezludnych, spokojnych, jakby zapomnianych. Takie miejsca są doskonałe na mały piknik czy przycupnięcie na kamieniu i wsłuchaniu się w kojący szum morza. Tutaj można mieć bliski kontakt z naturą i z samym sobą, tutaj można poczuć to ukłucie szczęścia w duszy, że świat jest taki piękny! Pokochałam te szwedzkie, prawie puste, czasem dzikie, plaże do tego stopnia, że nie wiem, czy odpoczęłabym na plaży wypełnionej po brzegi ludźmi…
8. Plaża w Böda
Większość plaż wzdłuż wybrzeża nie sprzyja kąpielom słonecznym połączonym z kąpielami w morzu, (choć jest wielu, którzy wylegują się na skałach), ale co jakiś odcinek można znaleźć plażę taką „wymarzoną”, prawdziwą, piaszczystą. Najpopularniejszą chyba na całej wyspie plażą, połączoną z dosyć snobistycznym kurortem wypoczynkowym plażą jest plaża w Böda. Piasek bielusieńki, woda czysta, tylko, jak dla nas, za dużo ludzi…
9. Puszcza Trolli
To ciekawostka i wielka frajda, nie tylko dla dzieci. Puszcza trolli (Trollskogen) to wielki, leżący na samej północy Olandii bór, którego drzewa wysmagane przez żywioły straszą swym wyglądem.
Jeśli ktoś ma bystre oko, zauważy ukryte gdzieniegdzie trolle, patrzące na przechodzących z ciekawością. Wyzierające ze starych pni oczy dodają puszczy „prawdziwości” i dla ludzi z wybujałą fantazją przejście przez ten powykręcany las może być momentami przyspieszającą tętno atrakcją.
10. Miasto Borgholm i muzeum Himmelberga
Borgholm to miasto, które zapadło mi w pamięć najbardziej. Może dzięki starej, specjalnej architekturze. Małe uliczki o uroku sielskiego skansenu, główny deptak wypełniony słońcem i uśmiechniętymi ludźmi, ciekawa, bardzo stara restauracja Ebba, wszystko to rzuciło przyjemną poświatę na to miasto.
W Borgholmie jest również znane i warte odwiedzenia muzeum Himmelsberga Museum. To prawdziwy skansen dawnych gospodarstw, domów, ich wyposażeń oraz przedmiotów mówiących o dawnym życiu na Olandii, połączony z galeriami sztuki i ogrodem.
Uff, o Olandii mogłabym mówić jeszcze dużo. Poza nieszczęsnymi mokradłami, które nas rozczarowały, niemal każdy skrawek wyspy zauroczył nas na swój sposób i pozostawił niedosyt. My spędziliśmy na Olandii cztery całe dni i jeśli się ma do dyspozycji samochód, cztery dni wystarczą, by zwiedzić Olandię, ale żeby się nią do syta nacieszyć i nadać zwiedzaniu spokojniejsze tempo, trzeba poświęcić tydzień.
Albo i całe lato…
Göteborg w trzech odsłonach cz. 1
Nie wiem, kiedy, i czy w ogóle, wybrałabym się do Göteborga, gdyby nie finał Volvo Ocean Race.
Mój mąż, dawniej zapalony żeglarz, zapragnął zobaczyć zakończenie słynnego rejsu i już kilka miesięcy wcześniej zaplanował długi weekend w Göteborgu. O tym mieście wiedziałam niewiele, a może i dobrze, bo pojechałam bez żadnych uprzedzeń i bez specjalnych oczekiwań.
Największym zaskoczeniem byli dla nas ludzie. Zupełnie inni niż Sztokholmianie. Przemili, serdeczni i co najciekawsze – rozmowni! I nawet nie zatopieni w swoich telefonach komórkowych, uśmiechnięci, rozmawiający ze sobą. Ludzie sami też podchodzili do nas stojących z nosami w mapie, pytając, czy nie pomóc. Jakby nie Szwedzi!
Może w Göteborgu żyje się Szwedom inaczej?
Sercem Göteborga jest jego dzielnica portowa. Dzięki dogodnemu położeniu miasto zapewniło sobie status największego skandynawskiego portu morskiego, obsługującego ponad 10 tysięcy statków rocznie.
Jedną z najbardziej charakterystycznych budowli jest Lilla Bommen, lub inaczej Göteborgsutkiken, 86 m., biało – czerwona wieża, wznosząca się obok mostu Götaälv. Z tej wieży, pieszczotliwie nazywanej „Szminką”, roztacza się wspaniała panorama miasta i portu.
Port w Göteborgu pełni rolę głównego portu handlowego i pasażerskiego, a znaczenie Göteborga od wieków z tego względu było duże. W tym ruchliwym porcie roiło się od statków wypływających lub powracających z rejsów do najdalszych zakątków świata.
Dla milionów Szwedów, którzy w XIX w. masowo emigrowali do Ameryki, Göteborg był ostatnim skrawkiem ojczystej ziemi, który widziały w życiu.
To tutaj w porcie obserwowaliśmy wielki finał rocznego rejsu dookoła świata Volvo Ocean Race.
Siedem jachtów paradowało przed zachwyconymi widzami. Mój mąż i setki spotkanych tu osób przez cały rok obserwowało zmagania zawodników płynących dookoła świata.
Choć żeglarstwo nie pociąga mnie tak bardzo jak mojego męża, nawet dobrze się na tej imprezie bawiłam. Tym bardziej, że (co było absolutną niespodzianką), uwieńczeniem wydarzenia był koncert Loreen.
W tym samym porcie, który ma nazwę Lilla Bommens Hamn stoi gmach opery, który z wyglądu przypomina statek, a po przeciwnej stronie stoi restauracja i szereg biurowców.
Z tego portu odchodzą mniejsze statki, które kursują na wyspy archipelagu.
Archipelag göteborski też różni się od sztokholmskiego. Udało nam się wyskoczyć na krótką wycieczkę na wyspę Styrsö. Jeśli wierzyć towarzyszowi wycieczki, że wszystkie wyspy w tym archipelagu są do siebie podobne, to można sądzić, że tutejsze wyspy mają urok… miejski. Na Styrsö widzieliśmy asfaltowane i oznakowane ulice, supermarket, salon fryzjerski, szkołę z boiskiem, a nawet szpital.
Wracamy do Göteborga. Interesującym uzupełnieniem pieszego zwiedzania miasta jest zwiedzanie z perspektywy żabiej, czyli z płaskodennej łodzi zwanej Paddan (Ropucha). Trasa spokojnej wycieczki prowadzi wzdłuż starej fosy i XVII-wiecznych kanałów oraz przez port. Przewodnik na łodzi opowiada o mieście, jego historii i architekturze, szczególnie o mostach, pod którymi się przepływa. A jest ich 20.
Dwa z mostów są tak niskie, że trzeba się schylić, gdy się pod nimi przepływa. Jeden z nich ma imię Osthyvel (Nóż do sera), a drugi Frisören (Fryzjer). Podobno, jak się człowiek pod Fryzjerem nie schyli, to ma potem nową fryzurę.
Miasto może się pochwalić rozbudowaną i doskonale funkcjonującą siecią tramwajów i autobusów, ale za to nie ma metra, bo jego budowę uniemożliwiają niekorzystne warunki geologiczne.
Niektóre tramwaje są zabytkowe i bardzo romantyczne, gdzie pan motorniczy zapyta cię o zdrowie.
A mieszkańcy Göteborga mówili nam, że oni, w przeciwieństwie do mieszkańców Sztokholmu nie mają nic do ukrycia, dlatego nie potrzebują kolejki podziemnej. Między mieszkańcami Göteborga a Sztokholmu toczy się niepisana walka na argumenty, które miasto jest lepsze. Taki złośliwy docinek o tym, dlaczego w Göteborgu nie ma metra jest świetnym przykładem tego, co Göteborg sądzi o Sztokholmie.
Przez trzy dni próbowaliśmy zobaczyć jak najwięcej i przemierzyć miasto wszerz i wzdłuż.
c.d.n…
Astrid Lindgren – Dalagatan 46
Dziś mija trzynasta rocznica śmierci Astrid Lindgren.
Temat Astrid pojawia się na tym blogu od czasu do czasu. Opowiadam o niej nie tylko z tej przyczyny, że jestem jej ogromną wielbicielką, ale również dlatego, że pisząc o Szwecji nie sposób nie wspomnieć o tej wspaniałej kobiecie. Obejrzałam niedawno trzyodcinkowy dokument Kristiny Lindström „Astrid”, który odsłonił jej wiele tajemnic, pokazał, jakie było jej prawdziwe życie.
Ale nie o biografii Astrid chciałabym dziś pisać.
Dziś chcę pokazać Wam miejsce, gdzie spędziła ostatnie 60 lat swojego życia – jej dom, mieszkanie na Dalagatan 46 w Sztokholmie oraz pobliski park.

Na ulicy Dalagatan 46 mieszkała Astrid wraz ze swoim mężem Sture, córką Karin i synem Larsem. Z mężem i dziećmi mieszkała stosunkowo krótko, bo 10 lat po wprowadzeniu się mąż Sture zmarł, a dzieci kolejno wyfrunęły do swoich gniazd.

Astrid do końca życia, do roku 2002 mieszkała już sama. Sama, ale nie samotna.

Tutaj prowadziła zwyczajne życie żony i matki, ale dom ten był także miejscem jej pracy, tutaj pisała książki i scenariusze, dbała o wydania obcojęzyczne swoich powieści, odpowiadała na listy czytelników, udzielała wywiadów, przyjmowała przyjaciół oraz całą rodzinę na cotygodniowym sobotnim obiedzie.

Mieszkanie Astrid na Dalagatan ma pięć pokoi i mieści się na pierwszym piętrze. Dom Astrid będzie wkrótce możliwy do odwiedzenia, ale póki co, można zobaczyć wnętrze domu wirtualnie. Kliknij na link i potem na plan mieszkania w lewym dolnym rogu, a wtedy zobaczysz kolejno wszystkie pokoje. Przewodnik jest również po angielsku (znaczki u góry).
Te trzy okna nad markizą są z pokoju dziennego i pokoju do pracy.

Na wprost przed tymi oknami rośnie lipa (lipa po szwedzku to lind). Holenderska tłumaczka powieści Lindgren, Rita Verdshuur, opowiadała we wspomnianym filmie, że kiedy w listopadzie 2001 przyjechała do Sztokholmu odwiedzić Astrid, jej córka, Karin nie pozwoliła na spotkanie, ponieważ pisarka była już bardzo słaba. Rita wyszła przed dom i zobaczyła, że wszystkie drzewa przy tej ulicy były niemal nagie, a to jedyne drzewo naprzeciw okna Astrid, było wciąż zielone.

Z okien na Dalagatan rozciąga się widok na park Wazy (Vasaparken). Podczas pracy, Astrid pozwalała oczom odpocząć spoglądając na ten park.

Bardzo dużo czasu też z nim spędziła – najpierw z dziećmi, którym towarzyszyła w zabawie.

Astrid uwielbiała się bawić, miała w sobie dużo z dziecka. Mówiła, że będzie się bawić dopóty, dopóki ciało jej na to pozwoli. W jej powieściach dzieci też nieustanie się bawią, czyż nie? Czym byłoby dzieciństwo bez zabawy?
W tym parku złamała też nogę w kostce i wtedy, uziemiona gipsem, miała czas napisać scenariusz do filmu Pippi Långstrump. Gdy jej dzieci wyrosły z zabaw, Astrid spędzała tutaj czas na spacerach z przyjaciółkami, albo siadała sam na sam, z książką na ławeczce. Przez ponad 60 lat, Vasaparken był bardzo ważnym miejscem w jej życiu.

Zimą środek parku zamienia się w lodowisko, do dziś chętnie odwiedzane przez Sztokholmian. W chwili, kiedy robiłam to zdjęcie, lodowisko było szlifowane, a niecierpliwi łyżwiarze czekali na brzegu. To lodowisko pojawia się w jednej z bajek Astrid, Peter i Petra. Tytułowe rodzeństwo mieszkało w „ukrytym kącie Vasaparken”. Wieczorem, kiedy wszyscy znikali w swych domach, Peter i Petra zakładali swoje łyżwy i czynili na lodzie urzekająco piękne pląsy.

Od samego początku, kiedy park został założony, w latach 1800, postanowiono, że będzie to, w odróżnieniu od innych parków, miejsce rekreacji i zabawy – z boiskiem (zimą zamienianym w lodowisko), z piaskownicami i huśtawkami.

Okolica parku i domu Astrid, (właściwie cała ta dzielnica Vasastan) jest piękna, dzięki swojej zabytkowej architekturze, skwerom i parkom. Tutaj widoczny za budynkiem kościół Gustawa Wazy (Gustav Vasa Kyrka).

Niektóre szyldy i wystawy zachowane są w dawnym stylu, co dodaje tym ulicom uroku, zaś sama świadomość, przynajmniej dla mnie, że tymi ulicami i skwerami przechadzała się Astrid Lindgren, przyprawia o dreszcz wzruszenia.

Do tej pory z serii Śladami Astrid Lindgren na moim blogu ukazały się:
Literatura:
M. Strömstedt, Astrid Lindgren En levnadsteckning, Rabén & Sjögren, 2007 A. K. Johansson, Astrid Lindgren i Stockholm, Ordlaget, 2012
Ciepłe oazy zimowego Sztokholmu
Zima, wydawać by się mogło, nie sprzyja zwiedzaniu miasta.
Latem jest dużo łatwiej i wybór jest dużo większy – można wybrać się na piknik, na zieloną trawkę, może do znajomych, którzy mają ogródek lub samemu pójść w ten olbrzymi rekreacyjny teren, jaki Sztokholm ma do zaoferowania.
Ale teraz, w środku zimy?
Można, oczywiście, pójść do jednej z wielu galerii (ale nie galerie handlowe mam tu na myśli), do muzeum lub na któryś z basenów, czy też do jednego z wielkich parków na zimowy spacer, ale są tutaj trzy miejsca, w których można poczuć się jak na wakacjach w egzotycznym kraju, odetchnąć innym powietrzem, rozgrzać.
Do takich prawdziwie interesujących miejsc, gdzie można mieć bliski kontakt z “ciepłą” naturą i gdzie człowiek może naprawdę zapomnieć na chwilę i oddalić się od zimy tutaj w Sztokholmie, zaliczam:
Dla przypomnienia odświeżam te wpisy i gorąco Was zachęcam do odwiedzenia tych miejsc. Kliknij na linki i dowiedz się więcej, a ja na koniec dodam tylko, że warto kupić sobie roczny bilet do wybranego ulubionego miejsca i chodzić tam przez całą zimę do woli.
Sztokholmskie metro – najdłuższa galeria sztuki na świecie
Do tej pory napisałam sporo o szwedzkich tradycjach.
Nie chciałabym już się w tym roku powtarzać, zawsze można zajrzeć do wpisów w zakładce Święta i tradycje. Ten tydzień, to czas pożegnania ze świętami, czas powrotu na zwykłe tory codzienności. A 13- go stycznia w kalendarzu szwedzkim widnieje Tjugondag jul, czyli Dwadzieścia dni po świętach. O tym dniu oraz związanym z nim plądrowaniu choinki przeczytacie w Pożegnanie z choinką.
Będę za to starała się, tak jak dawniej, pisać o Szwecji, Sztokholmie i okolicach. O tym, co warto zwiedzić i zobaczyć oraz o sprawach, które lubię, a mianowicie o szwedzkiej mentalności, kwestiach społecznych i kulturze.
***
Przeczytałam w prasie codziennej, że znów rusza „zwiedzanie metra”, w czym czasem uczestniczę, bo faktycznie są to ciekawe wycieczki z przewodnikiem, który opowiada o sztuce, jaką zostały „opatrzone” sztokholmskie stacje metra.
Metro sztokholmskie to coś więcej niż zwykły środek komunikacji. To również najdłuższa na świecie galeria sztuki.
Ponad 70 artystów ozdobiło rzeźbami, malowidłami i mozaikami ponad 5o stacji.
Perony, ściany, sufity i wejścia mienią się dziełami sztuki w rozmaitych stylach. Uważnemu podróżnemu nie umknie żaden detal, mający nierzadko jakąś historię lub przesłanie, jak chociażby zawiązany na supeł rewolwer na stacji Åkeshov.
(Nazwy stacji podaję w kolorach danej linii).
Wiele stacji to kolorowe groty, jak np. uważana przez licznych za najpiękniejszą stacja Kungsträdgården, dzieło Ulrika Samuelssona. Kiedy budowano niebieską linię, zdecydowano pozostawić prawdziwe oblicze wysadzonej groty. Przez długi czas architekci i technicy pracowali nad wyczarowaniem w grocie tego dzieła. Ta stacja to właściwie historia Kungsträdgården w pigułce, między innymi pamiątka krwawej walki o niewycinanie wiązów.
Większość stacji metra ozdobiona jest trudnymi do przeoczenia malowidłami, płaskorzeźbami lub gablotami z mini wystawą. Ale czasami trzeba się dopatrzeć, doszukać dzieł i artystycznych smaczków, jak np. na stacji Vällingby, gdzie artysta Casimir Djuric nadał kolumnom podtrzymującym sufit peronu wygląd drzew. Dopiero niedawno to zauważyłam, przygotowując ten wpis i czytając o stacjach.
Mijając często pewne stacje, można się do nich przyzwyczaić i po pewnym czasie przestać zauważać, że są piękne i interesujące. Właściwie, jakie są, zależy od nas samych, to co dla jednych będzie kiczem, dla innych będzie czystym pięknem. W całym metrze znajduje się kilkaset dzieł, malunków, mozaik, instalacji, rzeźb – każda stacja jest inna i każdy znajdzie swoją ulubioną.
Wiele wystaw i dzieł mówi o szwedzkich tradycjach, historii, kulturze, o ważnych wydarzeniach w życiu Szwecji.
Dzieła sztuki mają to do siebie, że pobudzają fantazję, zmuszają nas do myślenia, zastanowienia. Jest też tak, że za każdym kolejnym razem patrząc na malowidło czy wystawę widzimy co innego, inne mamy refleksje.
Na stacji Universitetet, gdzie ostatnie lata „bywałam” często, czekając na pociąg, wyszukiwałam na ścianie słów, lub czytałam sentencje na niebieskich tablicach.
Niektóre wystawy są naprawdę imponujące, tak jak wystawa z imitacją żaglowca na stacji Fridhemsplan, która jest dziełem Ingegerda Möllera.
Bardzo ciekawe również są gabloty na stacji Näckrosen. Większość z nich związana jest z lokalnym, bardzo starym kinem Filmstaden.
Główną stację metra, wszystkim znaną T-Centralen zaczęto ozdabiać w 1957 r. Na peronie stoją lastrykowe sofy zaprojektowane przez Egona Nielsena, a inni artyści ozdobili ściany białymi cegłami, postaciami wykonanymi z ceramiki oraz kolorowymi bryłami ze szkła. Dolna stacja T- Centralen, z której odchodzi niebieska linia zdobią białe, zaledwie tylko ociosane ściany pomalowane w duże niebieskie liście.
Sklepienie oraz ściany stacji Stadion wymalowane są kolorami tęczy. Tęcza to symbol homoseksualistów. W moim odczuciu to jedna z najładniejszych stacji. Bardzo optymistyczna.
Jedną z piękniejszych jest (moja) stacja – Solna Centrum.
Na dramatycznie czerwonym tle rozciąga się prawie tysiąc metrowy świerkowy las. W rysunkach można dopatrzeć się tematów aktualnych w latach 70. a więc opuszczanie wsi, zanieczyszczenie natury, sposób życia.
Na ścianach wzdłuż torów widnieją zielone wzgórza i drzewa na intensywnym czerwonym tle. Cała ta kompozycja rysunków, pt. Szwecja w latach 70. wykonana została przez Karla – Olova Björka i Andersa Åberga, w r. 1975.
Ogromna większość wystaw i dzieł jest stała, ale jest też mnóstwo tymczasowych. Ponadto, sukcesywnie przybywa nowych dzieł. W halach biletowych rozdawane są czasami książeczki Konsten i tunnelbanan, gdzie można poczytać o nowych wystawach.
Warto też zabrać się, chociaż raz na bezpłatną wycieczkę z przewodnikiem. Wycieczki organizowane są przez Stockholms Lokaltrafik (SL), są bezpłatne (wystarczy tylko aktualny bilet na metro) i nazywają się Konståkning. Pierwsza wycieczka jest 15 stycznia, a każda kolejna, co tydzień aż do 31 maja. Program wycieczek można znaleźć na sl.se.
Siedem linii metra, około 100 stacji. Na każdej z nich coś ciekawego. Dzieła sztuki przyciągają wzrok nie tylko jeżdżących codziennie metrem mieszkańców Sztokholmu, ale i milionów turystów odwiedzających stolicę Szwecji. Nie da się zaprzeczyć, sztokholmskie metro jest unikalną, najdłuższą i być może jedyną na świecie taką galerią sztuki.
Gotlandia
W taki zimowy czas miło jest wspomnieć słoneczne lato.
Minione wakacje (dziesięć dni) spędziliśmy w Gotlandii i pamiętam, że obiecałam opowiedzieć trochę o tym zakątku Szwecji, co z chęcią mogę do kolejnego lata od czasu do czasu czynić.



Gotlandia (Gotland) jest największą wyspą na Morzu Bałtyckim, położoną ok. 100 km na wschód od wybrzeża Szwecji. Jest długa na 176 km i szeroka na 50 km. Gotlandię zasiedla dziś ponad 57 tysięcy mieszkańców. Razem z Fårö, wyspami Lilla i Stora Karlsö, Gotska Sandön, Östergarnsholm oraz wieloma innymi mniejszymi wysepkami Gotlandia jest gminą (kommun) Szwecji.



Za czasów wikingów przez Gotlandię przebiegał szlak handlowy i to handlem głównie trudnili się jej mieszkańcy. Unikalne położenie wyspy pośrodku Morza Bałtyckiego sprawiło, że Gotlandia w średniowieczu stanowiła centrum handlowe (wyspa była częścią północnoniemieckiej Hanzy). Historia mówi, że toczące się na obszarze południowej Szwecji wojny duńsko – szwedzkie dotknęły także Gotlandię, która długo była pod „skrzydłami” Duńczyków, ale ostatecznie w 1679 roku przeszła w posiadanie Szwecji. Przez wieki jednak panujący nad wyspą Wikingowie pozostawiali niezliczone ślady swojej bytności.

Mając świadomość, że Gotlandia to przecież wciąż Szwecja, zdumiewająca była dla mnie jej inność. Jest taka niepodobna do reszty Szwecji! Czułam się, jakbym była w zupełnie innym kraju, ba!, w kilku zupełnie innych i różnych krajach!

Wyspa słynie ze swej pięknej, niezwykle różnorodnej, miejscami dzikiej i surowej natury; ze swoich finezyjnie przez czas uformowanych klifów i skał, z ciągnących się kamienistych, pustych i dzikich plaż.

Plaże pełne kamieni aż proszą się o budowanie kamiennych wież, co jest, nie wiem dlaczego, zabronione. Z zakazów nikt sobie jednak nic nie robi, bo wieże ścielą się gęsto i wysoko.

Jest tutaj też wiele plaż piaszczystych, z miękkim, jasnym, bardzo czystym piaskiem oraz zadziwiająco ciepłą wodą.


Jest też jedna niewielka plaża, o rajskim imieniu Błękitna Laguna, przy której woda jest naprawdę lazurowa. Swoją drogą, Gotlandia jest słoneczniejsza niż Szwecja na kontynencie, dlatego też jest niezwykle popularnym kierunkiem turystycznym w sezonie letnim.


Roślinność Gotlandii przypomina trochę tą z północnej Szwecji, ale bezbrzeżne pola usiane niskimi, skręconymi drzewami do złudzenia przypominają krajobraz afrykański.



Zielone łąki i pastwiska strzyżone przez bezrefleksyjne owce i gniade gotlandzkie kuce przywodzą na myśl krajobraz Wysp Brytyjskich a jaskinie ze stalaktytami przypominają Smoczą Jamę pod Wawelem. Lśniące pomarańczowymi naciekami kurtyny skalne są jak wyjęte z krajobrazu Alabamy.

Mnogość naturalnych rzeźb skalnych, które swoje kształty zawdzięczają temu, iż na przestrzeni wieków były smagane przez wiatr i fale czyni krajobraz doprawdy egzotycznym.



W ten malowniczy i urzekający pejzaż wkradają się wiatraki, stare kościoły oraz kamienne, objęte pnączami róż domy. Miasta są ciche i spokojne, równie piękne i odmienne, szczególna jest stolica – Visby, której chcę poświęcić osobny wpis.





Upajająca jest obfitość róż, niemal każdy dom opięty jest pnączem różanego kwiecia.



Wyspa jest doskonałym miejscem aktywnego wypoczynku i rekreacji zarówno pieszej, jak i na rowerach. Ci, którzy marzą o wypoczynku leniwym i grzesznie nieśpiesznym znajdą dla siebie zakątek na którejś z plaż czy w wolnej chatce na skraju rezerwatu przyrody.




Gotlandia ma nie tylko bujną i piękną florę, ale też ciekawą i różnorodną faunę, szczególnie wśród ptaków – gęsi, rybitwy i wiele innych gatunków umiłowało sobie Gotlandię. Pobliskie wyspy Stora oraz Lilla Karlsö są kipiącymi życiem fauny rezerwatami przyrody. Z bliska można przyjrzeć się zwierzętom, które wydawać by się mogło nikogo się nie boją i hasają sobie w najlepsze.




Zaś wysepka Fårö dumnie szczyci się naturalnymi, uformowanymi przez wiatr i wodę skalnymi rzeźbami, nazywanymi tutaj raukami. Rauki pojawiają się u wybrzeży całej Gotlandii, ale na Fårö są one szczególnie imponujące. Legenda niesie, że rauki chronią wyspę przed złymi mocami i jednocześnie przyciągają to, co najlepsze. Nie sposób oprzeć się pokusie i nie uwierzyć w te podania.



Jedno jest pewne, Gotlandia jest magiczna i przyciąga jak magnes swoją urodą i walorami, po prostu nie można nie zakochać się w Gotlandii. Kto raz odwiedzi tę wyspę, będzie chciał tutaj wrócić.

Ja wrócę na pewno. Nie jeden raz.
Tradycja Julbord
Jedną ze świątecznych tradycji szwedzkich jest Julbord.
Julbord (Świąteczny Stół) to tradycja sięgająca swoimi korzeniami do czasów Wikingów, którzy urządzali sobie taki bufet w środku zimy. Kobiety chciały urządzać coraz piękniejsze przyjęcia chcąc tym samym rozciągnąć w czasie ten świąteczny nastrój. A coraz lepsze sposoby konserwowania żywności pozwalały im na to, by na stole znajdowało się coraz więcej różnych przekąsek.

Dawniej Julbord urządzano w domach a po I WŚ popularne stało organizowanie tego typu przyjęć w restauracjach. Niektóre firmy i przedsiębiorstwa zapraszają swoich pracowników do restauracji, (które są na tę okazje rezerwowane już rok do przodu a przyjęcia te odbywają się od listopada aż do świąt), a niektóre firmy urządzają przyjęcie w miejscu pracy. W wielu szkołach organizowany jest też taki poczęstunek zarówno dla uczniów jak i nauczycieli, ale jest on zwykle skromny i raczej symboliczny.

Julbord urządzany w restauracji to nic innego, jak zastawione suto stoły, do których podchodzi się z talerzykiem i nakłada ile dusza zapragnie. Lokal jest wówczas świątecznie przystrojony, czuć czar i klimat nadchodzących świąt, z głośnika sączy się (delikatnie) świąteczna muzyka.



Na przystawki można częstować się serami, marmoladą i konfiturami, są też suszone owoce, krakersy, chrupkie pieczywo.


Potrawy na świątecznym stole są oczywiście typowo szwedzkie, urozmaicone w zależności od regionu oraz, co najważniejsze świąteczne, czyli są to podstawowe bożonarodzeniowe potrawy (julmat). Do wyboru są dania na ciepło, np. potrawa o nazwie Janssons frestelse, chleb maczany w wywarze z szynki (dopp i grytan), parówki, kapusta duszona, żeberka, klopsy z mięsa mielonego (köttbullar).

Ale większość potraw podawana jest na zimno. Na pewno nie może zabraknąć świątecznej szynki oraz innych wędlin, z czego sporą część stanowią wędliny z dziczyzny (które osobiście uwielbiam) – mięso z renifera, niedźwiedzia, łosia.


Są też pasztety, wędliny drobiowe, salami.

Jest zwykle duży wybór śledzi przyrządzonych na wszelkie sposoby oraz łososia, pasty rybnej, jaja z kawiorem.


I moc słodkości do kawy na zakończenie uczty. Sernik, ciastka, czekolady.


Nie sposób wymienić wszystkiego, co znajduje się na stołach, wybór jest zawsze duży, nawet dla alergików, a wszystko to jest ładnie ułożone, przyozdobione i pachnące. Oczami można jeść!
Na przyjęciu Julbord zgromadzone są osoby z tego samego miejsca pracy i jeśli jest to duża firma, to jest wtedy okazja, by w innej atmosferze porozmawiać (lub pośpiewać) z przełożonym, albo z kimś, kto pracuje na drugim końcu budynku i w pracy tej osoby prawie się nie widuje. Julbord ma wydźwięk socjalizujący i jest na pewno jest lubiany przez większość. Takie przyjęcia scalają grupę.

Atmosfera jest zwykle miła, milsza z każdym kieliszkiem.

Z napojów podawanych przy tej okazji to zwykle rozgrzewający glögg, gazowany napój świąteczny (julmust) oraz piwo świąteczne (julöl). Oczywiście serwowano nam też mocniejsze drinki, wódkę oraz wino.

Do alkoholu dołączona jest zwykle kartka ze słowami tradycyjnych przyśpiewek „do wódki”. Goście śpiewać zaczynają dosyć wcześnie, zanim przyjęcie na dobre się rozkręci i śpiewają naprawdę bardzo chętnie.

W minioną niedzielę mieliśmy właśnie przyjemność być na Julbord, kolejny już rok z rzędu, a zaproszeni zostaliśmy przez firmę, w której pracował mój mąż. Przyjęcia te urządzane są co roku w innej restauracji, tym razem ucztowaliśmy w restauracji w hotelu Långholmen.

O tym hotelu, stworzonym w budynku dawnego więzienia pisałam w Hotel za kratami.
Astrid Lindgren i pasja czytania
Dzisiaj mija 107 rocznica urodzin Astrid Lindgren.
Kim była, nie muszę wyjaśniać, mogę tylko powiedzieć, że zanim stała się wielka, sławna i bogata, była biedną dziewczyną, borykającą się z piętnem panny z dzieckiem; młodą, samotną matką, zmuszoną oddać swoje maleńkie dziecko na wychowanie do obcej rodziny w odległej Kopenhadze; człowiekiem u progu dorosłości próbującym ułożyć sobie życie w nowym miejscu.
Przeczytałam biografię Astrid Lindgren, napisaną przez Margaretę Strömstedt. Przeczytałam dawno temu po polsku, teraz czytam po szwedzku. Wybrałam i przetłumaczyłam fragment, w którym Astrid opowiada o książkach, bibliotece miejskiej w Sztokholmie i pewnym wydarzeniu z tym związanym. Tłumaczenie może odbiegać od tego, które zrobiła Anna Węgleńska ale mam nadzieję, że wybaczycie mi niedoskonałości i przeniesiecie się dziś ze mną w jedno z miejsc, które sobie w Sztokholmie ukochała.
biblioteka miejska przy Sveavägen
„Pamiętam pewien dzień w latach dwudziestych, kiedy siedziałam sobie pod kwitnącą czeremchą przy kościele Engelbrekt i czytałam „Głód” (Knut Hamsun, przyp. aut.) a przyjemność lektury miałam wielką jak nigdy dotąd.
Byłam młoda, samotna i bardzo biedna, dopiero co przybyłam z dalekiej małej wsi i nikogo w Sztokholmie nie znałam. Dni powszednie w pracy jakoś mijały, ale niedziele były samotne, smutne i nudne i tylko dzięki książkom mogłam je przetrwać.
Właśnie odkryłam bibliotekę miejską przy Sveavägen i nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy wchodzi się do ogromnej okrągłej sali i widzi się to morze książek. Tylko się częstować! – pomyślałam.




Szłam wzdłuż ścian z książkami dookoła, chłonęłam ten widok i przebierałam, wybierałam między tytułami i kiedy wreszcie zdecydowałam się i wybrałam książki, podeszłam do lady. Stał za nią odziany w błękitny pulower młody jasnowłosy mężczyzna i stemplował książki. To był Arnold Ljungdal – ale tego nie wiedziałam – i on mówi mi, że nie mogę wypożyczyć tych książek, bo nie mam karty bibliotecznej, a jej wyrobienie zajmie parę dni.


Tak mnie to rozczarowało i załamało, że nie mogłam się pohamować i czego się na wieki będę wstydzić, po prostu wybuchnęłam płaczem. Arnold Ljungdal popatrzył na mnie zdumiony i trochę zły, i jestem przekonana, że pomyślał, że moje zamiłowanie do literatury jest na pewno przesadzone. Ale on nie mógł wiedzieć, że ja mam przed sobą długą i samotną niedzielę, bez książek i bez ludzi. Gdybym miała tylko książki, dałabym sobie radę bez ludzi. Stał przede mną nieugięty blond chłopak i mówi mi, że nie dostanę książek, nic więc dziwnego, że uderzyłam w płacz. Byłam nie tylko głodna książek, ale i głodna, dlatego, że od dawna nic nie jadłam, a wtedy łatwiej się płacze .”
Do tej pory z serii Śladami Astrid Lindgren na moim blogu ukazały się:
Koniki z Dalarna
Czerwony, ręcznie zdobiony konik jest jednym z pierwszych skojarzeń ze Szwecją.
Jest znakiem rozpoznawczym, można nawet powiedzieć, że symbolem Szwecji i najchętniej kupowaną pamiątką z podróży do tego kraju. Na osiągnięcie statusu symbolu i takiej wielkiej sławy konik ten pracował wiekami.

Konik Dala (dalahäst) na początku był symbolem regionu Dalarna, który jest ojczyzną konika a jego historia sięga XVII wieku.
W długie zimowe wieczory, kiedy mężczyźni po całym dniu rąbania drwa, albo pracy na roli, wracali do domów rozsianych wśród gęstych borów otaczających jezioro Siljan, odpoczywali w blasku i cieple domowego kominka i zajmowali się struganiem sosnowych kawałków drewna. Pierwszą myślą o tym, co wystrugać był konik, konie były przecież towarzyszami człowieka, i na co dzień, i od święta. I w pracy, kiedy to niosły pomoc w transporcie drewna, i w odpoczynku, kiedy to „niosły” swojego pana na spacer. Dla dzieci małe, wystrugane z drewna koniki były typową zabawką.
Poniżej zdjęcia, które zrobiłam na minionych wakacjach w Dalarna, w Rättvik – oto jezioro Siljan,
a to jeden z warsztatów rzemieślniczych, który znaleźliśmy i w którym kupiłam swojego pierwszego konika Dala.



W Dalarna, biednym dawniej regionie wyrabiano drewniane meble, dlatego też drewnianych odpadków było tam pod dostatkiem. Mieszkańcy Dalarna nie marnotrawili czasu i z nożykiem w rękach spędzali wolne popołudnia. Początkowo koniki były naturalne, jednokolorowe i gładkie ale z czasem zaczęto je ozdabiać charakterystycznym deseniem. Kolorowe koniki z Dalarna stały się rarytasem dla wędrownych handlarzy, a dla mieszkańców środkiem płatniczym.

Koniki strugali zwykle dorośli, ale często też i dzieci.
Tak jak bracia Olsson z Nusnäs, których historia jest cytowana przy okazji opowieści o konikach Dala. Pracowici chłopcy, Janne i Nils, wtedy 13 i 15 letni (a był to rok 1828) dostrzegli potencjał, jaki drzemie w tych konikach, dlatego też swoje oszczędności oraz pożyczone pieniądze postawili „na jednego konia”.

Ich inwestycja obróciła się w sukces a biznes rodzinny przechodził potem z pokolenia na pokolenie. Struganie i malowanie drewnianych koni przemieniło się w największą gałąź lokalnego przemysłu i właściwie tylko w Dalarna powstają „oryginalne” koniki z duszą jeziora Siljan zaklętą w sosnowym drewnie. Są też tacy, którzy uznają tylko te koniki, które powstały w rękach rodziny Olsson.

Jeszcze tylko kilka słów o tym jak dziś powstają koniki Dala.
W warsztatach ścięte, wyselekcjonowane sosny porcjowane są na bloki. Piłą taśmową wycina się wstępny kształt konika, który potem szlifowany jest za pomocą nożyka przez rzemieślników.
Gotowe koniki zanurzane są w farbie, następnie polerowane a na koniec zdobione ręcznie charakterystycznym wzorem przez mistrzów rzemieślników.
Wzór ten dawno temu wyczarowała dekoratorka Stickå – Erik Hansson.
Oczywiście ten kształt konika i czerwony kolor są najpopularniejsze, ale w Dalarna widziałam ich przeróżne rodzaje, kształty, fakturę i kolory.
Niektóre celowo robione są na dawny wzór a prawdziwe, zachowane – antyczne dziś koniki są bardzo cenne i drogie.
Wytwarzane są też różne inne odmiany koników, np. ze szkła albo jako małe magnesy na lodówkę, można znaleźć też koniki w formie biżuterii lub breloków.
I, jak ja to nazywam – dalażarty
Odkryłam niedawno, całkiem przypadkowo na Starym Mieście w Sztokholmie Muzeum Koników Dala. To małe, połączone ze sklepem muzeum może być ciekawą atrakcją spaceru po Starym Mieście.
Na Hötorget zaś, w każdą niedzielę są targi staroci (loppis), na których zdarza się spotkać koniki Dala. Widziałam takiego dużego konika, który miał naklejkę, że zrobiony był przez firmę braci Olsson, czyli teoretycznie był „oryginalny”. Kosztował on 1400 koron podczas, gdy w sklepie trzeba byłoby dać za niego co najmniej dwa, jeśli nie trzy razy więcej. Pewności, że jest oryginalny nie mamy, ale koniki te jednak znikają bardzo szybko, bo nie zawsze można je spotkać.
Jedno jest pewne, jakikolwiek nie będzie to konik i jakkolwiek nie będzie on wyglądał, jest on niezwykle charakterystycznym, najbardziej rozpoznawalnym na całym świecie symbolem Szwecji. I chyba w prawie każdym szwedzkim domu mieszka co najmniej jeden konik Dala.
PS. Te zdjęcia, które nie są moje podpisałam nazwiskiem autora lub podlinkowałam do źródła.















































































































Najnowsze komentarze