Autor: polkawszwecji
Nasza domowa nowomowa
Na początku mojego życia w Szwecji z niepokojem słuchałam języka polskiego mojego mieszkającego tu 30 lat męża. Udało mi się w dużym stopniu poprawić jego i tak bardzo dobrą polszczyznę a ja sama zarzekałam się na mamę i tatę, że mój giętki i czysty język polski nie ulegnie skalaniu językiem szwedzkim.
Zarzekanie zarzekaniem, a życie i lata w obcym kraju robią swoje.
– Czy kot może jeść rokowaną rybę? (rökt – wędzony)
– Włóż to do frydżu, proszę. (frys – zarażarka)
– Coś wpadło do brjevlody, przyniesiesz? (brevlåda – skrzynka pocztowa)
– To jest najdroższe omrode w Sztokholmie, hyra tu jest horrendalna. (område – rejon, okolica; hyra – czynsz)
– Muszę zadzwonić do Dagmara, napisać do Maria, zapytać Mathias, itd, itp. (imion się w j. szwedzkim nie odmienia)
– To jest chyba katolski kościół. (katolsk – katolicki)
– Muszę wyjść innan on skończy jeść, bo inaczej zobaczy i będzie jamał. (innan – zanim; jama – miauczeć)
– Czemu dzisiaj autobusy są flaggade? Bo dzisiaj jest drottnings Silvia namnsdag. (flaggade – mają zawieszoną flagę; drottnings Silvia namnsdag – imieniny królowej Sylwii)
– Dostałaś mieddielande. (meddelande – wiadomość)
– Spóźnię się, bo mi pendeltåg uciekł! (pendeltåg – pociąg podmiejski)
– Widziałeś gdzieś mój mobil? (mobil – komórka)

Takich rodzynek (rodzynków?) pojawia się coraz więcej i zauważyłam z lekkim przerażeniem, że ja zapominam polskich słów!
– Jak się mówi po polsku dygnet runt? Sklep czynny dygnet runt? Jak to było? Czynny… aaa, eee wiem! Najczynniejszy! (öppet dygnet runt – całodobowy)
– Jak się mówi na kogoś, kto podnosi ciężary? Podnosiciel???
– Nie mówi się po polsku zabukować! Nie ma takiego słowa!
– Meble takie no… wiesz… na stare zrobione. (chodziło o antyki)
Aparat fotograficzny chyba już pozostanie kamerą, zamrażarka frydżem a masło bregottem. Metro będzie już tunnelbaną, telefon mobilem a torba påsą. Mimo, że bardzo dużo czytam polskiej literatury, której zwożę sobie z Polski zamiast polskich smakołyków kilogramami, wpływ języka szwedzkiego jest dla mnie nie do odparcia. Innym językowym galimatiasem jest dla mnie próba tłumaczenia na język polski pięknych i ciekawych, zwykle kombinowanych słów szwedzkich, takich jak: sommarfint, lantligt, sportlov, att syssla, att njuta, ljuslängtan, trädkramare, pappaledig itd. I tak nie znajdując stosownego polskiego słowa zastępczego, używam w oryginale tychże.
O szwedzkim akcencie w polskiej mowie nawet nie wspomnę.
Choć język szwedzki jest atrakcyjny i na swój sposób piękny, moja (nasza) polskawo- szwedzkawa nowomowa martwi mnie bardzo i drżę z niepokoju na myśl o tym, jak będę mówić za 10 lat…
Arholma
O Arholmie słyszałam już od paru tygodni.
Mój niezmordowany mąż pragnął tam pojechać, mimo że już tam, wiele lat temu, był. Mówił, że był pieszo, nie zdążył zobaczyć wszystkiego i strasznie go to wtedy zdenerwowało. Mnie do tej wyspy zniechęcała odległość. Do wyspy jedzie się od nas 3 i pół godziny. Nie chciałam zostawiać na tak długo naszego towarzyskiego kotka i nie chciało mi się wstawać o 4.30, by zdążyć na autobus o świcie. Udało się nam jednak, szczęśliwym trafem zorganizować dla kota opiekę, mąż dzielnie zmywał naczynia przez cały tydzień więc poddałam się.
Pogoda była od świtu piękna. Faktycznie, droga 3 autobusami ( w sumie ponad 3 godziny) była długa, ale przespałam połowę drogi. Na początku wyspa wydała mi się zwyczajna, jak każda inna, ze swoimi zatokami, pomostami, okalającymi ją skałami. Zwyczajna dopóty, dopóki nie wjechałam głębiej w wieś…
Ale od początku.
Powitaliśmy wyspę przy północnej zatoce robiąc sobie piknik na plaży. Potem krótkie wygrzewanie się w słońcu schładzane morską bryzą i zbieranie sił na przejechanie przez całą wyspę na rowerze.

A teraz trochę faktów o wyspie. Arholma (MAPA) leży wysoko w północnym archipelagu sztokholmskim i dla kogoś, kto interesuje się kulturą i historią wysp i szkierów w rejonie Roslagen, Arholma jest prawdziwym Eldorado.


Pierwsze zapiski o Arholmie (wówczas jeszcze Arnholm) są z 1200 roku a w średniowieczu zamieszkiwana była od czasu do czasu przez ludzi, którzy przypływali tu na polowania na foki i morskie ptaki oraz na łowienie ryb. Z czasem zaczęto budować domy i budynki gospodarcze – powstała mała wioska.

Z tej spokojnej i idyllicznej wyspy jest uderzająco piękny widok na Szkiery i na morze. Można tak stać na szczycie skały i patrzeć na ten widok bez końca. Ja byłam oczarowana. Żałuję bardzo, że zdjęcia nie oddają tego, co widzą oczy, a lektura wpisu nie odda tego, co czuje się tutaj stojąc i widząc tę piękną naturę.



Arholma ma krwawą militarną historię – była poturbowana niemal doszczętnie w 1719 przez Rosjan i długo potem odbudowywana. Wyspa ta była bardzo ważnym strategicznym punktem obronnym. Zbudowana w czasie Zimnej Wojny Bateria Arholmy później na długo została zamknięta, ale od 2008 dostępna jest dla zwiedzających.

To już historia, a dziś Arholma przyciąga jak magnes nie tylko swoją militarną historią. Większa część wyspy to rezerwat przyrody. Rośnie na niej sosnowy las, a na przestronnych łąkach pasą się krowy i owce. Tutaj pasjonaci orłów mogą obserwować te ptaki w niczym niezmąconej naturze. Orzeł to po szwedzku örn i właściwie stąd wzięła się nazwa wyspy arn.
Arholma ma wielu stałych mieszkańców i wielu „miastowych” ma tutaj swoje domki letniskowe. Tutaj toczy się życie kulturalne i gospodarcze a głównym zajęciem stałych mieszkańców jest dzisiaj właściwie, poza drobnym rolnictwem, tylko rekreacja.

W 1928 wybudowano tutaj mały kościół. To brama i droga do kościoła.


Oprócz kościoła ważnym elementem krajobrazu wyspy jest punkt nawigacyjny Arholma Båk. Zbudowany w 1768 roku jest najbardziej znanym symbolem szkierów Roslagen. Używany był jako punkt obserwacyjny i orientacyjny w nawigacji a także jako telegraf optyczny.






Po wyspie można wałęsać się pieszo, można przejechać wyspę na rowerze, co my uczyniliśmy, by zobaczyć jak najwięcej. Kiedy wjechaliśmy w głąb wyspy, po obejrzeniu baku i kościółka byłam coraz bardziej oczarowana i coraz bardziej osnuwał mnie przyjemny sielski klimat tej wsi.

Wszystkie te domki są jak wyjęte z bajki a cały urok zabudowań przypominał mi inną wyspę, o której pisałam, Norröra, na której kręcono serial Saltkråkan, na podstawie powieści Astrid Lindgren.

Czarujące są stare zabudowania gospodarcze, które zostały przekształcone na schronisko młodzieżowe Bull-August.



Innym ciekawym miejscem było Simesgården, stare gospodarstwo z wielkim ogrodem.




Przy tym ogrodzie zrobiliśmy sobie drugi piknik i potem pojechaliśmy dalej, zatrzymując się przy jednym z czterech portów na Arholmie – Porcie wschodnim (Österhamn).

Później kawałek przez las, w którym ukryte były inne piękne rzeczy, ale miejsca brak, by o wszystkim napisać. Wracając do portu na nasz statek, jechaliśmy znów przez wieś.




Wyspa ta spodobała mi się do tego stopnia, że i ja będę chciała tu kiedyś wrócić. I poczuć się jak wtedy. Choć w archipelagu są tysiące wysp do zobaczenia a i w całej Szwecji tyle miejsc, w które chciałoby się pojechać i szkoda życia, by dwa razy zwiedzać to samo miejsce, są pewne kawałki ziemi, które oczarowują nas bez reszty i sprawiają, że pragniemy tam wracać. Na takie miejsce mówi się tutaj smultronställe, czyli w wolnym tłumaczeniu tam, gdzie rosną poziomki. A jak rosną poziomki, to jest lato, jest cudownie, sielsko, anielsko, tylko zbierać i rozkoszować się ich smakiem. Miejsce, gdzie rosną poziomki ukochujemy sobie, bo doznajemy błogich przeżyć – być może smaku dzieciństwa, gdy u babci na wsi czy na wakacjach za miastem włóczyliśmy się po rozgrzanych latem łąkach i znajdowaliśmy poziomki… Tłumaczyć można to na wiele sposobów, jedno jest pewne, smultronställe to miejsce, które się pokochało, miejsce, w którym poczuło się szczęście i radość istnienia, miejsce, do którego chce się wracać.

Arholma stała się dla mnie kolejnym takim miejscem na ziemi.
A tak nie chciałam jechać!
Ciepło, gorąco, parzy!
Lato lubi każdy, to banał.
Ja jestem tej pory roku specjalną wielbicielką. Lubię rozgrzane, kołyszące się od upału powietrze, bose stopy grzęznące w gorącym piasku na plaży, rozwiany włos, gdy jadę na rowerze. Światło, słońce i długie dni. Lubię, gdy mi jest gorąco i lubię „schładzać się” mrożoną kawą. Lubię zwiewne letnie sukienki i słomkowe kapelusze. Rzeczy, za które lubię lato, mogłabym wymienić jeszcze wiele…
Upały też znoszę nad wyraz dobrze. Właściwie znosiłam, bo to jest pierwszy rok, kiedy nagle upał mnie męczy. (Tylko mi nie mówcie, że się starzeję!) Wydaje mi się, że przyzwyczaiłam się do szwedzkiego klimatu i temperatura około 25 stopni jest dla mnie w sam raz. Szwedzi, (cóż, skandynawska chłodna krew) męczą się strasznie już przy 28 stopniach. Szukają ulgi nad brzegiem morza albo siedzą w domach i czekają na chłodniejsze dni. Ja też zaczynam szukać chłodu i cienia, też przy 28. stopniach jest mi za gorąco, duszno, źle.
Przez te pięć lat, kiedy tu w Szwecji mieszkam, lata były dość gorące i słoneczne, ale nie tak upalne jak to. Już obawiałam się, że lata nie będzie w ogóle, bo zima była łagodna ale długa a czerwiec zimny i deszczowy.
Ale przyszło, rozgrzało się do czerwoności i zaczyna siać spustoszenia.
W całej Szwecji temperatury są (jak na Szwecję) rekordowe, sięgnęły już 34. stopni. Jest gorąco nawet na dalekiej zimnej północy. W wielu rejonach są burze. Jak deszcze i burze są ulgą dla ziemi ale przy okazji też przynoszące szkody, tak nieodżałowane straty niosą inne konsekwencje upałów – susza i pożary. W środkowej Szwecji płoną wielkie lasy. Ponad tysiąc hektarów. To katastrofalnie niebezpieczne, pożar jest trudny do ugaszenia. Nad lasami unosi się dym a setki mieszkańców jest ewakuowanych. Obudził się kolejny słoneczny dzień, czytam nowe wiadomości w szwedzkiej prasie internetowej, lasy dalej płoną, znaleziono gdzieś zwęglone ciało człowieka a ogień się wciąż rozprzestrzenia. Coś potwornego. Współczuję tym wszystkim, którzy w tych okolicach mieszkają i których to w jakiś sposób dotyczy.
A teraz deszcz pada, tylko nie tam.
Migawki z Gotlandii
Jesteśmy w podróży przez Gotlandię.
To już tydzień i za dwa dni kończy się nasza wielka eskapada. Początek nasza podróż po Gotlandii miała w Visby i tam będzie też jej koniec. W międzyczasie zwiedzamy dookoła całą Gotlandię i przylegające do niej Wyspę Owczą (Fårö) oraz wyspę Karlsö.



Do tej pory widzieliśmy sporo a to tylko dlatego, że mój mąż, zapalony piechur i obieżyświat, wprawny turysta i chłonnny świata człowiek organizuje każdą naszą najmniejszą wycieczkę tak, żeby zobaczyć możliwie najwięcej.



Oznacza to, że po pierwsze jesteśmy autem (rowery są dodatkiem i używane są od czasu do czasu), po drugie wstajemy wcześnie rano i wracamy bardzo późno, zaglądamy prawie we wszystkie miejsca, które oznaczone są znakiem „to warto zobaczyć”, wszelkie muzea, kościoły, porty i przystanie.



Tak zwiedza moja druga połowa. I ja się dołączam, bo sama lubię podróże małe i duże a przy okazji, przy nim naprawdę sporo widzę, odkrywam i dowiaduję się. Ale jednak różnimy się! W wypoczywaniu.



On wypoczywa w drodze, zwiedzając, przemierzając kilometry, niezależnie od tego, czy to pęd na własnych nogach przez miasto czy przez przepastne muzeum, czy też długa i monotonna jazda rozgrzanym od słońca samochodem. Ja zaś lubię nieco więcej spokoju, bezruchu, no przynajmniej wolniejsze tempo. Marzę czasem o leniwych godzinach na plaży albo na tarasie z książką, kobiecym magazynem i malibu z mlekiem, marzę o rowerze i niespiesznym spacerze…



W kompromisach jesteśmy bardzo dobrzy. Trochę gorzej jest z na wycieczkach, bo zwykle daję się przekonać do tego, żeby zwiedzić JAK NAJWIĘCEJ. Ale kiedy ja już padam ze zmęczenia, obojętne stają mi się kościoły, zamki i muzea, siłą z plaży lub z tarasu (gdzie właśnie piszę ten wpis przy filiżance kawy) nie można mnie wyciągnąć.



Do tej pory byliśmy na kilku plażach (niektóre są jak nasze piękne plaże nad polskim morzem!), przejechaliśmy parę km na rowerze czyniąc slalomy między owcami i byliśmy nawet w kinie.




Takie są wakacje z Moniką…

Nie marudzę wiele, bo wiem, że warto trochę pomęczyć się w podróży, wracam zawsze strasznie zmęczona ale mam piękne wspomnienia, głowę pełną nowej wiedzy i duszę pełną wrażeń.
Gotlandię opiszę, w odcinkach, jesienią, kiedy przyjdą chłodne i deszczowe wieczory. Jest tyle do pokazania!
Miłego weekendu! Słońca Wam ślę!
Moja historia cz. 3
W pracy i na studiach szło świetnie. Zdarzały mi się oczywiście drobne problemy ale rzec można, że ta część mojego życia układała się po mojej myśli.
Życie u boku Halinki, w jej domu, pod jej wielkimi opiekuńczymi skrzydłami było wygodne, nie da się temu zaprzeczyć. Pomoc w nauce, pomoc finansowa, ratowanie w potrzebie, w chorobie, mądre porady jak żyć były moim gruntem pod nogami, dachem nad głową i oknem na świat. Jednak w gruncie pod nogami były dziury, dach przeciekał a okno miało wybitą szybę. Mój bezpieczny przy niej świat był nieszczelny, brakowało w nim miłości. Miłości w pełnym tego słowa znaczeniu. Mężczyzny, partnera. Miłości. Po prostu!
Gdy do Halinki się wprowadziłam, rozstałam się z chłopakiem. Kiedy wylizałam się ze straty i doszłam już do siebie, zaczęłam rozglądać się za kimś nowym. Na uczelni było trudno o mężczyznę, bo zdecydowana większość studentów była płci żeńskiej (cóż, pedagogika nie jest zbyt kuszącym kierunkiem dla mężczyzn). Przez długi czas damski kierunek studiów obarczałam winą za moje niepowodzenia w szukaniu partnera. Do tego dokładałam Warszawę. Im dłużej mieszkałam w tej pulsującej i będącej dla mnie ucieleśnieniem niezależnego życia stolicy, tym większego nabierałam przekonania, że w Warszawie młodzi ludzie nie chcą się wiązać. Bo ze znalezieniem towarzystwa nie miałam problemu. Zawsze miałam z kim pójść na dyskotekę i do kina (gorzej, jeśli chodzi o teatr czy wystawę sztuki), ale wielu chciało (prosto) do łóżka. A ja chciałam się związać. Na stałe, na resztę życia, na przysłowiowy amen. Albo chociaż, cholera jasna, na długo i na poważnie!
Najpierw marzyłam o mężczyźnie inteligentnym, poważnie myślącym o życiu i marzącym o założeniu rodziny. Wysokim, przystojnym, silnym i szarmanckim. Elokwentnym, oczytanym i z poczuciem humoru. Mężczyźnie, który imponuje i zachwyca. Nie będę cytować listy cech, jakie ów mężczyzna miałby posiadać, ale powiem tylko, że z każdym rokiem i miesiącem lista ta robiła się coraz krótsza.
Mijały lata. Po 5 latach samotność zaczęła wciągać mnie w głębokie doły.
W pamiętniku napisałam wtedy:
„Jestem sama już pięć lat. Ta samotność wpędzi mnie w nerwicę. Denerwuję się i trzęsę w środku. Boję się, chwieję. Smutno mi. Jest mi stale, permanentnie smutno. Nawet, gdy się śmieję do ludzi, w środku zalewam się łzami. Czy to depresja?”
Przez kolejny rok, w całym tym niepowodzeniu pracowałam i studiowałam, jak gdyby nigdy nic. Nie chciałam nikomu pokazać swojego smutku. Śmiałam się i bawiłam, miałam masę znajomych i przyjaciółki. Spotykałam się z chłopakami, zakochiwałam się i odkochiwałam. Fascynowałam się nimi i rozczarowywałam. Najdłuższy związek, jaki przez te 7 lat udało mi się stworzyć to 2 miesiące z pewnym bardzo zaniedbanym kierowcą autobusu. Koleżankom moim tak dalece się nie podobał, że chciały się złożyć i zapłacić sporą sumę, żeby z nim zerwać. Mówiły: Monia, miłość przyjdzie, nie bierz byle kogo, ty kończysz studia, twój facet też musi mieć studia, błagamy cię. Zresztą, po co się śpieszyć? A ja chciałam kogoś mieć. KOGOKOLWIEK. Gdy zainteresowanie mężczyzną było odwzajemnione i już, już myślałam, że to ten, to on, że będziemy razem, łapałam go za kołnierz i prosiłam: bądź ze mną. Co robili mężczyźni? Uciekali. I więcej ich nie widziałam.
Szukałam winy i błędu w sobie. Swoim wyglądzie głównie, bo nie przyszło mi do głowy, że przypieranie do muru może odstraszać. Na imprezach mogłam wybierać i przebierać, wszystko wskazywało na to, że podobam się mężczyznom. Gdy znajomość zaczynała się rozkręcać i mój adorator sugerował mi przejście na najwyższy (lub raczej najbliższy) poziom znajomości między mężczyzną a kobietą, odmawiałam. Najgrzeczniejszą odpowiedzią, jaką usłyszałam było: Na jakim świecie ty żyjesz?! I koniec znajomości. Gdy któremuś mężczyźnie jednak się udało, też był koniec znajomości. Załamywałam się.
Pisanie przeplatam czytaniem swojego pamiętnika pisanego przez te lata. Te zapiski przypominają jak samotna, wściekła i nieszczęśliwa wylewałam cały swój żal na Halinę. Miałam jej za złe, że nie jest takim przyjacielem, jakiego bym sobie życzyła, miałam jej za złe, że ona, wierna słuchaczka, postrzegana przeze mnie jak najwierniejszy przyjaciel, obdarowująca pieniędzmi, robiąca dla mnie remont pokoju, wzywająca prywatne pogotowie gdy dopada mnie ciężka choroba posocznica (sepsa), mój przez los wybrany towarzysz życia nie jest TYM KIMŚ, Z KIM POWINNAM BYĆ! Wymagałam od niej, by mnie kochała i dawała to, czego dać nie może. Zrozumiałam z czasem, że ja jestem zła na nią, na siebie i na los, za to, że dzielę życie z Halinką a nie z mężczyzną.
Mijał czas. Dni kapały jak krople wody z niedokręconego kranu. Kartki z kalendarza przewracane były w sennym tempie. Czas stał się jednostką miary, którą zaczęłam skrupulatnie liczyć, odliczać. Jak długo jestem sama, ile dni, miesięcy, lat jeszcze będę sama. Kiedy w końcu coś się odmieni?
W zapiskach dziennika coraz częściej pojawia się wołanie:
„Zakochać się. Pokochać kogoś. Z wzajemnością. Spotkać już wreszcie kogoś, kto pokocha mnie. Ileż można mieszkać na cudzej stancji w samotnym pokoiku? Ileż można sączyć z koleżanką kawę kawiarni? Ileż można samotnie śmiać się na komediach i samotnie płakać na dramatach?” Ubzdurałam sobie teorię siedmiu chudych lat – i że teraz mam właśnie swoje siedem chudych lat. Że jestem sama już sześć i został mi jeszcze rok. „Wytrzymam jeszcze rok. To moje siedem chudych lat. Jeszcze rok.”
Moje ciało zaczęło chorować. Borykałam się z przeziębieniami, anginą, stanami zapalnymi, czego się dało. Bóle głowy miałam potworne. Łykałam tony leków, popijałam syropami, często bywałam na zwolnieniu. Z chorobą chodziłam też do pracy. W przychodni lekarskiej znali mnie wszyscy lekarze.
Któregoś dnia poszłam do innego lekarza, do innej przychodni. Poszłam tam z bólem gardła. Od mądrego człowieka, lekarza, na wspomnienie którego mam łzy w oczach, usłyszałam: Choruje pani ciało, bo choruje pani dusza. Ma pani depresję, pani Moniko. Dostałam skierowanie do psychiatry. Zapłakana i potwornie załamana wracałam do domu. Nie mogłam w to uwierzyć i nie chciałam za nic w świecie pójść do psychiatry. Choć sama, mając przedmioty psychologiczne na uczelni wiedziałam, że psychiatra to też lekarz i ja niekoniecznie jestem głupia, po prostu zaparłam się rękami i nogami i uznałam, że ze mną już jest tak źle, że chcę umrzeć.
Wzięłam chorobowe w pracy. Przestałam chodzić na uczelnię. Przestałam chodzić dokądkolwiek. Choć spałam dobrze, budziłam się zmęczona. Pragnęłam rano pójść dokądś, ale tylko siadałam na brzegu łóżka i tak siedziałam. Godzinę, dwie, pół dnia i sama nie wiem kiedy, mijał cały dzień. Halinka martwiła się bardzo a ja na jej próby pomocy i przyniesienia ulgi wrzeszczałam na nią strasznie, paskudnie, jak najgorszy zbir. Nienawidziłam jej za to, że jestem sama. Krzyczałam do niej, że ją nienawidzę. A ona umierała ze zmartwienia, że ja się źle czuję. Kazałam jej zostawić mnie w spokoju. Zostawiła. O mojej diagnozie depresji wiedziała tylko jedna przyjaciółka, Agnieszka. Namawiała mnie, by do psychiatry jednak pójść. Prosiła, tłumaczyła i naciskała. A ja w pewien słoneczny dzień, po tygodniu siedzenia na skrawku tapczanu w zamkniętym pokoju stanęłam na parapecie wielkiego okna na 5. piętrze. Chciałam skoczyć. Nie pamiętam, co wtedy czułam. Pamiętam tylko, że nie chciałam żyć.
Stałam tak i patrzyłam na skrzyżowanie ulic pod moim blokiem i na błękitne niebo. Długo tak stałam. Prawie nie miałam myśli. Jedyna myśl, którą miałam w głowie była myślą o moich rodzicach. Że zabiję własnym rodzicom dziecko. Że zrobię im krzywdę. Że dwoje kochających się ludzi – moi rodzice, będą mieć spieprzone przeze mnie życie. Ta myśl ściągnęła mnie z parapetu i zeszłam na bezpieczny grunt mojego znienawidzonego pustego pokoju.
Resztką sił zadzwoniłam do Agnieszki i zapytałam, czy pójdzie do psychiatry ze mną. Poszła. Stała pod drzwiami gabinetu, by mieć pewność, że nie ucieknę. Faktycznie, lekarz od razu stwierdził ciężką kliniczną depresję, przepisał mi chemiczne środki i dał długie zwolnienie z pracy.
Dzięki lekom poczułam się lepiej. Nie od razu, oczywiście, ale w miarę szybko. Wróciłam do pracy i zaczęłam terapię u psychologa. Psycholog wyjaśnił mi pewną bardzo ważną rzecz, że ja muszę pokochać, polubić i zaakceptować SIEBIE i to, że JESTEM SAMA. Pokochać samą siebie i życie w pojedynkę.
Ta terapia była nawet piękna. Praca nad sobą była ciężka, ale przyjemna. Otworzyłam oczy na wiele spraw, przestałam chcieć mieć kogoś, bo miałam siebie. Zrozumiałam, że nie mogę swojego samopoczucia uzależniać od obecności (czy jej braku) drugiego człowieka. I co zabawne, jednym z kroków terapii było to, że miałam przestać pożądliwie zwracać uwagę na mężczyzn a w kontaktach z nimi zachować dystans.
Nastała jesień, za sobą miałam sześć i pół roku życia w pojedynkę. Powracałam do zdrowia na duszy. Mój uśmiech stawał się naturalny, pokój ponownie przyjemny a Halinkę przepraszałam (do dziś przepraszam) i starałam się odpłacić i zadośćuczynić jej czymś dobrym za moje podłe zachowanie. Ona rozumiała mnie cały czas i nigdy nie powiedziała mi złego słowa. Cieszyła się, że wracam do zdrowia i była szczęśliwa razem ze mną. Jak kochająca i troskliwa matka.
Choć nie było to łatwe, wracałam do normalnego życia. Zawzięłam się i ze dwojoną energią zabrałam się do pracy, za studia gdzie nadrobiłam spore zaległości, zaliczyłam i zdałam wszystkie egzaminy. I zaczęłam pisać moją pracę magisterską. Ostatnie pół roku tych siedmiu lat zaczęły być najpierw znośne, później znów ciekawe i radosne (znów radosne!) a ja delektowałam się życiem singla.
Po siedmiu samotnych latach, dokładnie w siódmą rocznicę wprowadzenia się do Halinki, za namową troskliwej Agnieszki dałam się przekonać do próby szukania kogoś przez Internet i założyłam (aczkolwiek niechętnie) profil na portalu randkowym Sympatia. Listy, jakie do mnie przychodziły traktowały głównie o sprawach łóżkowych. Ale dostałam jeden odbiegający od innych, cu-dow-ny list. Sensowny i bardzo romantyczny. Ale szybko zaświeciła mi się czerwona lampka, żeby nie wchodzić w żadne związki. Poza tym szukanie partnera na Sympatii wydało mi się głupie, więc postanowiłam zlikwidować konto. Autor tego pięknego listu wybłagał ode mnie adres mailowy i numer telefonu.
Dzisiaj tego nie żałuję.
Wyspa Nåttarö
Dziś było naprawdę upalnie.
A takie upały najznośniejsze są nad wodą oczywiście. Wybraliśmy się dziś na wyspę Nåttarö (MAPA), która leży w południowej części archipelagu i która okazała się bardzo atrakcyjna.
Na pierwszy rzut oka nie różni się od innych wysp ale tak naprawdę Nåttarö jest jak jedna wielka piaskownica. To piaszczyste „pole” należy do najstarszych w archipelagu. Jeśli mamy ochotę się poopalać, do wyboru są różne plaże, jeśli zaś mamy ochotę na wędrówkę i spacer, możemy przejść wzdłuż wyspy, w cieniu lasów, podziwiając ciekawą, nieco odmienną ze względu a piaszczyste podłoże roślinność.
Nam oczywiście zależało na dwóch różnych rzeczach, mąż chciał rekreacyjnie, przejechać na rowerze wyspę i zajrzeć i zbadać jej każdy kąt, a ja najchętniej poleżałabym na plaży, roztapiając się pod promieniami słońca i nabierając złocistobrązowej barwy, pogryzając w przerwach lody.
Jako, że jesteśmy dobrzy w kompromisach, było trochę tego, trochę tego. Zwiedziliśmy wyspę, zajrzeliśmy w prawie każdą przystań i zatokę.
Odpoczywaliśmy trochę na plaży i przyznam szczerze, pierwszy raz nie mogłam ustać boso na piasku, bo piasek parzył stopy. Coś niebywałego w Szwecji.
Lubię patrzeć jak cieszą i delektują się latem inni, to działa na mnie uspokajająco. Tu mała dziewczynka trenowała wiosłowanie. Śliczną miała dziecięcą łódkę z serduszkiem.
Przemieszczaliśmy się na rowerach, a ja byłam nieco zła, bo rowery grzęzły w piachu i przez większą część trasy musieliśmy je prowadzić.
Na jednej z przystani pierwszy raz zobaczyłam, jak wygląda rozładunek drzewa. Tu mieszkaniec wyspy odbiera zamówione drewno.
Kiedy Adam wypytywał o szczegóły tej operacji, ja znalazłam sobie inne, ciekawsze zajęcie.
Gdy już się wszystkiego dowiedział, pojechaliśmy na największą plażę, Storsand.
Na tej plaży pobyliśmy trochę dłużej, zrobiliśmy sobie piknik. Tak pomyśleliśmy, że nie trzeba do ciepłych krajów jechać, żeby poczuć takie prawdziwie upalne lato. Nawet opalać się długo nie dało, tak było gorąco, ani cienia wiatru. Nawet ja zaczęłam narzekać, mimo, że dobrze znoszę upały.
Bardzo fajnie jest poleżeć na plaży, nawet w cieniu drzew ale leżenie plackiem na rozgrzanej łodzi uważam za niebezpieczną przesadę. Ja poniekąd to rozumiem, zima jest tutaj taka długa i taka ciemna, lato tak na dobrą sprawę trwa kilka tygodni. Człowiek chce się „nałapać” słońca za wszystkie te minione zimne miesiące, nagrzać na zapas przed tymi, które nadejdą…
Nie udało nam się nacieszyć całą wyspą, z wycieczek wracamy teraz wcześniej, bo w domu czeka kot. Musimy wrócić tu kiedyś na cały dzień, bo wyspa jest naprawdę ciekawa. Zresztą jak każda inna wyspa na Skärgården, Nåttarö jest piękna i ma swój niepowtarzalny urok, klimat i charakter. Wysp w archipelagu jest dziesiątki tysięcy, chciało by się codziennie na jedną…
Na wyspę można dotrzeć statkiem firmy Waxholmsbolaget z Nynäshamn.
Park Narodowy – wyspa Ängsö
W sobotę wybraliśmy się na wyspę, Ängsö. (MAPA)
Wybrana z naszej listy miejsc do zobaczenia, wyspa o wdzięcznej nazwie Łąkowa (szw.äng: łąka), skusiła nas kwietnym krajobrazem z prospektu i poważnym tytułem Park Narodowy.
Wyspa ta ma ciekawą przeszłość i historię. Dawno, dawno temu były tu dwie wyspy, które z czasem, na skutek podniesienia się lądu połączyły się w jedną. Długo wyspa ta była niezamieszkana, ale rolnicy z pobliskich wysp przypływali tu, siali zboże, kosili i zbierali na niej trawy dla swoich krów. Kiedy zimą woda zamarzła, transportowano siano po lodzie, do swoich zagród na innych wyspach.
W późniejszym czasie przywożono tu krowy i owce wiosną na wypas.
To budynki gospodarcze (torp) byłego rolnika, z początku ubiegłego wieku. Dzisiaj wyspę zamieszkuje przez cały rok tylko jedna osoba (może z towarzyszem życia) – administrator wyspy, który prowadzi gospodarkę rolną w starym stylu, żeby zachować urok dawnego krajobrazu.
Wyspa ma też piękną historię o Adamie i Carolinie. Na wyspie Ängsö pracował niejaki Adam, który zatrudniony był jako parobek u dużego rolnika. Do jego obowiązków należała m.in. codzienna uprawa roli i sianokosy właśnie na tej wyspie. Bardzo mu się tu podobało i kiedy spotkał Carolinę, zakochał się w niej z wzajemnością i oboje marzyli, żeby zamieszkać razem na stałe na tej wyspie. Ponieważ Adam nie miał pieniędzy, zwrócił się do swojego pana z propozycją, żeby mógł zbudować dom i być podnajemcą „swojego” terenu na wyspie. Gospodarz się zgodził na arendowanie terenu na 50 lat i w 1857 roku marzenia Caroliny i Adama się spełniły. Zbudowali swoje małe gospodarstwo i w niedługim czasie urodziło im się troje dzieci. Aby poprawić warunki życia całej rodziny Adam pracował także u innych gospodarzy na innych wyspach jako parobek. Rodzina była szczęśliwa aż do tragicznego styczniowego wieczoru w 1864 r., kiedy Carolina nie doczekała się powrotu swojego męża z pracy. Większość uważała, że Adam wracając z pracy wszedł na kruchy lód i utonął.
Carolina nie chciała opuścić swojego gospodarstwa i postanowiła utrzymać siebie i dzieci. Miała jedną krowę, łowiła ryby i zbierała na wyspie wszystko, co mogło być pożyteczne. Zaczęła wytwarzać pewne maści z zebranych ziół, które zdobyły popularność dzięki swojej uzdrawiającej mocy. Ale często też prosiła ludzi o pomoc i napisała później „łatwiej było mi urodzić dzieci niż zdobyć jakąś zapomogę”. Po pewnym czasie przylgnęło do niej miano kobiety znachora. Dzielna kobieta nie poddała się nigdy, wychowała swoje dzieci i zmarła w aurze szacunku na swoim gospodarstwie w 1899 roku.
Odwiedzając wyspę można zobaczyć pozostałości gospodarstwa Adama i Caroliny.
Kiedy wyspa Ängsö stała się, w 1909 roku pierwszym Parkiem Narodowym w Szwecji i prawdopodobnie w Europie, głównie w celu uratowania starych, potężnych dębów, postanowiono nie ingerować w prawa natury i zabroniono nawet ówczesnemu, mieszkającemu tam gospodarzowi uprawy zboża jak i koszenia trawy poza najbliższym małym terenem przy jego zagrodzie. Rezultatem tego wyspa po kilkunastu latach zarosła całkowicie i przez to stała się dzika i niedostępna, co stało się prawdziwym skandalem.
Przekonano się, że stara chłopska mądrość i doświadczenie biorą górę nad mądrościami urzędników. Żeby zachować otwarty krajobraz na wyspach wymagana jest tradycyjna gospodarka rolnicza, tak jak za dawnych lat. W tym celu na wielu wyspach wypasane są dziś owce i krowy w okresie letnim, które dowozi się tam łodziami z innych wysp.
Jak w każdym Parku Narodowym, fauna i flora wyspy objęte zostały całkowitą ochroną.
A rosną tu piękne stare dęby i buki, sosny i lipy, zioła, kwiaty polne a nawet orchidee o imieniu Adam i Eva. Orchidee te kwitną w maju, stwarzając przepiękny spektakl. Tym razem nie było nam to zobaczyć ale w przyszłym roku chcemy tu przyjechać na czas rozkwitu.
Duży teren wschodniej części wyspy przeznaczono na rezerwat ptasi. Wiele gatunków znalazło tutaj doskonałe warunki do życia, m. in. majestatyczny orzeł morski. Od 1 lutego do 15 sierpnia jest zakaz wstępu do ptasiego rezerwatu.
Większa część wyspy to łąki i las.
Część lasu jest ogrodzona typowym szwedzkim płotem, ponieważ nawet dziś na tych zagonach wypasane są krowy. Ogrodzenia uniemożliwiają krowom wychodzenie z lasu na pastwiska. Krowy mają przecież według kontraktu przerzedzać las. Z poniżej zamieszczonego zdjęcia nie można wyciągnąć wniosku, że są pracowite. Jedynym potencjalnym usprawiedliwieniem ich nagannego zachowania był upał tego dnia.
Przeszliśmy całą, niedużą wszak wyspę dookoła, (poza rezerwatem ptasim), przez zagajniki, łąki i lasy. Ale jak zawsze, najciekawsze były odcinki wzdłuż urozmaiconego brzegu. Zajęło nam to zaledwie 2 godziny.
Przy okazji pojedliśmy jagód i słodkich poziomek.
Spacer należał do przyjemnych, tym bardziej, że pogoda była piękna i poza kilkoma turystami nie było żywej duszy. Cisza, spokój, sielanka.
Ängsö i jej przyroda, łąkowe kwiaty, stare dęby i buki, koncertujące w szumiących koronach drzew ptaki, leżące w cieniu bezrefleksyjne krowy; przestrzeń skoszonych poletek oraz stare urokliwe gospodarstwa budzą szczery zachwyt. Tutaj jest nie tylko pięknie ale też sielsko i idyllicznie. Raj!
Dotrzeć do niej można statkiem z centrum Sztokholmu lub z Waxholm. Na stronie firmy Waxholmsbolaget można znaleźć informację (nawet po polsku – kliknij na górze välj språk i wybierz polska) o cenach i rozkładach jazdy na tę i inne wyspy.
Gorąco polecam!
Pierwsza fotografia Bergslagsbild, fotografia orchidei Naturvårdsverket, wszystkie pozostałe moje.
Sztokholm jak z innej bajki
Człowiek nawet nie wie, jakie skarby ma na wyciągnięcie ręki.
Wybraliśmy się na spacer w miejsce wybrane jak od niechcenia, byle było tylko wzdłuż wody, wśród zieleni i ciszy. Wysiedliśmy przy stacji metra Alvik (wyjście Alvikstorg – mapa) i nogi poniosły nas do parku przy wodzie. Sama okolica to rejon bloków mieszkalnych i biurowców, okolona pięknym parkiem i kładką ciągnącą się daleko wzdłuż wody.
Ten park nosi nazwę Mälarparken, od nazwy jeziora, przy którym leży.
Spacerując wchodzimy, nie wiadomo kiedy, w niewielką dzielnicę, o przyjemnej nazwie Ogród Jabłkowej Zatoki (Äppelvikens Gård). To rejon domków i willi w starym stylu. Na zdjęciu poniżej Lilla Sjövillan,
a tutaj Stora Sjövillan.
Dalej droga prowadzi znów przez park, wśród drzew, po pagórkach i skałkach. Na trasie jest mnóstwo miejsc, gdzie można usiąść na chwilę, dać odpocząć zmęczonym nogom i popatrzeć na ogromną przestrzeń wody, na Essinge na brzegu po przeciwnej stronie.
Mijamy nasłonecznioną ulicę obok portu,
i znów wchodzimy w przyjemny chłód w cieniu drzew,
Te stoliki sugerują nam, że tam na górze jest restauracja albo kawiarnia.
Dalej droga prowadzi do Ålstensskogen (mapa). Ten kamień kamień nazywa się Ålsten i jest jednym z najstarszych w Sztokholmie kamieni przeniesionych przez lód.
W tym rejonie jest zatoka Berg, na której jest klub żeglarski i restauracja.
Idziemy dalej, kantem tego lasu, mijamy kąpielisko i kawałek dalej rozpościera się przed nami wielka łąka. Zaczęłam odczuwać już ból w nogach, kamera zaczęła ciążyć a głód odezwał się i prosił o powrót do domu. Mieliśmy do wyboru albo wracać ten kawał (pięknej wszak) drogi albo pójść jeszcze spory kawałek do przystanku naszego autobusu. Odległość niemal ta sama i ciekawość, co będzie dalej, co przed nami, zwyciężyła i wybraliśmy opcję drugą. W nieznane.
Weszliśmy w ulicę Grönviksvägen. Ani ja, ani mój mąż nigdy wcześniej tu nie byliśmy.
Cicho tu, spokojnie i elegancko. Domy duże, nowoczesne i w niczym nie przypominające czerwonych drewnianych domków znanych ze szwedzkiego krajobrazu. Nieliczne wille drewniane, jakie tam widziałam były bardzo jasne i o nieco bardziej wymyślnych kształtach.
Ta dzielnica to jedna z najbardziej ekskluzywnych dzielnic w Sztokholmie. Nie chcę nawet myśleć, ile taka willa kosztuje. Szczególnie taka, która ma widok na wodę, a pod dom podpłynąć można łódką…
Poza odmienną architekturą domów, zaskakujące były też ogrody i ganki, które swoim klimatem i urokiem przypominały te spotykane w krajach śródziemnomorskich. Cedry, cyprysy, jałowce i oleandry…
Większość tych willi była ogrodzona, ale znaleźliśmy niewielką ścieżkę między dwoma posesjami, która zaprowadziła nas na skały, wysoko nad wodą.
Jak zobaczyłam ten dom i ten jacht to zaniemówiłam z wrażenia! Na takim balkonie to ja bym chciała co rano kawę pić! Boże, jak ludzie fantastycznie mieszkają, coś pięknego.
Ten i wiele innych domów wzbudziły marzenia o własnym. Pomarzyć zawsze można, prawda?
I tak kończy się przy Grönviksvägen 195 (mapa) nasz długi i pełen wrażeń spacer. Wrócimy tu jeszcze a i przyjaciółce muszę tę trasę pokazać. Wam, którzy w Sztokholmie mieszkają też szczerze polecam, póki lato trwa!
Sztokholm, wydawało mi się, że znam bardzo dobrze, no, może dostatecznie dobrze a okazuje się, że znam tylko trochę. Ten fragment miasta jest jak z trochę innej bajki. To, że mnie od czasu do czasu zaskakuje, kładę na barkach tego, że to miasto wciąż jest dla mnie nowe, ale nawet mój mąż, który spędził w Sztokholmie 30 lat był szczerze zaskoczony i dziękował mi za ten pomysł wyjścia z domu i pójścia na spacer.
Myślę, że każde miasto kryje w sobie takie skarby, wystarczy tylko wyjść z domu.
Zawsze warto!
Dla zainteresowanych MAPA. Trzymając się brzegu wody szliśmy od Alvikstorg do Grönviksvägen 195 (Nockeby). Cała trasa ma 7 km.
Życie z kotem
Odkąd Plaster zamieszkał w naszym domu, nasze życie się zmieniło.
Dom wywrócony jest do góry nogami, bałagan robi się straszny, dużo więcej się śmiejemy i dużo mniej siedzimy przed komputerem i telewizorem. Z wycieczek wracamy wcześniej niż zwykle do domu, czasem odpuszczamy wycieczki w ogóle, by pobyć z nim w domu. Podobno, gdy kot jest jeszcze mały, samotność wpływa na zwierzątko negatywnie, ale gdy wracamy, śpi smacznie a potem cieszy się jak wariat z naszego powrotu.
Sam kot jest niesamowity. Jest zdecydowany i ma charakter rządcy i przywódcy, niczego się nie boi, nawet psów (chodzę z nim na spacery). Dla nas jest jednak miękki i absolutnie w ogóle nas nie drapie. Chodzi za mną i stale mi towarzyszy (teraz też). Śpi w nocy przy mojej twarzy a o czwartej nad ranem ciągnie mnie za włosy i budzi. Okazuje miłość i przywiązanie. Jest rozgadany i rozmruczany.
Uwielbia wychodzić na dwór. Nie chce wracać do domu. Potem piszczy pod drzwiami i chce iść jeszcze raz. Na spacerze gania i bawi się, ale czasem zapiera się i ucieka, czegoś się boi, więc sama nie wiem, czy dobrze robię wychodząc z nim. Urodził się w domu z ogrodem i od kociaka był uczony życia poza domem, więc pomyślałam, żeby zachować jego kontakt ze światem zewnętrznym.
Teraz jest u nas kotek, którym kiedyś się opiekowałam pod nieobecność jego właścicieli. Pisałam o tym w Kocia pociecha. Dwa koty robią dwa razy więcej hałasu, bałaganu i dają dwa razy więcej radości. Razem mają fajnie, lubią się, bawią się razem pięknie, ale czasem szaleją tak, że aż się włos jeży na głowie.
Jedynym minusem jest to, że kot niszczy rzeczy. Ale co tam!
Żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na kota 5 lat wcześniej. Choć zdaję sobie sprawę, że taką pociechę będę miała z niego co najwyżej rok, bo potem przez resztę życia będzie tylko spał i jadł, jadł i spał, przygarnięcie tego stworzenia było naprawdę dobrym pomysłem. Kto ma w domu kota, wie, o czym mówię.
Landsort na wyspie Öja
Ostatnie dni upływają nam pod znakiem wakacyjnych wypraw.
Wyprawy są to bliskie, rowerowe i spacerowe, proste ale bardzo ciekawe. Lato zapanowało łaskawie i my korzystaliśmy z tej pogody z wdzięcznością. Mój mąż śledzi codziennie prognozę pogody (co ja osobiście uważam za czynność zbliżoną do czytania horoskopów) i zarzekał się, że w poniedziałek odpoczniemy, bo ma padać. Ale poniedziałek przywitał nas pięknym słońcem, bezchmurnym niebem dlatego spontanicznie zabraliśmy wszystko, co potrzeba i pojechaliśmy na wyspę Öja, do Landsort (MAPA)
Wybraliśmy (właściwie to mąż wybrał) Öja, by przemierzyć rowerem tę część wyspy, której przemierzenie pieszo zajęłoby dużo czasu. Już tam byliśmy, dwa razy (o ostatniej wyprawie do Landsort pisałam rok temu, proszę bardzo, tam znajdziecie zdjęcia innej części wyspy).
Droga wzdłuż Öja jest prosta. Bo ta wyspa jest prosta i długa. Wiedzie przez łąki i zalesioną dolinę, a po drodze spotkać można liczne pomniki i oczywiście domy.
„Spocznij sobie jakąś chwilę i pozwól swoim zmysłom otworzyć się podczas gdy nogi twoje będą mogły odpocząć.”
Na drugim końcu wyspy jest drugi, mniejszy port oraz domki do wynajęcia.
Posiedzieliśmy tam chwilę, ale robiło się coraz chłodniej, coraz cięższe chmury zasnuwały niebo i czuć było już deszcz w powietrzu.
W drodze powrotnej do portu, skąd miał odejść nasz statek, poszliśmy jeszcze raz w pobliże latarni.
Lśniła skąpana w deszczu, ale wciąż tak samo piękna jak w pełnym słońcu. To najstarsza latarnia morska w Szwecji. Starych jest również wiele domów, większość pochodzi z dziewiętnastego wieku i zamieszkana była (i jest) przez marynarzy, latarników, rybaków i ich rodziny. Jest tu również niewielki kościół, cmentarz, są restauracje.
Na całej wyspie rozsiane są różne posągi i inne dzieła sztuki. Urokliwy Landsort jest przyczółkiem artystów, którzy czerpią tutaj inspiracje i tworzą swoje dzieła.
Ten posąg trzech figur jest dziełem Liss Ericsson, artysty, który stworzył Chłopca, który patrzy w księżyc, najmniejszą rzeźbę w Sztokholmie, stojącą na Starym Mieście.
Rozpadało się na dobre, ale przyszedł statek. Wracamy do domu, kocię czeka.
Jak dojechać do Öja i Landsort?
Pociągiem (pendeltåg) do Nynäshamn, potem autobusem 852 do Ankarudden (na Torö przy Herrhamra gård). Z Ankarudden statkiem Waxholsbolaget do portu Landsort.































































































































Najnowsze komentarze