Kategoria: Polka w Szwecji
Ciepłe oazy zimowego Sztokholmu
Zima, wydawać by się mogło, nie sprzyja zwiedzaniu miasta.
Latem jest dużo łatwiej i wybór jest dużo większy – można wybrać się na piknik, na zieloną trawkę, może do znajomych, którzy mają ogródek lub samemu pójść w ten olbrzymi rekreacyjny teren, jaki Sztokholm ma do zaoferowania.
Ale teraz, w środku zimy?
Można, oczywiście, pójść do jednej z wielu galerii (ale nie galerie handlowe mam tu na myśli), do muzeum lub na któryś z basenów, czy też do jednego z wielkich parków na zimowy spacer, ale są tutaj trzy miejsca, w których można poczuć się jak na wakacjach w egzotycznym kraju, odetchnąć innym powietrzem, rozgrzać.
Do takich prawdziwie interesujących miejsc, gdzie można mieć bliski kontakt z “ciepłą” naturą i gdzie człowiek może naprawdę zapomnieć na chwilę i oddalić się od zimy tutaj w Sztokholmie, zaliczam:
Dla przypomnienia odświeżam te wpisy i gorąco Was zachęcam do odwiedzenia tych miejsc. Kliknij na linki i dowiedz się więcej, a ja na koniec dodam tylko, że warto kupić sobie roczny bilet do wybranego ulubionego miejsca i chodzić tam przez całą zimę do woli.
Sztokholmskie metro – najdłuższa galeria sztuki na świecie
Do tej pory napisałam sporo o szwedzkich tradycjach.
Nie chciałabym już się w tym roku powtarzać, zawsze można zajrzeć do wpisów w zakładce Święta i tradycje. Ten tydzień, to czas pożegnania ze świętami, czas powrotu na zwykłe tory codzienności. A 13- go stycznia w kalendarzu szwedzkim widnieje Tjugondag jul, czyli Dwadzieścia dni po świętach. O tym dniu oraz związanym z nim plądrowaniu choinki przeczytacie w Pożegnanie z choinką.
Będę za to starała się, tak jak dawniej, pisać o Szwecji, Sztokholmie i okolicach. O tym, co warto zwiedzić i zobaczyć oraz o sprawach, które lubię, a mianowicie o szwedzkiej mentalności, kwestiach społecznych i kulturze.
***
Przeczytałam w prasie codziennej, że znów rusza „zwiedzanie metra”, w czym czasem uczestniczę, bo faktycznie są to ciekawe wycieczki z przewodnikiem, który opowiada o sztuce, jaką zostały „opatrzone” sztokholmskie stacje metra.
Metro sztokholmskie to coś więcej niż zwykły środek komunikacji. To również najdłuższa na świecie galeria sztuki.
Ponad 70 artystów ozdobiło rzeźbami, malowidłami i mozaikami ponad 5o stacji.
Perony, ściany, sufity i wejścia mienią się dziełami sztuki w rozmaitych stylach. Uważnemu podróżnemu nie umknie żaden detal, mający nierzadko jakąś historię lub przesłanie, jak chociażby zawiązany na supeł rewolwer na stacji Åkeshov.
(Nazwy stacji podaję w kolorach danej linii).
Wiele stacji to kolorowe groty, jak np. uważana przez licznych za najpiękniejszą stacja Kungsträdgården, dzieło Ulrika Samuelssona. Kiedy budowano niebieską linię, zdecydowano pozostawić prawdziwe oblicze wysadzonej groty. Przez długi czas architekci i technicy pracowali nad wyczarowaniem w grocie tego dzieła. Ta stacja to właściwie historia Kungsträdgården w pigułce, między innymi pamiątka krwawej walki o niewycinanie wiązów.
Większość stacji metra ozdobiona jest trudnymi do przeoczenia malowidłami, płaskorzeźbami lub gablotami z mini wystawą. Ale czasami trzeba się dopatrzeć, doszukać dzieł i artystycznych smaczków, jak np. na stacji Vällingby, gdzie artysta Casimir Djuric nadał kolumnom podtrzymującym sufit peronu wygląd drzew. Dopiero niedawno to zauważyłam, przygotowując ten wpis i czytając o stacjach.
Mijając często pewne stacje, można się do nich przyzwyczaić i po pewnym czasie przestać zauważać, że są piękne i interesujące. Właściwie, jakie są, zależy od nas samych, to co dla jednych będzie kiczem, dla innych będzie czystym pięknem. W całym metrze znajduje się kilkaset dzieł, malunków, mozaik, instalacji, rzeźb – każda stacja jest inna i każdy znajdzie swoją ulubioną.
Wiele wystaw i dzieł mówi o szwedzkich tradycjach, historii, kulturze, o ważnych wydarzeniach w życiu Szwecji.
Dzieła sztuki mają to do siebie, że pobudzają fantazję, zmuszają nas do myślenia, zastanowienia. Jest też tak, że za każdym kolejnym razem patrząc na malowidło czy wystawę widzimy co innego, inne mamy refleksje.
Na stacji Universitetet, gdzie ostatnie lata „bywałam” często, czekając na pociąg, wyszukiwałam na ścianie słów, lub czytałam sentencje na niebieskich tablicach.
Niektóre wystawy są naprawdę imponujące, tak jak wystawa z imitacją żaglowca na stacji Fridhemsplan, która jest dziełem Ingegerda Möllera.
Bardzo ciekawe również są gabloty na stacji Näckrosen. Większość z nich związana jest z lokalnym, bardzo starym kinem Filmstaden.
Główną stację metra, wszystkim znaną T-Centralen zaczęto ozdabiać w 1957 r. Na peronie stoją lastrykowe sofy zaprojektowane przez Egona Nielsena, a inni artyści ozdobili ściany białymi cegłami, postaciami wykonanymi z ceramiki oraz kolorowymi bryłami ze szkła. Dolna stacja T- Centralen, z której odchodzi niebieska linia zdobią białe, zaledwie tylko ociosane ściany pomalowane w duże niebieskie liście.
Sklepienie oraz ściany stacji Stadion wymalowane są kolorami tęczy. Tęcza to symbol homoseksualistów. W moim odczuciu to jedna z najładniejszych stacji. Bardzo optymistyczna.
Jedną z piękniejszych jest (moja) stacja – Solna Centrum.
Na dramatycznie czerwonym tle rozciąga się prawie tysiąc metrowy świerkowy las. W rysunkach można dopatrzeć się tematów aktualnych w latach 70. a więc opuszczanie wsi, zanieczyszczenie natury, sposób życia.
Na ścianach wzdłuż torów widnieją zielone wzgórza i drzewa na intensywnym czerwonym tle. Cała ta kompozycja rysunków, pt. Szwecja w latach 70. wykonana została przez Karla – Olova Björka i Andersa Åberga, w r. 1975.
Ogromna większość wystaw i dzieł jest stała, ale jest też mnóstwo tymczasowych. Ponadto, sukcesywnie przybywa nowych dzieł. W halach biletowych rozdawane są czasami książeczki Konsten i tunnelbanan, gdzie można poczytać o nowych wystawach.
Warto też zabrać się, chociaż raz na bezpłatną wycieczkę z przewodnikiem. Wycieczki organizowane są przez Stockholms Lokaltrafik (SL), są bezpłatne (wystarczy tylko aktualny bilet na metro) i nazywają się Konståkning. Pierwsza wycieczka jest 15 stycznia, a każda kolejna, co tydzień aż do 31 maja. Program wycieczek można znaleźć na sl.se.
Siedem linii metra, około 100 stacji. Na każdej z nich coś ciekawego. Dzieła sztuki przyciągają wzrok nie tylko jeżdżących codziennie metrem mieszkańców Sztokholmu, ale i milionów turystów odwiedzających stolicę Szwecji. Nie da się zaprzeczyć, sztokholmskie metro jest unikalną, najdłuższą i być może jedyną na świecie taką galerią sztuki.
Nowy rok niesie zmiany
Początek nowego roku to czas noworocznych postanowień.
Lista moich własnych noworocznych postanowień jest długa, ale nie będę nią Was zamęczać, powiem tylko o tym, co dotyczy bloga.

Od tej chwili
- będę się pojawiać na blogu rzadziej, niż do tej pory,
- nie będę już pisać o życiu prywatnym,
- zlikwidowałam instagram i twitter, zamierzam zamknąć również fanpage Polka w Szwecji na Facebooku.
Bawienie się w te „dodatki” w moim odczuciu jest dziecinne, decyduje o moich nastrojach, zobowiązuje i męczy, ale przede wszystkim zabiera mi mnóstwo cennego czasu.
Zdaję sobie sprawę, że dla wielu zaglądających na mój blog z platformy Facebooka, będzie to równoznaczne z moim zniknięciem, ale wierzę głęboko, że ci, którzy zechcą dalej czytać blog Polka w Szwecji znajdą sposób, by go znaleźć w czeluściach sieci i do niego co jakiś czas wracać.
Ściskam Was mocno i życzę pięknego i owocnego 2015!
Pierwsze dni zimy, ostatnie dni roku
Trochę spóźniona, ale przyszła.

Lekko prószyło już w Wigilię, poprawiło w Boże Narodzenie, ale dopiero w ten weekend rzec można było, że mamy zimę. Biel lśniąca w takim pięknym słońcu bardzo poprawia nastrój. Nawet skrzypienie śniegu pod butami jest miłe dla ucha i szczypiący w policzki mróz przyjemny!


Po długiej chorobie i po wspaniałych świętach zrobiliśmy sobie w ten weekend długie spacery, po parku Haga i wokół dwóch jezior, Råstasjön i Lötsjön.





Jest już kilka stopni na minusie, po nocnej mgle drzewa przybrały olśniewające szaty. Są jak wyjęte z bajki!



Jest pięknie, ale zimno strasznie. I tylko ptaków żal.

Ludzie je dokarmiają i nawet te, które dotąd odlatywały na zimę, zostają w kraju i próbują te mrozy przeczekać. Widziałam dwie czaple przymarznięte do lodu, leżące, zapewne już nieżywe, biedactwa.

Zamarznięte jezioro stało się rajem dla łyżwiarzy, niektórzy po prostu spacerują po lodzie, ja nie mam takiej odwagi.

Wolę stać na brzegu.



Miło jest wrócić do ciepłego domu, do dwóch mruczących i rozespanych kotów. Człowiek docenia wtedy jakim jest szczęściarzem mając dach nad głową, gorącą sutą strawę na stole i mnóstwo spraw, którymi może się zająć.

No właśnie, sprawy…
Kończy się stary rok, idzie nowy, a to sprzyja refleksji i zmianom. Przełom roku to czas na bilanse, podsumowania, postanowienia i plany. Ja bilansów nie robię, bo nie lubię i choć każdego roku zdarzy się coś, co nie powinno było się zdarzyć, każdy odchodzący rok żegnam z wdzięcznością, że go przeżyłam w zdrowiu i względnej radości.
A nowy rok witam z optymizmem i nadzieją. Plany mam zwykle szyte na miarę i w większości udaje mi się je zrealizować. Ciekawe jakie niespodzianki przyniesie ten 2015 …
Oby tylko miłe!

Wam również życzę tylko miłych niespodzianek, spełnienia marzeń i zrealizowania planów w Nowym Roku!
Ale przedtem, oczywiście szampańskiej zabawy Sylwestrowej!
Wasza Monika
Kartka ze świątecznymi życzeniami
Chcę Wam dziś podziękować za ten miniony wspólny rok i za to, że jesteście.
Za to, że zaglądacie na bloga i dzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami. Dziękuję za każdy jeden mail i każdy jeden komentarz – za słowa miłe, które zawsze dodawały mi skrzydeł i radowały, oraz za te krytyczne, które mnie czegoś nauczyły i pokazały, że życie nie może być zbyt różowe.
Dziękuję za całą serdeczność, jaka do mnie od Was płynie.
Chciałabym również złożyć Wam dzisiaj świąteczne życzenia:
Życzę Wam,
by Święta Bożego Narodzenia upłynęły Wam wśród tych, których kochacie.
Byście byli otoczeni blaskiem i ciepłem domowego ogniska i świątecznego klimatu.
By w Waszych uszach rozbrzmiewał śmiech, kolędy i tylko przyjemne słowa.
Byście doznawali wzruszeń, radości i poczucia absolutnego szczęścia.
By Wasze serca rozpierała miłość, bo bez miłości nie ma świąt, ba! nie ma nawet życia.
Życzę Wam również szampańskiej sylwestrowej zabawy oraz tego, by w 2015 roku spełniły się Wasze marzenia, zrealizowały się wszystkie plany i żeby
sprzyjała Wam dobra passa.
Wesołych Świąt!
Wasza Monika
Mały łoś i szopka z Krakowa
Dostaję od Was wiele listów.
Czytam je wszystkie, cieszę się nimi i chowam w sercu. Ale o tym jednym chcę Wam opowiedzieć.
Dwa tygodnie temu K. z Krakowa pisze tak:
„Północ od dziecka ciągnęła mnie za duszę. Północ, Skandynawia a zwłaszcza zorze polarne. Niestety mam do niej trochę daleko, bo urodziłam się i mieszkam w Krakowie. Ale… dla chcącego nic trudnego ;))
Wymyśliłam, że skoro mam w zasięgu Wisłę a ona dopływa do morza, to już biegun (i zorze) jest osiągalny – prawie go widać. No wiem, że nie całkiem ale prawie, prawie jest tuż – tuż. Wisłą do Bałtyku a Bałtyk to takie całkiem malutkie morze (sprawdziłam na mapie). No więc, jak już się znajdę w tej Szwecji do przecież każdy mnie zawiezie do Kiruny jak poproszę. Któż by odmówił małej dziewczynce z warkoczykami i ogromnymi oczami? No przecież nikt! A Kiruna to miasto całkiem na północy (też sprawdziłam na mapie – dziadek był geografem i atlasów w domu miałam pod dostatkiem) i zorze na pewno są tam świetnie widoczne. Pozostaje kwestia łódki, żeby tą Wisłą… Łódki nie miałam a te pod Wawelem były zacumowane daleko od brzegu. Ciągnięcie za linę nic nie dawało i dzięki temu nie utopiłam się w Wiśle ani nie musiały mnie szukać inne służby. :)))
Ale się naczytałam mnóstwo książek podróżniczo – arktycznych i wikińskich. A jak w liceum przeczytałam „Krystynę córkę Lavransa” i „Olafa syna Auduna” to wsiąkłam w Skandynawię na amen i nieodwołalnie. Historyczną i współczesną.
Ale pierwsze były „Dzieci z Bullerbyn”. To była moja pierwsza książka wypożyczona w szkolnej bibliotece. Zaprowadzili całą naszą klasę do biblioteki i kazali każdemu coś wypożyczyć. Spanikowałam a „Dzieci” to było jedyne co mi się kołatało w łepetynie. No i przyniosłam do domu to samo wydanie, co już miałam… Ta książka ukształtowała również moje wyobrażenie o Szwecji. I o radosnym dzieciństwie. I – jak zamknę oczy – widzę te uczty rakowe, Pontusa, latarnię ze śniegu, jesienne dymy z ognisk…(…)”

„Miałam kiedyś pod lusterkiem takiego łosia. Nazywałam go Svensson i bronił mojego ścigacza marki Fiat przed zakusami złych mocy ;)) Ale kiedy koleżanka wpadła w depresję podarowałam go jej na pociechę. No, ale teraz mi go brakuje. Znalazłam tę stronę i on tam jest!! Mój Svensson! Ten pierwszy z prawej :)) Nie wiem, ile kosztuje czy dałaby Pani radę się dowiedzieć? Przeczytać na tej stronie albo poszukać – to gdzieś musi być napisane. Albo może byłaby możliwość, żeby go ktoś tam kupił i mi przysłał? Oczywiście zwrócę wszelkie koszty… Przepraszam, że zawracam Pani głowę, ale nie mam tam nikogo znajomego i nie mam kogo poprosić.”
Ten ciepły, skromny i tak serdeczny list, który napisała trafił mi prosto do serca i sprawił, że postanowiłam znaleźć identycznego łosia i wysłać tej dziewczynie w prezencie.
Jako, że z pocztą nigdy nic nie wiadomo, na paczce napisałam drobnymi literami adres zwrotny. Nie podałam konta ani kosztów, żeby było oczywiste, że łoś jest prezentem.
Upłynęło sporo czasu, zdążyłam już o sprawie zapomnieć, a tu, puk, puk, poczta. Paczka. Z Polski. Z Krakowa.

No, po prostu zaniemówiłam. Ręcznie, ze złotek zrobiona krakowska szopka betlejemska. I moc serdecznych życzeń na świątecznej kartce. Krakowianko, wzruszyłaś mnie! Ale jak przeliczyłam znaczki na paczce, to się zdenerwowałam, że tyle pieniędzy wydałaś! Nie trzeba było! Myśli wirują, wzruszenie ściska gardło, to takie piękny upominek, właśnie teraz, na Gwiazdkę, to takie miłe świąteczne uczucie.
Patrząc na ten prezent zatęskniłam za Polską, za betlejemską szopką, która jest najbardziej rozpoznawalnym w Polsce symbolem świąt Bożego Narodzenia, tutaj mi tego brakuje, święta tutaj takie… świeckie są… Ech…
Niech ten wpis będzie wyrazem wdzięczności dla K. i życzeniem dla Wszystkich równie pięknych, magicznych i miłych chwil. Nie tylko w ten świąteczny czas.
Trzeci tydzień adwentu
Trzeci tydzień adwentu przeciekł mi przez palce.
Dopadł mnie jakiś wirus i już w poniedziałek wieczorem zmogło mnie strasznie a potem było tylko gorzej. Od środy męczyła mnie wysoka gorączka i prawie nie wychodziłam z łóżka.
Dawno nie czułam się tak źle, i dawno nie byłam taka chora. Cały rok minął bez chorób, więc teraz chorowałam bez wyrzutów sumienia, chociaż, przyznam, że nie cierpię leżeć w łóżku. Wydaje mi się wtedy, że marnuję czas. Wprawdzie wchłonęłam całą książkę (piętnastą w tym roku!) i wyczarowałam reportaż o ciekawym człowieku (o tym już wkrótce), ale poza tym nie zrobiłam naprawdę nic pożytecznego.

Wczorajszy fredagsmys w herbatą z miodem i aspiryną…

Ta piętnasta przeczytana książka to mój rekord, bo zwykle przez rok udaje mi się przeczytać około dziesięciu, a zawsze chcę przeczytać dwanaście książek rocznie, czyli jedną miesięcznie. Przy okazji mogę polecić parę tytułów:
„Trafny wybór” J. K. Rowling, „To, co zostało” Jodie Picoult, „Zorkownia” Agnieszki Kalugi, „Lala” Jacka Dehnela, „Kilka przypadków szczęśliwych” Magdaleny Zimny Louis oraz „Za kogo ty się uważasz?” Alice Munro. Z książek szwedzkich udało mi się przebrnąć przez „Sonjas sista vilja” Åsy Hellberg, która jest fantastyczna.
Takie są plusy chorowania, że człowiek może sobie leżeć i w spokoju czytać, czytać, czytać. Śniadania, obiady i kolacje robi i podaje mąż, w międzyczasie dogadzając gorącą herbatą, kawą i słodkimi bułeczkami. A jeszcze jak obok siedzi i mruczy kot, już niewiele więcej trzeba.

Tylko na to mam ochotę, bo gdy pomyślę o innych rzeczach, to taki marazm mnie ogarnia, taka bezdenna niemoc i lenistwo, a przecież święta za pasem! W tym roku spędzamy święta tutaj, (pierwszy raz od pięciu lat w Sztokholmie) z przyjaciółmi i do moich obowiązków należy zrobienie części potraw. Powoli ogarnia mnie panika, ale mam nadzieję, że ze wszystkim się uporam na czas i święta będą wspaniałe.
***
Za oknem szaro, choć w południe czasem błyśnie piękne słońce. Zadziwiająco dużo słońca, jak na tę porę roku.

Ale dni są takie krótkie, o trzeciej zaczyna zapadać zmierzch.

A o czwartej to już jest ciemna noc. Strasznie to dołujące jest.

Wieczorami często pada deszcz, raz nawet spadł podobno śnieg, ale przespałam tę sensację. Fajnie by było, żeby święta były białe, ja nawet za śniegiem tęsknię…


Uwięziona w czterech ścianach, domowe pielesze rozjaśniam sobie światłem świec a złe samopoczucie osładzam grzanym (bezalkoholowym!) winem (glögg) i niestety słodyczami. O glöggu chciałam napisać osobny wpis, ale nie mam siły, więc linkuję do zeszłorocznego wpisu, w którym jest również przepis na glögg domowej roboty.



Jutro zapłonie czwarta świeca w adwentowym świeczniku, do świąt zostanie nam jeszcze zaledwie trzy dni!
Wielu Polaków mieszkających w Szwecji już pewnie w swoich polskich domach, ze swoimi rodzinami, albo właśnie w podróży do nich. Tym, którzy są w drodze do Polski, życzę szczęśliwego dotarcia w ramiona stęsknionej rodziny, tym zaś, którzy zostają i będą spędzać święta u siebie, oraz tym, którzy w Polsce oczekują wizyty gości, życzę sił i weny do wielkich przygotowań oraz trochę czasu dla siebie, między lepieniem pierogów a wieszaniem bombek na choince. Pamiętajcie, potraw nie musi być dwanaście!
O wszystkich Was teraz myślę i chcę Wam powiedzieć, nacieszcie się bliskimi, naprzytulajcie za wszystkie czasy, nacieszcie się bożonarodzeniowym klimatem, bo następne takie święta za rok.
A ja biorę się ostro do pracy, czas nastawić zakwas na barszcz czerwony!
Gotlandia
W taki zimowy czas miło jest wspomnieć słoneczne lato.
Minione wakacje (dziesięć dni) spędziliśmy w Gotlandii i pamiętam, że obiecałam opowiedzieć trochę o tym zakątku Szwecji, co z chęcią mogę do kolejnego lata od czasu do czasu czynić.



Gotlandia (Gotland) jest największą wyspą na Morzu Bałtyckim, położoną ok. 100 km na wschód od wybrzeża Szwecji. Jest długa na 176 km i szeroka na 50 km. Gotlandię zasiedla dziś ponad 57 tysięcy mieszkańców. Razem z Fårö, wyspami Lilla i Stora Karlsö, Gotska Sandön, Östergarnsholm oraz wieloma innymi mniejszymi wysepkami Gotlandia jest gminą (kommun) Szwecji.



Za czasów wikingów przez Gotlandię przebiegał szlak handlowy i to handlem głównie trudnili się jej mieszkańcy. Unikalne położenie wyspy pośrodku Morza Bałtyckiego sprawiło, że Gotlandia w średniowieczu stanowiła centrum handlowe (wyspa była częścią północnoniemieckiej Hanzy). Historia mówi, że toczące się na obszarze południowej Szwecji wojny duńsko – szwedzkie dotknęły także Gotlandię, która długo była pod „skrzydłami” Duńczyków, ale ostatecznie w 1679 roku przeszła w posiadanie Szwecji. Przez wieki jednak panujący nad wyspą Wikingowie pozostawiali niezliczone ślady swojej bytności.

Mając świadomość, że Gotlandia to przecież wciąż Szwecja, zdumiewająca była dla mnie jej inność. Jest taka niepodobna do reszty Szwecji! Czułam się, jakbym była w zupełnie innym kraju, ba!, w kilku zupełnie innych i różnych krajach!

Wyspa słynie ze swej pięknej, niezwykle różnorodnej, miejscami dzikiej i surowej natury; ze swoich finezyjnie przez czas uformowanych klifów i skał, z ciągnących się kamienistych, pustych i dzikich plaż.

Plaże pełne kamieni aż proszą się o budowanie kamiennych wież, co jest, nie wiem dlaczego, zabronione. Z zakazów nikt sobie jednak nic nie robi, bo wieże ścielą się gęsto i wysoko.

Jest tutaj też wiele plaż piaszczystych, z miękkim, jasnym, bardzo czystym piaskiem oraz zadziwiająco ciepłą wodą.


Jest też jedna niewielka plaża, o rajskim imieniu Błękitna Laguna, przy której woda jest naprawdę lazurowa. Swoją drogą, Gotlandia jest słoneczniejsza niż Szwecja na kontynencie, dlatego też jest niezwykle popularnym kierunkiem turystycznym w sezonie letnim.


Roślinność Gotlandii przypomina trochę tą z północnej Szwecji, ale bezbrzeżne pola usiane niskimi, skręconymi drzewami do złudzenia przypominają krajobraz afrykański.



Zielone łąki i pastwiska strzyżone przez bezrefleksyjne owce i gniade gotlandzkie kuce przywodzą na myśl krajobraz Wysp Brytyjskich a jaskinie ze stalaktytami przypominają Smoczą Jamę pod Wawelem. Lśniące pomarańczowymi naciekami kurtyny skalne są jak wyjęte z krajobrazu Alabamy.

Mnogość naturalnych rzeźb skalnych, które swoje kształty zawdzięczają temu, iż na przestrzeni wieków były smagane przez wiatr i fale czyni krajobraz doprawdy egzotycznym.



W ten malowniczy i urzekający pejzaż wkradają się wiatraki, stare kościoły oraz kamienne, objęte pnączami róż domy. Miasta są ciche i spokojne, równie piękne i odmienne, szczególna jest stolica – Visby, której chcę poświęcić osobny wpis.





Upajająca jest obfitość róż, niemal każdy dom opięty jest pnączem różanego kwiecia.



Wyspa jest doskonałym miejscem aktywnego wypoczynku i rekreacji zarówno pieszej, jak i na rowerach. Ci, którzy marzą o wypoczynku leniwym i grzesznie nieśpiesznym znajdą dla siebie zakątek na którejś z plaż czy w wolnej chatce na skraju rezerwatu przyrody.




Gotlandia ma nie tylko bujną i piękną florę, ale też ciekawą i różnorodną faunę, szczególnie wśród ptaków – gęsi, rybitwy i wiele innych gatunków umiłowało sobie Gotlandię. Pobliskie wyspy Stora oraz Lilla Karlsö są kipiącymi życiem fauny rezerwatami przyrody. Z bliska można przyjrzeć się zwierzętom, które wydawać by się mogło nikogo się nie boją i hasają sobie w najlepsze.




Zaś wysepka Fårö dumnie szczyci się naturalnymi, uformowanymi przez wiatr i wodę skalnymi rzeźbami, nazywanymi tutaj raukami. Rauki pojawiają się u wybrzeży całej Gotlandii, ale na Fårö są one szczególnie imponujące. Legenda niesie, że rauki chronią wyspę przed złymi mocami i jednocześnie przyciągają to, co najlepsze. Nie sposób oprzeć się pokusie i nie uwierzyć w te podania.



Jedno jest pewne, Gotlandia jest magiczna i przyciąga jak magnes swoją urodą i walorami, po prostu nie można nie zakochać się w Gotlandii. Kto raz odwiedzi tę wyspę, będzie chciał tutaj wrócić.

Ja wrócę na pewno. Nie jeden raz.
Legitymacje nauczycielskie
Jestem nieziemsko dumna i szczęśliwa!
Po wielu perypetiach i dwóch latach okraszonych pracą, wysiłkiem i czekaniem otrzymałam wreszcie upragnione legitymacje nauczycielskie. Dwie legitymacje! Legitymację Nauczyciela Szkoły Podstawowej klas I – III (Lärarlegitimation) oraz Legitymację Nauczyciela Przedszkola (Förskollärarlegitimation).
Pamiętam tę piękną chwilę, kiedy w lipcu 2004 dowiedziałam się, że zostałam przyjęta na Uniwersytet W-ski i jeszcze piękniejszą chwilę, kiedy pięć lat później odbierałam dyplom jego ukończenia.
odbieram swój dyplom na Uniwersytecie Warszawskim
Chwila, jaką przeżyłam w ubiegły piątek, kiedy otrzymałam dwie szwedzkie nauczycielskie legitymacje są sumą tamtych radości i szczęścia. A za chwilę tę zapłaciłam wysiłkiem i poświęceniem, ambicją, pracą i uporem.
Tak, droga do legitymacji nie była łatwa.
Przyjechałam do Szwecji z dyplomem pedagoga nauczyciela w ręku i szybko uświadomiłam sobie, że aby podjąć pracę nauczyciela w Szwecji muszę pokonać jeszcze wiele schodów.
Poza uznaniem mojego wykształcenia i nostryfikacją polskiego dyplomu, szwedzki Urząd Szkolnictwa (Skolverket) wymagał ode mnie uzupełnienia studiów na Uniwersytecie Sztokholmskim. Zanim podjęłam studia uzupełniające musiałam opanować język szwedzki na poziomie szkoły średniej. Średnią szkołę języka szwedzkiego zrobiłam w szkole dla absolwentów szkół wyższych (SiFA – Svenska för Akademiker) w Åsö Gimnazjum, w klasie pedagogicznej, co było później katalizatorem i trampoliną do studiów.
Po ukończeniu gimnazjum dostałam się na wyżej rzeczone studia uzupełniające na Uniwersytecie Sztokholmskim (SU) na kierunek pod nazwą ULV-projekt czyli Nauczycielskie Studia Kompletujące (dla nauczycieli z innych krajów).
z jedną z nauczycielek na sztokholmskim uniwersytecie
Nasza upamiętniająca kolacja w restauracji z 5 innymi dziewczynami z różnych krajów oraz naszym opiekunem projektu, Evą Arered
Studia te w moim przypadku trwały tylko rok, ponieważ miałam większą niż w Szwecji wymagano liczbę punktów zdobytych na studiach w Polsce. Musiałam także przejść praktyki w szwedzkiej szkole oraz przedszkolu (które jednocześnie były moimi pracami zarobkowymi). Praktyka (praca) ta była dla mnie obfitującą w doświadczenia przygodą. Spotkało mnie niestety wiele przykrych rzeczy (szok kulturowy), ale i dostałam mnóstwo życzliwości i sympatii, zwłaszcza od dzieci.
Miłej kontynuacji! God fortsättning!
Nauka była dosyć trudna, dopasowana do szwedzkich realiów w szkolnictwie i pedagogice, wszystko działo się w języku szwedzkim, co było niełatwe i męczące, szczególnie trudno było mi pisać prace pisemne, ale miałam zewsząd ogrom wsparcia i motywacji. W ostatnich tygodniach bardzo wspierałyśmy się z koleżankami, mocno się wtedy zżyłyśmy, bo zaczęło nas dwadzieścia kilka a do końca dobrnęło sześć. Zdałam nauczycielski egzamin końcowy i złożyłam podanie o legitymacje w Urzędzie Szkolnictwa. Czekałam ponad rok. I w piątek doczekałam się tej wielkiej chwili, kiedy otrzymuję dwie piękne legitymacje nauczycielskie, owoce tej pracy i wyrzeczeń.
Jaka to radość i duma!
Dlatego namawiam wszystkich Polaków tutaj mieszkających, którzy wnieśli ze sobą do Szwecji wyższe wykształcenie, żeby kompletowali studia i żeby robili wszystko, by móc pracować zgodnie ze swoim wykształceniem. Poczynając od szkoły szwedzkiego, rozejrzyjcie się za średnią szkołą szwedzkiego profilowaną, np. tak jak ja zrobiłam SiFA w Åsö Gimnazjum, gdzie były klasy pedagogiczne, dziennikarska i prawnicza, można rozejrzeć się za inną np. SFiNX Szwedzki dla Inżynierów.
Warto poświęcić się trochę, zadbać o tłumaczenia dyplomów, o kompletowanie studiów, bo chwila otrzymania legitymacji/dyplomu jest naprawdę fantastyczna. Warto ambitnie wznieść się na poziom, który odpowiada naszym możliwościom i kwalifikacjom, warto walczyć o pracę zgodną z naszym wykształceniem i dzięki temu osiągnąć wysoki status i zarabiać dobre pieniądze. Warto chcieć więcej i bronić swojego wykształcenia!
Wysiłek może być trudny i ogromny, okraszony łzami i cierpieniem, udekorowany schodami i przeciwnościami, ale nagroda za niego jest słodka.
Zapewniam Was.
Lucia w dźwiękach i obrazach
Dziś miałam prawdziwy maraton koncertowy z okazji Dnia Lucii.
Najpierw byłam w Domu Głuchych (Dövas hus), gdzie miałam okazję zobaczyć przedstawienie w języku migowym, potem w Johannes Kyrka, a wieczorem w Oscars Kyrka.
Nie będę wiele pisać, słowa były rano (choć i tak trudno opisać czar tej procesji) a teraz, myślę, że wystarczą obrazy – zdjęcia i filmy.
Jedno tylko pozwolę sobie dodać, że patrząc na ten płomienny pochód Lucii cieszę się i jestem szczęśliwa, że mieszkam w Szwecji.







































Najnowsze komentarze