Kategoria: Polka w Szwecji
Drugie urodziny Polki
Moja Polka kończy 2 lata!
W pierwszym poście, jeszcze wtedy w Polce w Sztokholmie napisałam tak:
„Długo dojrzewałam do założenia bloga, czyli do decyzji, by systematycznie i konsekwentnie dzielić się swoim życiem tutaj, w Szwecji. Przygodami, perypetiami, sukcesami i błędami. Wiedzą i optymizmem, niewiedzą i pesymizmem. Słowem – dzielić się radościami i smutkami bycia imigrantką. Mam nadzieję, że wytrwam.”
Udało się, wytrwałam! Calutkie dwa lata!

I sporo się przez te dwa lata nauczyłam, bo opisując Szwecję, trzeba było o niej trochę poczytać, zasięgnąć języka, poszperać, zrozumieć. Wiele powiedzieli mi też czytelnicy, którzy są tu dłużej niż ja i wiedzą więcej. I co ciekawsze, sporo się dowiedziałam o sobie samej – że jestem sumienna, wytrwała i konsekwentna. A cały ten wkład pracy w bloga wraca do mnie w postaci reakcji i gorącej sympatii czytelników. Nauczyłam się też być obojętna na nienawiść i zazdrość hejterów. Nauczyłam się zamykać przed nimi drzwi do mojego świata i o nich nie myśleć.

Myślę, że Polka osiągnęła dużo. Mam czytelników na całym świecie, codziennie dostaję listy. Statystyka Polki w Szwecji (półtora roku na wordpress) mówi o dwustu trzydziestu tysiącach odsłon, ale nie wiem, czy to dużo, czy mało, bo nie wiem, ile mają inni. Fanpage Polki również po półtora roku zgromadził wokół siebie 1700 osób i Ludzie ci przyszli do mnie i polubili z własnej woli a nie z powodu pseudo „konkursów” i pseudo „rozdań” zmuszających do polubienia strony.
Jestem z tego dumna!
Zanim zaczęłam tworzyć Polkę zaczytywałam się w blogach innych. Patrzyłam, zachwycałam się i marzyłam o własnym blogu. Powolutku kiełkowała we mnie chęć posiadania własnego kawałka podłogi w tym kuszącym blogowym świecie.
Moimi pierwszymi i największymi inspiracjami były:
Czytam te blogi do dzisiaj i ani przez chwilę nie przestałam ich lubić. Z czasem dołączyło do nich mnóstwo innych blogów, i polskich, i szwedzkich. Są takie blogi, które mogłabym łyżkami jeść. Czasami w wolne, leniwe wieczory czytam te blogi sobie, czytam i czytam. Zapadam się w nie jak w studnię. A w mojej głowie kłębią się, snują, wykluwają się nowe pomysły. Lubię tę całą aurę towarzyszącą pasji blogowania i cieszę się, że blogowa pasja innych udziela się mnie, a moja udziela się innym.
Nie będę sobą jak nie wspomnę o mężu – wspiera mnie w pisaniu, pomógł mi nie raz przebrnąć przez część techniczną czy geograficzną opisu, napisał też kilka wpisów dla Polki, jest także moim pierwszym i szczerym recenzentem. Cierpliwie znosi moje ciągłe fotografowanie. I pochwalę się, że nie raz gotował obiad, żebym ja mogła spokojnie napisać post.
Polka to nie tylko ja, to też czytelnicy. Odbiorcy, którzy tego bloga potrzebują, coś w nim znajdują dla siebie. Maile, komentarze i wiadomości od czytelników są dla mnie bardzo cennym i przyjemnym doświadczeniem. Przyznaję się, że nie odpisuję na każdy mail, bo nie dam rady, ale czytam wszystkie. Wieści i znaki od są jak wiatr w żagle, jak iskra, jak odpowiedź. Dzięki Wam wiem, jak i dokąd dalej iść. Dzięki blogowi poznałam także mnóstwo ciekawych ludzi i spotkało mnie wiele przyjemnych przygód i wyzwań.
Bez innych blogów, bez mężowskiego wsparcia i bez Was, moi drodzy czytelnicy, Polka nie osiągnęłaby tak wiele i nie dotrwałaby drugich urodzin. Tak myślę!
Dlatego dziś wszystkim bardzo dziękuję!
Wasza Monika
Astrid Lindgren i pasja czytania
Dzisiaj mija 107 rocznica urodzin Astrid Lindgren.
Kim była, nie muszę wyjaśniać, mogę tylko powiedzieć, że zanim stała się wielka, sławna i bogata, była biedną dziewczyną, borykającą się z piętnem panny z dzieckiem; młodą, samotną matką, zmuszoną oddać swoje maleńkie dziecko na wychowanie do obcej rodziny w odległej Kopenhadze; człowiekiem u progu dorosłości próbującym ułożyć sobie życie w nowym miejscu.
Przeczytałam biografię Astrid Lindgren, napisaną przez Margaretę Strömstedt. Przeczytałam dawno temu po polsku, teraz czytam po szwedzku. Wybrałam i przetłumaczyłam fragment, w którym Astrid opowiada o książkach, bibliotece miejskiej w Sztokholmie i pewnym wydarzeniu z tym związanym. Tłumaczenie może odbiegać od tego, które zrobiła Anna Węgleńska ale mam nadzieję, że wybaczycie mi niedoskonałości i przeniesiecie się dziś ze mną w jedno z miejsc, które sobie w Sztokholmie ukochała.
biblioteka miejska przy Sveavägen
„Pamiętam pewien dzień w latach dwudziestych, kiedy siedziałam sobie pod kwitnącą czeremchą przy kościele Engelbrekt i czytałam „Głód” (Knut Hamsun, przyp. aut.) a przyjemność lektury miałam wielką jak nigdy dotąd.
Byłam młoda, samotna i bardzo biedna, dopiero co przybyłam z dalekiej małej wsi i nikogo w Sztokholmie nie znałam. Dni powszednie w pracy jakoś mijały, ale niedziele były samotne, smutne i nudne i tylko dzięki książkom mogłam je przetrwać.
Właśnie odkryłam bibliotekę miejską przy Sveavägen i nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy wchodzi się do ogromnej okrągłej sali i widzi się to morze książek. Tylko się częstować! – pomyślałam.




Szłam wzdłuż ścian z książkami dookoła, chłonęłam ten widok i przebierałam, wybierałam między tytułami i kiedy wreszcie zdecydowałam się i wybrałam książki, podeszłam do lady. Stał za nią odziany w błękitny pulower młody jasnowłosy mężczyzna i stemplował książki. To był Arnold Ljungdal – ale tego nie wiedziałam – i on mówi mi, że nie mogę wypożyczyć tych książek, bo nie mam karty bibliotecznej, a jej wyrobienie zajmie parę dni.


Tak mnie to rozczarowało i załamało, że nie mogłam się pohamować i czego się na wieki będę wstydzić, po prostu wybuchnęłam płaczem. Arnold Ljungdal popatrzył na mnie zdumiony i trochę zły, i jestem przekonana, że pomyślał, że moje zamiłowanie do literatury jest na pewno przesadzone. Ale on nie mógł wiedzieć, że ja mam przed sobą długą i samotną niedzielę, bez książek i bez ludzi. Gdybym miała tylko książki, dałabym sobie radę bez ludzi. Stał przede mną nieugięty blond chłopak i mówi mi, że nie dostanę książek, nic więc dziwnego, że uderzyłam w płacz. Byłam nie tylko głodna książek, ale i głodna, dlatego, że od dawna nic nie jadłam, a wtedy łatwiej się płacze .”
Do tej pory z serii Śladami Astrid Lindgren na moim blogu ukazały się:
Eksperyment
Wiedziałam, że Szwedzi są na dystans do ludzi.
Wiedziałam, że nie lubią się wtrącać, szczególnie do obcych. W większości przypadków nie ingerują, nie zaczepiają, nie podejmują kontaktu wzrokowego, są jakby nieobecni, oczywiście wśród obcych, w publicznych miejscach.
Film, który dzisiaj zobaczyłam utwierdził mnie w tym przekonaniu. To socjalny eksperyment, polegający na pozorowanej przemocy, przeprowadzony w windzie.
Zobaczcie:
Ja patrzyłam na ten smutny filmik i choć wiedziałam, że Szwedzi nie lubią się „mieszać”, nie wierzyłam własnym oczom. Reakcja ludzi, lub raczej jej smutny i przerażający brak, po prostu mnie załamał. W komentarzach Szwedów pod tym filmem udostępnionym przez mojego znajomego Szweda na FB było mnóstwo oburzonych komentarzy. Jednak eksperyment pokazał, jak jest naprawdę. Na 53 osoby, które znalazły się w tym eksperymencie, tylko jedna zareagowała i pogroziła chłopakowi zameldowaniem na policję.
Ale ten wyjątek i to, że w każdej sytuacji zdarzają się wyjątki jest tutaj wątpliwym pocieszeniem.
Listopad optymistyczny
Listopad nie jest dla mnie łatwym miesiącem.
Wokół szaro i buro, ciemno i mgliście. Do domu też przez okna rzadko wpadnie promień słońca. Nic mi się nie chce i nostalgie mnie melancholijne nachodzą. Do świąt daleko i jeszcze chcę na nie poczekać, wytęsknić się.
Listopad, do tej pory, był dla mnie miesiącem wyjętym z życia. Przeczekany, rozmemłany i niemal zmarnowany. W tym roku postanowiłam inaczej. Staram się przede wszystkim nie pogarszać sprawy i myśleć pozytywnie, czyli nie mówić źle o listopadzie. Nie czekać, aż przyjdzie piękna zima, by pójść po skrzypiącym białym śniegu na spacer. Zmuszam nas do spacerów w tej szarówce, we mgle, po pustych już parkowych alejkach i rozbłoconych leśnych ścieżkach.

Mieszkamy blisko dwóch pięknych jezior, w których staramy się znaleźć coś, czym można się zachwycić nawet w listopadzie. Zauważyć chatkę nad brzegiem wody, dostrzec i nakarmić głodnego łabędzia, uwiecznić na zdjęciu po raz enty nasze ulubione czteropienne drzewo…



To blisko natury. Ale w mieście też szukam wokół siebie kolorowych akcentów. Rozglądam się za czymś optymistycznym. Zaglądam na Stare Miasto, choćby na małą chwilę, od czasu do czasu. Wystarczy mi przejść się wzdłuż jednej małej uliczki, zauważyć kolorową skrzynkę na listy czy tak, jak niedawno w dzielnicy Östermalm, zabawną rzeźbę. I już jest ładniej! Warto mieć zawsze oczy szeroko otwarte.



I warto uśmiechać się do ludzi na ulicy (lagom!). Zapraszać znajomych do domu na obiady i być razem w cieple domowego ogniska. Opłaca się ubrać dom i siebie w kolory. Kolory, uśmiech, optymizm, towarzystwo, urok rzeczy zwykłych, kontakt z gasnącą naturą bez względu na pogodę – wszystko to pomaga! Bo to my rządzimy listopadem, nie listopad nami. Ten listopad ma być piękny!
Kolorów i optymizmu Wam życzę, kochani!
Koniki z Dalarna
Czerwony, ręcznie zdobiony konik jest jednym z pierwszych skojarzeń ze Szwecją.
Jest znakiem rozpoznawczym, można nawet powiedzieć, że symbolem Szwecji i najchętniej kupowaną pamiątką z podróży do tego kraju. Na osiągnięcie statusu symbolu i takiej wielkiej sławy konik ten pracował wiekami.

Konik Dala (dalahäst) na początku był symbolem regionu Dalarna, który jest ojczyzną konika a jego historia sięga XVII wieku.
W długie zimowe wieczory, kiedy mężczyźni po całym dniu rąbania drwa, albo pracy na roli, wracali do domów rozsianych wśród gęstych borów otaczających jezioro Siljan, odpoczywali w blasku i cieple domowego kominka i zajmowali się struganiem sosnowych kawałków drewna. Pierwszą myślą o tym, co wystrugać był konik, konie były przecież towarzyszami człowieka, i na co dzień, i od święta. I w pracy, kiedy to niosły pomoc w transporcie drewna, i w odpoczynku, kiedy to „niosły” swojego pana na spacer. Dla dzieci małe, wystrugane z drewna koniki były typową zabawką.
Poniżej zdjęcia, które zrobiłam na minionych wakacjach w Dalarna, w Rättvik – oto jezioro Siljan,
a to jeden z warsztatów rzemieślniczych, który znaleźliśmy i w którym kupiłam swojego pierwszego konika Dala.



W Dalarna, biednym dawniej regionie wyrabiano drewniane meble, dlatego też drewnianych odpadków było tam pod dostatkiem. Mieszkańcy Dalarna nie marnotrawili czasu i z nożykiem w rękach spędzali wolne popołudnia. Początkowo koniki były naturalne, jednokolorowe i gładkie ale z czasem zaczęto je ozdabiać charakterystycznym deseniem. Kolorowe koniki z Dalarna stały się rarytasem dla wędrownych handlarzy, a dla mieszkańców środkiem płatniczym.

Koniki strugali zwykle dorośli, ale często też i dzieci.
Tak jak bracia Olsson z Nusnäs, których historia jest cytowana przy okazji opowieści o konikach Dala. Pracowici chłopcy, Janne i Nils, wtedy 13 i 15 letni (a był to rok 1828) dostrzegli potencjał, jaki drzemie w tych konikach, dlatego też swoje oszczędności oraz pożyczone pieniądze postawili „na jednego konia”.

Ich inwestycja obróciła się w sukces a biznes rodzinny przechodził potem z pokolenia na pokolenie. Struganie i malowanie drewnianych koni przemieniło się w największą gałąź lokalnego przemysłu i właściwie tylko w Dalarna powstają „oryginalne” koniki z duszą jeziora Siljan zaklętą w sosnowym drewnie. Są też tacy, którzy uznają tylko te koniki, które powstały w rękach rodziny Olsson.

Jeszcze tylko kilka słów o tym jak dziś powstają koniki Dala.
W warsztatach ścięte, wyselekcjonowane sosny porcjowane są na bloki. Piłą taśmową wycina się wstępny kształt konika, który potem szlifowany jest za pomocą nożyka przez rzemieślników.
Gotowe koniki zanurzane są w farbie, następnie polerowane a na koniec zdobione ręcznie charakterystycznym wzorem przez mistrzów rzemieślników.
Wzór ten dawno temu wyczarowała dekoratorka Stickå – Erik Hansson.
Oczywiście ten kształt konika i czerwony kolor są najpopularniejsze, ale w Dalarna widziałam ich przeróżne rodzaje, kształty, fakturę i kolory.
Niektóre celowo robione są na dawny wzór a prawdziwe, zachowane – antyczne dziś koniki są bardzo cenne i drogie.
Wytwarzane są też różne inne odmiany koników, np. ze szkła albo jako małe magnesy na lodówkę, można znaleźć też koniki w formie biżuterii lub breloków.
I, jak ja to nazywam – dalażarty
Odkryłam niedawno, całkiem przypadkowo na Starym Mieście w Sztokholmie Muzeum Koników Dala. To małe, połączone ze sklepem muzeum może być ciekawą atrakcją spaceru po Starym Mieście.
Na Hötorget zaś, w każdą niedzielę są targi staroci (loppis), na których zdarza się spotkać koniki Dala. Widziałam takiego dużego konika, który miał naklejkę, że zrobiony był przez firmę braci Olsson, czyli teoretycznie był „oryginalny”. Kosztował on 1400 koron podczas, gdy w sklepie trzeba byłoby dać za niego co najmniej dwa, jeśli nie trzy razy więcej. Pewności, że jest oryginalny nie mamy, ale koniki te jednak znikają bardzo szybko, bo nie zawsze można je spotkać.
Jedno jest pewne, jakikolwiek nie będzie to konik i jakkolwiek nie będzie on wyglądał, jest on niezwykle charakterystycznym, najbardziej rozpoznawalnym na całym świecie symbolem Szwecji. I chyba w prawie każdym szwedzkim domu mieszka co najmniej jeden konik Dala.
PS. Te zdjęcia, które nie są moje podpisałam nazwiskiem autora lub podlinkowałam do źródła.Wyklejanki Wisławy Szymborskiej
Muzeum Nobla w Sztokholmie zaprasza na mini wystawę kolaży poetki Wisławy Szymborskiej.
Wystawa ta rozpoczęła się wczoraj spotkaniem literackim i rozmową z Andersem Bodegård, tłumaczem wierszy Szymborskiej na język szwedzki. Mówiący pięknie po polsku Anders czytał fragmenty wierszy poetki (i po polsku, i po szwedzku) a także opowiadał o nich oraz o samej poetce. Dowiedziałam się przy okazji wczoraj, co było dla mnie zaskoczeniem, że szwedzki poeta, również laureat nagrody Nobla, Tomas Tranströmer i nasza Szymborska znali się i odwiedzili się nawzajem w Krakowie i w Sztokholmie.

Anders opowiadał też o swojej przygodzie z Polską i z polskim językiem.Tłumacz jest szczęśliwym posiadaczem sporej kolekcji kartek – kolaży, które otrzymał w prezencie od Szymborskiej i które udostępnił na kilka dni zwiedzającym.


Dla mnie, wielbicielki twórczości Wisławy Szymborskiej nie było zaskakujące to, że ta wielka, nagrodzona w 1996 roku literacką nagrodą Nobla poetka miała nie tylko talent pisarski, ale i plastyczny.

Tworzenie kolaży, które sama nazywała wyklejankami, było poza pisaniem wierszy jednym z jej ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu. Poetka z niebywałą pasją gromadziła przez lata różne wycinki z gazet i fragmenty starych ilustracji. Swój talent plastyczny wykorzystała, komponując z nich ciekawe kolaże w formie pocztówkowej. Robiła to z przymrużeniem oka, dlatego też jej kolaże mają zabawny, a czasem ironiczny urok.
Jej specyficzne, niekiedy wręcz surrealistyczne poczucie humoru znajdowało swoje odbicie zarówno w wierszach, jak i wyklejankach. Było to wierne jej filozofii, sposobie myślenia a nawet wierszom. Wycinki zbierała latami, miała je poukładane w teczkach, dostawała też wycinki od znajomych. Te „wizualne wiersze” znali właściwie tylko najbliżsi poetki, czasem wysyłała czytelnikom zamiast odpowiedzi, dlatego niewielu wie, że Wisława Szymborska tworzyła takie pocztówki, które zaczynają być traktowane jako małe, swoiste dzieła sztuki.
W Muzeum Nobla będzie można zobaczyć tę mini wystawę do dnia 12 kwietnia 2015. Usytuowana jest ona w Bistro Nobel, na lewo od głównego wejścia do Muzeum. Wstęp jest za darmo.
Dziękujemy!
Drodzy czytelnicy!
Jesteśmy zaskoczeni i wzruszeni serdecznością i ciepłem, które spłynęło na nas po opublikowaniu wpisu, zarówno w postaci komentarzy, jak i prywatnych maili i wiadomości. Was wzruszyła nasza historia a nas Wasze reakcje.
Chcielibyśmy wszystkim z całego serca podziękować za te ciepłe i serdeczne odpowiedzi. Za te wszystkie życzenia miłości i dalszych wspólnych lat.
Jest nam bardzo miło!
Dziękujemy!
Monika i Adam
Moja historia cz. 4
Od dawna nosiłam się z zamiarem napisania czwartej części mojej historii.
Namawiali mnie do tego znajomi i czytelnicy mojego bloga. Niektórzy napisali do mnie, że moja opowieść bardzo im pomogła, ale wahałam się, bo nie byłam pewna czy uzewnętrznianie się ma sens. Powoli dojrzewałam do opowiedzenia dalszego ciągu historii a kolejny, listopadowy projekt Klubu Polek na Obczyźnie (ciekawa idea Karoliny Johansson) przesądził o zamiarze napisania dalszego ciągu mojej historii, czyli jej czwartej już części i tym razem opowiemy ją razem, ja i mój mąż Adam.

Tematem projektu listopadowego jest:
Jak to się stało, że się tu znalazłam, czyli historia mojej emigracji
Tych, którzy chcieliby poznać pierwsze trzy części mojej historii odsyłam tutaj.
Ci zaś, który mnie dobrze znają i od dawna czytają, wiedzą już, jakie były moje losy do momentu, kiedy dostałam pewną wiadomość. Wiedzą, że przeszłam wyboistą drogę, na barkach miałam pracę i studia, a w sercu wielką samotność. Z samotności wpadłam w depresję, z której, dzięki przyjaciółce oraz terapii zaczęłam wychodzić i uczyć się żyć szczęśliwie w pojedynkę. Martwiąca się o mój stan cywilny Agnieszka (tak, Agnieszko, wiele Ci zawdzięczam) namówiła mnie do założenia profilu na stronie kojarzącej pary „Sympatia”. Nie chciałam, ale że jednym z kroków w terapii było nauczenie się bycia obojętną i chłodną w stosunku do mężczyzn, pomyślałam, że to będzie dla mnie dobry trening.
Na Sympatii dostawałam właściwie tylko wiadomości w stylu „Hej laska! Masz ochotę na małe co nieco?” jednak, wśród tych pożalsięboże propozycji w skrzynce profilowej znalazł się pewnego dnia list dłuższy, ciekawszy i dużo bardziej kulturalny. Treści tego listu nie zachowałam niestety, ale pamiętam, że był napisany w starym i romantycznym stylu. Autorem tego niebanalnego listu był Adam, mój przyszły mąż. Na list odpisałam, że bardzo dziękuję za te miłe słowa i że właśnie kończy się mój darmowy wstępny tydzień na Sympatii i nie chcę przedłużać tu mojej obecności. Nie byłam wtedy pewna czy kontynuować tą korespondencję, ale Adam nalegał i poprosił mnie o inny adres kontaktowy. W końcu przekonał mnie tym, że mogę zakończyć to innym razem, ale teraz powinnam dać ”nam” jeszcze szansę na przedłużenie tej znajomości. Niechętnie i trochę z musu podałam w ostatniej chwili numer telefonu i adres mailowy.
moje pamiętne zdjęcie profilowe na Sympatii
A tak wspomina to Adam:
Szukałem kogoś na ”Sympatii” od jakiegoś czasu i kiedy byłem tam zalogowany, przesuwały mi się na ekranie i powracały rożne kobiety. Ale jedno zdjęcie od razu przykuło moją uwagę. Nie wiem, to oczywiście rzecz subiektywna, ale dla mnie było w tym zdjęciu coś magicznego, coś co mnie hipnotyzowało i coraz bardziej uzależniało. To tak, jak by nagle dane było komuś odkryć swój nigdy wcześniej nie sprecyzowany ideał. Zdałem sobie sprawę, że to właśnie ona jest uosobieniem takiego ideału. Że tak naprawdę o takiej kobiecie od dawna marzyłem.
Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że była dla mnie zbyt piękna i zbyt młoda. Tłumaczyłem sobie, że nie należało i nie pasowało zawracać jej głowy. „Zostaw ją w spokoju” – pomyślałem starając się sobie jakoś ”pomóc”. Jednak po kilku dniach byłem wręcz zmuszony ulżyć temu zahipnotyzowaniu i postanowiłem napisać list bez oczekiwania jakiejkolwiek odpowiedzi. Napisałem właśnie to, co czuję, złożyłem hołd w kierunku jej urody i że jej wygląd jest bardzo zbliżony do mojego ideału kobiety. Napisałem również, że nie piszę po to, żeby otrzymać odpowiedź. Jeżeli sprawiłem jej przyjemność tym mailem to już jest to dla mnie wystarczającą nagrodą. Że życzę jej i wierzę w to, że tak piękna i fascynująca osoba znajdzie wkrótce swojego partnera. Naprawdę, nie liczyłem na odpowiedź.
A jednak.
I tak zaczęła się nasza korespondencja, wkrótce też rozmowy. Głos Adama działał na mnie silniej niż listy, a kto go słyszał wie, o czym mówię. Nikt mnie też tak nie rozumiał i nikt wcześniej nie rozmawiał ze mną tak jak on. Imponował mi swoją wiedzą, charyzmą i inteligentnym humorem. Mogłam w końcu rozmawiać z mężczyzną na właściwie wszystkie tematy, nigdy się nudzić i prawie zawsze było nam trudno zakończyć nawet długą już rozmowę. Fascynowało mnie to, że dużo wie, że wiele i daleko żeglował, dużo podróżował, zorganizował kilka wypraw, rajdów i właśnie pakował się przed wyjazdem na Mauritius.
Fala zwierzeń i emocji płynących łączami telefonicznymi i internetowymi wezbrała i wznieciła iskrę zapalną do uczucia miłości. Wznieśliśmy się na wyżyny, mieliśmy motyle w brzuchu, tęskniliśmy za sobą, przeżywaliśmy wszystko to, co zwykle przeżywają zakochane osoby. Tyle, że na odległość. Dziwiło mnie, że Adam nie proponuje spotkania, choć minęło wiele tygodni korespondencji i przegadaliśmy wiele, wiele godzin. Zaproponowałam więc spotkanie ja. Teraz, natychmiast, w sobotę.
– Nie mogę się tak szybko spotkać, bo… ja mieszkam w Sztokholmie.
– Przecież Sztokholm jest w Szwecji.
– No tak, ja mieszkam w Szwecji.
Zdumienie moje było ogromne, dlatego, że w telefonie wyświetlał mi się zawsze warszawski numer kierunkowy. Duże przedsiębiorstwo, w którym pracował Adam miało swoją filię w Warszawie i on dzwoniąc do mnie przełączał się na tę warszawską linię. Miejsce jego zamieszkania nie było jasno podane, tak samo jak jego wiek, do którego przyznał się podczas tej niefortunnej rozmowy (Adam jest ode mnie dużo, dużo starszy). Podważyło to moje zaufanie, zlękłam się dużej różnicy wieku i wizji emigracji. Po przemyśleniach postanowiłam zakończyć tę niczego nieobiecującą znajomość. Było mi przykro, ale powiedziałam mu to i przestałam od tego dnia odpowiadać na jego telefony i maile.
I wtedy ta bańka pękła. Tak, jak coś, co bywa stworzone zbyt szybko i zbyt gwałtownie. Głównie na bazie iluzji, dążeń, pragnień i tęsknoty za kimś bardzo bliskim. Spadły różowe okulary, przyszła refleksja. Chęć bycia z kimś prawie za wszelką cenę ustąpiła opamiętaniu i gruntownej rewizji swoich oczekiwań.
Monika nie odpowiadała więcej na moje telefony. Już wtedy czułem, że to może oznaczać koniec. Ale tej myśli nie chciałem dopuszczać do siebie pod żadnym pozorem. Poznałem ją trochę i wiedziałem już, że jest nie tylko ładna ale i mądra; jest wykształconą, wrażliwą i o wielkim sercu kobietą.
Nie mogłem spać, jeść, pracować. Nic nie mogłem. Byłem sparaliżowany. Nie myślałem racjonalnie. I byłem wściekle zły. Na siebie, ale też i na wszystko dookoła. Ale głównie z bezsilności, że nie mogłem tego zmienić. Traciłem to najcenniejsze, o czym dane mi było zamarzyć.
Zrozumiałem, że nawet gdybym oddał wszystko, co miałem i obiecałbym jej wszystko, czego by zapragnęła, nie mógłbym zmienić jej decyzji. Życie mnie nauczyło, że skamlenie i prośby o powrót mogą tylko zepsuć mój image i wzbudzić żałosną niechęć lub pogardę. Pozostało mi tylko zakończyć to w możliwie dobry sposób pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. Poza tym, byłem jej naprawdę wdzięczny za te kilka wspaniałych tygodni „bycia razem”, kiedy to zdążyłem już ją prawdziwie pokochać. Zagryzając zęby i wstrzymując łzy zamówiłem dla niej dwie duże orchidee i bukiet goździków dla pani Haliny. Wysłałem ostatni mail z dwoma biletami, które pierwotnie miały być dołączone do kwiatów:
Moniko!
W podziękowaniu za ten cudowny czas z Tobą.
Za te wzruszające maile i sms-y i prawdziwe uniesienia.
Za te długie i miłe rozmowy, które mnie tak uskrzydlały, że czułem się wyjątkowo szczęśliwym człowiekiem.
Dzięki TOBIE.
Chciałem doradzać i wspierać Ciebie. I chyba mi się to udawało.
Twoja radość i uśmiech były dla mnie największą nagrodą.
Wszystko zepsułem. Naprawdę, nie chciałem Cię urazić!
I myślę, że tak naprawdę to o tym wiesz.
Przepraszam ponownie głęboko.
Napisałaś, że lubisz orchidee…
Pani Halino!
Monika powiedziała mi, że pytając Panią o zdanie na temat jej wyjazdu na stałe do Szwecji powiedziała Pani do niej – „Jedź. Ja dam sobie radę.”
To było coś wspaniałego, kiedy po tylu wyrzeczeniach i poświęceniu w wychowanie tej pięknej i wspaniałej kobiety powiedzieć: jedź!
Innymi słowy – Twoje dobro jest najważniejsze. Nie moje.
A ja mogłem poczuć przez chwilę, że mogę otrzymać tak wspaniały klejnot, jakim jest Monika.
Dlatego pozwalam sobie przesłać te kwiaty dla Pani w podziękowaniu za ten gest i jako nieśmiałą próbę złożenia wielkiego hołdu uznania w Pani stronę.
Adam
Dwa dni później posłaniec przyniósł mi dwie wielkie orchidee, a Halinie bukiet goździków.
Ja, kiedy otrzymałam kwiaty i ten mail, pomyślałam zaś, że chyba nie zależało mu na mnie naprawdę, skoro o mnie nie walczy, tylko po prostu, jak prawdziwy dżentelmen dziękuje mi za wspólny czas. Nie odezwałam się już więcej do niego i starałam się zdusić ledwie wykiełkowaną myśl, że kogoś będę miała, że może trzeba będzie emigrować. Starałam się o tej znajomości zapomnieć.
Bo emigrować nie chciałam. Pomijając fakt życia w pojedynkę, żyło mi się w Polsce dobrze. Pracowałam w polskim przedszkolu, uczyłam polskie dzieci, studiowałam na Uniwersytecie, pochłaniałam polską literaturę, zachwycałam się polskim kinem. Patrzyłam na innych wylatujących z kraju i dumna byłam z tego, że ja zostaję w Polsce. Dobrze się stało, mówiłam sobie. Zeszłam z obłoków na ziemię i powoli wracałam do codzienności. Dla odpoczynku pojechałam na kilka dni w góry, gdzie nad Morskim Okiem myślałam wtedy, że moje miejsce jest w Polsce.
Adam wspomina:
Po kilku trudnych dniach, wielu kieliszkach, bycia opryskliwym i bardzo nieprzyjemnym człowiekiem dla wszystkiego i wszystkich, zaczęła we mnie kiełkować myśl ”odzyskania jej”. ALE JAK??? Może pojechać do niej? A jak się wystraszy? Nie. Mogłem zepsuć wszystko jednym niezamierzonym słowem czy gestem. Może trafiłbym na jej niezbyt dobry dzień. Lub ulewę. To wszystko było zbyt ryzykowne. Zacząłem szukać w kalendarzu, kiedy są imieniny Moniki. Są 4 maja lub 27 sierpnia. Wtedy postanowiłem postawić wszystko na jedna kartę i wysłać jej bardzo dużo kwiatów 4 maja. Jeżeli imieniny ma w sierpniu to jakoś się wytłumaczę. Większym problemem było, jak wytrzymać te prawie 6 tygodni bez żadnego kontaktu. To było najtrudniejsze. Wielokrotnie wybijałem jej numer i dosłownie w ostatniej chwili wycofywałem się. Nigdy w życiu nie pragnąłem, żeby czas mijał szybciej. Pamiętam, że pracowałem dużo więcej, żeby nie myśleć o niej i żeby było już jutro. Pocieszałem się, że ta przerwa jest jej potrzebna i że może po niej będzie mogła spojrzeć na mnie przychylniejszym okiem. Ostanie dni były dla mnie jak oczekiwanie na ważki dla życia wyrok sądowy.
Minął ponad miesiąc, przyszedł maj. Dnia czwartego maja, w dniu moich imienin wróciłam z pracy i kiedy weszłam do swojego pokoju zaniemówiłam. Pokój był cały w kwiatach! Małe i duże bukiety stały wszędzie, na parapecie, na meblach, na podłodze. Nad zapachami różnych kwiatów górował zapach konwalii. Widok ten był szokujący, bo przecież nie codziennie dostaje się taką wielką ilość kwiatów.
Pobiegłam do Halinki, bo pierwszą moją myślą było, że to od niej. Uściskałam ją:
– Dziękuję!
– To nie ode mnie!
– Nie? A od kogo???
– No, od kogo?
„Adam?” – przemknęło mi przez głowę.
Pobiegłam otworzyć komputer, by sprawdzić pocztę. Ha! Jest mail! Króciutki. ”Z imieninowymi życzeniami, Adam”. Odpisałam, że żałuję, że nie mogę go poczęstować ptasim mleczkiem, które właśnie pałaszuję. Zadzwonił do mnie i słyszałam jak drży mu głos i jak ostrożnie formułuje każde swoje słowo.
I tak zaczęliśmy pisać i rozmawiać na nowo. Po trzech tygodniach dostałam bilet lotniczy do Sztokholmu i zaproszenie na 6 tygodniowe wakacje do Szwecji. Na cały lipiec i kawałek sierpnia! Nie mogłam w to uwierzyć. Cieszyłam się, tym bardziej, że nigdy jeszcze w Szwecji nie byłam.
Prawie wszystkie moje koleżanki odradzały mi Adama i wyjazd do niego. Akurat głośno było o Fritzie, który trzymał przez wiele lat w zamknięciu swoją córkę. Nie ukrywam, że miałam obawy i na wszelki wypadek zapisałam sobie numery telefonów do ambasady i konsulatu polskiego w Sztokholmie.
Wyczuwałem wtedy jej niewypowiedziane obawy, czasami pewną rezerwę i niepewność związaną z jej przyjazdem do mnie. Rozumiałem. Jak na kobietę była odważna. Zapewniłem ją, że kupię jej od razu bilet na powrót i że będzie mogła mieszkać w hotelu sama jeśli tylko będzie tego chciała.
Później pamiętam, że któregoś dnia nie dzwoniłem do niej przez cały dzień. Zadzwoniła sama i zapytała, co się stało, a ja odpowiedziałem, że szukałem i zdobyłem kilka następnych cegieł, żeby móc ją zamurować u mnie. Parsknęliśmy oboje śmiechem i od tej pory jej obawy były jakby już mniejsze, a ufność większa.
Wiedziałem, że łatwo jest się zakochać w kimś korespondując, trochę trudniej rozmawiając na odległość, ale utrzymać wszystko po pierwszym spotkaniu to już duży dar od niebios. Jadąc po nią na lotnisko byłem bardzo podekscytowany, pełen obaw i czekałem jakby na jej drugi wyrok. Czy mnie zaakceptuje? Znaliśmy doskonale nasze głosy, sposób myślenia i upodobania. Można tęsknić za rozmową i kolejnym listem przyjmując to jak przyjemną rutynę, ale znaleźć się nagle po raz pierwszy we własnym realnym towarzystwie to już zupełnie coś innego.
Po przywitaniu napięcie opadło, wystudiowane frazy grzecznościowe i miłe komplementy zeszły na drugi plan, rozmowa kleiła się coraz bardziej i zaczęliśmy żartować. Jadąc z lotniska do mojego mieszkania wstąpiliśmy do sklepu zrobić zakupy do ”wspólnego” gospodarstwa. Zdaliśmy sobie sprawę, że zaczynamy planować coś razem. Jakiś początek naszego życia we dwoje.
Oczekiwanie pierwszego spotkania na lotnisku było wielkim stresem, jak zawsze przed pierwszą „randką”, ale szczęśliwie zaiskrzyło od razu i od początku było między nami dobrze. Lato było piękne, lipiec gorący. Adam wziął długi urlop i przez sześć tygodni mojej wizyty pokazał mi Sztokholm, okolice i kilka wysp archipelagu. Rozpieszczał mnie i był dżentelmenem w każdym calu. Zakochałam się i w Sztokholmie, i w Archipelagu, i w Adamie. Pełną piersią, na zabój.
Wakacje szybko się skończyły i pod koniec usłyszałam oczywiście pytanie: „Czy wrócisz tu i zamieszkasz za mną na stałe?” Serce chciało, ale rozsądek nakazywał mi rozwagę. Poprosiłam go o czas na podjęcie ostatecznej decyzji. Nie nalegał. Myślę teraz, że oboje wiedzieliśmy już wtedy, że jesteśmy sobie przeznaczeni.
Po powrocie stwierdziłam, że rozważanie o wyjeździe do Adama i do Szwecji nie miało już sensu. Nie zdając sobie sprawy, że ta decyzja właściwie zapadła już tam u niego, pierwszego dnia. Po pewnym czasie powiedziałam mu to, obiecując, że zakończę swoje polskie życie i przeniosę się do Szwecji na stałe. Wróciłam do Warszawy, odeszłam z pracy, zakończyłam studia i obroniłam tytuł magistra; rozdałam i sprzedałam swoje rzeczy, pożegnałam się z Halinką i z przyjaciółkami (wiele niestety nie rozumiało i nie akceptowało mojej decyzji związania się z dużo starszym mężczyzną), spakowałam się i 27 września 2009 r. przyjechałam do Szwecji z myślą, że na stałe.
Dziękujemy za wysłuchanie
Monika i Adam
Święto Zmarłych
W Szwecji Święto ku czci Zmarłych (Alla Helgons Dag – Dzień Wszystkich Świętych) obchodzone jest zawsze w pierwszą sobotę listopada.


Zawsze staramy się pójść na ten cmentarz także na dwa, trzy dni przed Świętem Zmarłych, bo wtedy jest on taki cichy i pusty, a spacer po nim jest naprawdę przyjemny. Jeśli można uznać spacery po cmentarzu przyjemnymi a sam cmentarz pięknym, to w przypadku tego cmentarza tak jest.

W ten słoneczny jesienny dzień przeszliśmy sporą część cmentarza w celu znalezienia grobów spoczywających tu wielkich ludzi Szwecji.
Udało nam się znaleźć grób pisarza Augusta Strindberga. Zdziwiło nas, że tak wielki pisarz ma tylko skromny, prosty i drewniany krzyż na swoim grobie.

Grób aktorki Ingrid Bergman, w którym obok jej rodziny spoczywa część prochów Ingrid.


Znaleźliśmy też grób – pomnik Alfreda Nobla.

Na spacerze na parę dni przed świętem przemierzałam ten cmentarz i patrzyłam na zastanawiający brak krzątających się na nim ludzi. Z Polski pamiętam jak wszyscy dwoili się i troili przed 1 listopada, by zdążyć oczyścić pomniki swoich bliskich zmarłych. Tutaj stawia się raczej tablice pamiątkowe (leżące płasko na ziemi lub stawiane pionowo u wezgłowia grobu) i nie potrzeba spędzać tu godzin na szorowaniu grobów.


W tym roku Święto Zmarłych jest dla mnie szczególnie bolesne. Minęło zaledwie pół roku od śmierci mojej ukochanej Babci, za którą wciąż jeszcze zdarza mi się tęsknie płakać. Staram się myśleć o Niej i Ją wspominać, nie chcę i nie pozwolę sobie pogrzebać Jej w pamięci.

„Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci.”
Wisława Szymborska
Globen jako Wielka Dynia
Na ferie jesienne arena Globen w Sztokholmie zamieniła się w wielką świecącą halloweenową dynię.
Największa na świecie dynia, nazwana Herr Stor Pumpa zaaranżowana została przez organizację Shockholm (Szokholm) – Największą Skandynawską Paradę Halloweenową.
Shockholm wspiera organizacje ideowe takie jak Suicide Rescue, fundację przeciwdziałającą samobójstwom, Barncancerfonden, fundację walki z rakiem u dzieci oraz Ecpat, fundację zwalczającą pornografię dziecięcą.
Ideą tego halloweenowego przedsięwzięcia jest symboliczna walka ze strachem, który siedzi w człowieku. Każdy z nas ma jakieś obawy, nieznaczne i takie, które paraliżują człowieka i mogą mieć na niego destrukcyjny wpływ.
Organizacja Shockholm przygotowuje w nadchodzący weekend i zaprasza wszystkich na wielką paradę halloweenową, która przejdzie ulicami Sztokholmu. Więcej szczegółów możecie zobaczyć na shockholm.se





































Najnowsze komentarze