Kategoria: Polka w Szwecji
Lucia czyli święto światła
Latem w północnych krajach dni są długie a noce są jasne, jest wtedy pięknie i każdemu chce się żyć.
Zaś zimą dnie są krótkie a noce wydają się nie mieć końca. W długim okresie zimowym, w owianej chłodem i osłoniętej mrokiem Szwecji ludzie tęsknią za światłem niebotycznie. Stąd zamiłowanie do zapalania świec, stawiania lampek w oknach, nie oszczędzanie na oświetleniu. Inaczej jest w mieście, gdzie wszystko dookoła „świeci” a inaczej zapewne na wsiach, gdzie ciemność jak okiem sięgnąć musi wywoływać pesymistyczne wrażenie.
Ta tęsknota za światłem kulminuje się w okolicach najkrótszych dni w roku, co znalazło ujście w postaci obchodzonego 13 grudnia Dnia Łucji (Luciadagen).
Taka ciemna jest noc w środku zimy.
Ale spójrz – idzie Lucia!
Przychodzi z tym, co dobre
przychodzi ze światłem w koronie.
Tego dnia w całej Szwecji odbywają się pochody ubranych na biało dziewcząt z przewodzącą im Łucją w wianku z płonącymi świecami na głowie i jedną świecą w dłoniach. Na ten orszak mówi się Luciatåget, a na koncert orszaku Luciakonsert. Koncerty z udziałem chórów (Szwecja jest krajem niezwykle rozśpiewanym) odbywają się we wielu kościołach; na wielką skalę w arenach sportowych oraz na kameralną w szkołach, przedszkolach, domach starców i szpitalach.
(Luciakonsert w Storkyrkan, 13 grudnia 2012)
Pierwsze w Szwecji obchody święta Lucia miały miejsce 250 lat temu w roku 1764 w miejscowości Horn w pobliżu Skövde. Przejeżdżał wówczas, 12 grudnia przez miasteczko pewien podróżnik i zatrzymał się tam na nocleg. Nazajutrz rano piękne dziewczę z płonącymi świecami w wianku obudziło go i podało mu kawę z bułeczkami. Mężczyzna był tak oczarowany, że głosił później wszem i wobec o tym, co zobaczył. Opowieść tego mężczyzny okazuje się być pierwszą i najstarszą w Szwecji pisemną wzmianką o obchodach święta Lucia.
(„A Miner’s Home” Carl Larsson)
Zostać Lucią było zawsze nobilitacją. Zwykle na Lucię wybierano najładniejszą dziewczynę w szkole czy też w całym mieście. I zazwyczaj błękitnooką z długimi, jasnymi włosami. Za Łucją w płonącej koronie kroczą gęsiego dziewczęta niosące w złożonych jak do modlitwy dłoniach świece, śpiewając wraz z chórem kolędy. I tak sunie powoli i majestatycznie, ta jasna procesja niosąca światło w mroku a kościół wypełnia się przepięknym śpiewem. Niejednego patrzącego na ten cudny pochód wzruszenie ściśnie za gardło i w niejednym oku zabłyśnie łza.
Bo jest coś nieziemsko urzekającego w tym świetlnym orszaku.
Ja zawsze patrzę na pochód przez łzy wzruszenia. Co roku mam okazję zobaczyć orszak Lucii w kościele Storkyrkan. W tym roku zagapiliśmy się i nie zdążyliśmy zarezerwować biletów, ale na szczęście udało się nam znaleźć inny kościół i w miarę przyzwoite miejsca. Ludzie często płacą co roku duże pieniądze za bilety na koncerty Lucii i rezerwują sobie miejsca zawczasu.
Dziś wybieram się do Domu Głuchych (Dövas Hus), gdzie zobaczę pochód Lucii w języku migowym a potem, wieczorem do kościoła, dlatego pozwolę sobie zdać relację fotograficzną po koncercie.
Do zobaczenia!
Korzenne ciasteczka – pepparkakor
Jednym z grudniowych smaków jest, przepraszam za wyrażenie, piernik.
Tutaj w Szwecji są pod postacią korzennych ciasteczek (pepparkakor). Kupić je można i zajadać się nimi cały rok, ale te pachnące cynamonem ciastka kojarzone są raczej z okresem przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. W sklepie są gotowe ciasta do robienia pierników (pepparkaksdeg) oraz gotowe ciastka, ale co ambitniejsza pani domu stara się zrobić własne ciasto i upiec własne pierniki, zwłaszcza, jeśli ma dzieci. Ja nie piekę pierniczków, ale nie brakuje ich w moim domu.
Mam je cały grudzień pod ręką i podjadam ilekroć znajdę się w pobliżu słoika z zapasem ciasteczek. Nawet tego słoika nie zamykam, żeby było łatwiej sięgać. Pepparkakor są bardzo kruche i bardzo słodkie.



Ciekawa jest historia piernika.
Pierwsze udokumentowane spożycie pierników w Szwecji datuje się na wiek XIV, kiedy to zakonnice piekły je w celu leczniczym. Podobno przyprawy dodawane do tych ciastek łagodziły bóle ich żołądków i problemy z trawieniem. Podobno już na 1800 lat przed Chrystusem znano i rozkoszowano się piernikiem. Kiedy rzymscy wojownicy w Mezopotamii wyruszali na wojnę dostawali pierniki na drogę. Piernik jest trwałym, niepsującym się wypiekiem, dlatego był idealnym prowiantem dla żołnierzy.
Szwedzi mają też takie powiedzenie, że „od jedzenia pierników człowiek staje się miły” (Man blir snäll av att äta pepparkakor). Wzięło się to z innej historii, a mianowicie o tym, że Hans, panujący w latach 1497 – 1501 król Unii szwedzko-norwesko-duńskiej bywał często w złym humorze. Lekarz zalecił mu jedzenie pierników i podobno król złagodniał od ich spożywania. Dane z kopenhaskiej apteki mówią, że król zamawiał do zamku całe kilogramy pierników! I tak oto zrodziło się „przekonanie”, że jedzenie pierniczków czyni człowieka miłym.

Tyle historia, (wyczytałam ją w Hemmets journal), ale jeśli o mnie chodzi, to mnie pierniczki faktycznie poprawiają humor.
Strój piernikowego ciasteczka „okrasza” święto Lucia. W przedstawieniu z okazji tego święta, tzw. pochodzie Lucia (w przedszkolach) idą nie tylko niosące światło i ubrane na biało dzieci, ale i dzieci przebrane jest w strój pierniczka, co jest bardzo sympatyczne, moim zdaniem.

A! Byłabym zapomniała! Podoba mi się tradycja robienia chatek z piernika. Dla zagorzałych są konkursy na najładniejszy domek, a podpatrzeć domki można tu.
Na stronie Sköna hem znalazłam i wybrałam kilka zdjęć piernikowych domków:




Czyż nie są piękne? Taki domek jest czarującą ozdobą świąteczną. Kawałki do sklejania chatki można kupić w szwedzkich sklepach spożywczych i w IKEI na całym świecie.
I jeszcze jedno. Jako, że w Szwecji jest jakaś mania jedzenia słodkiego i prawie każda słodycz ma tu swoje święto, również i korzenne ciastko je ma – 9 grudnia – Pepparkakans dag.
To tyle w temacie pierniczków. Dosyć tego słodkiego na dzisiaj!
Bożonarodzeniowe jarmarki
Nieodłącznym i bardzo lubianym elementem adwentu w Szwecji jest jarmark bożonarodzeniowy – julmnarknad.
Julmarknad to targ, czy jak kto woli, bazar, gdzie można kupić różne tradycyjne regionalne wyroby spożywcze oraz rękodzieła. Priorytetem jest, aby wyroby te były od drobnych lokalnych producentów, najchętniej domowej i ręcznej roboty oraz oczywiście w bożonarodzeniowym klimacie.
Stoisk na targu jest bez liku, a na stoiskach mnóstwo uroczych przedmiotów. Świece, skrzaty, aniołki, wianuszki i ozdoby choinkowe. Można też kupić inne rzeczy, przydatne nie tylko w święta oraz rzeczy, które są dostępne w zwykłych sklepach, czyli tekstylia, wyroby z wełny, ze skóry, drewna czy mosiądzu i wiele, wiele innych. Są też zawsze stoiska ze smakołykami, które klienci chętnie degustują – słodyczami, serami, konfiturami, chlebem, wędlinami i oczywiście rozgrzewającym grzanym winem!
A zgromadzony na jarmarku tłum tworzy radosny gwar, w sercu zaś rośnie ten świąteczny nastrój, nie sposób tego nie poczuć.
Choć idea jest ta sama, każdy jarmark jest inny. Rok temu byłam w Skansenie, a w tym odwiedziłam trzy targi. Pierwszy, na którym byłam w tym roku, to targ na Starym Mieście, na Stortorget.
Stare Miasto
Drottningholm
Drugi targ był w Drottningholm, przy Pałacu Królewskim. Ten jarmark był w moim odczuciu przyjemniejszy, miał ten klimat, jaki powinno mieć takie miejsce.

Może dzięki konikom i kucom? Może choinkom? Stoiska i produkty też były tutaj nieco inne niż na Starym Mieście. A tło w postaci pięknego pałacu dopełniało całości.




Przed budką z dziczyzną są zawsze tłumy! Ja zawsze daję się skusić na degustację.


Można poznać na targu ludzi, którzy mają własne pomysły na ozdoby, robią ciekawe i piękne rzeczy; można zachwycić się skandynawskim design, poznać rzeczy nowe i inspirujące.




Överjärva Gård
Ten julmarknad jest w mniejszym wymiarze, ale za to jest dużo przyjemniejszy, spokojniejszy, ponadto ma wiejski, sielski klimat. To jest mój ulubiony jarmark.
Na jarmarkach, jeśli tylko jest możliwość, rozpalane jest ognisko, przy którym można się ogrzać lub upiec kiełbaskę. I tak pomyślałam, że brakuje mi w tym roku śniegu, jarmarki prezentują się o niebo lepiej, gdy wokół jest biało.
W Överjärva Gård znajduje się też maleńkie muzeum, Statarmuseet, w którym można podpatrzeć, jak wyglądało codzienne życie w dawnej Szwecji oraz oczywiście kawiarnia, dla chwili odpoczynku.
Chciałoby się wszystko kupić, bo targ wprawia człowieka w dobry humor, ale wystarczy przejść się i popatrzeć, wchłonąć ten klimat. Chociaż, jak mówią moje koleżanki, z targu nie wypada wrócić bez zakupów.
Targi organizowane są w różnych miejscach, w całej Szwecji, na pewno na każdym jest nieco inaczej, ale jedno jest pewne – zawsze czuć na nich bijący od ludzi radosny nastrój.
Idą święta!
Szafranowe bułeczki
Lussekatt, lussebulle, saffransbulle, lussekuse, julkuse, safranskuse, dyvelkatt – ukochane dziecko ma wiele imion, jak mówi szwedzkie przysłowie.
Każdy rejon w Szwecji różnie nazywa te szafranem pachnące bułeczki, tak jak i wymyśla również własne kształty tych bułeczek, a każda forma bułeczki też ma swoją nazwę. W różnych rejonach różnie nazywa się tę samą bułeczkę, jednak najpopularniejsza jej nazwa to julegris lub julgalt a najpopularniejszy kształt tych wypieków to ósemka. Dla mnie wszystkie są one i będą już zawsze lussekatter. Lubię je bardzo, choć musiałam się do nich dwa grudnie przyzwyczajać!

wykonanie, zdjęcie i opis własne
Według legendy, lussekatter narodziły się w XVII wieku w Niemczech, kiedy to diabeł w kocim przebraniu przychodził do niegrzecznych dzieci i dawał im baty, podczas, gdy Jezus dzielił między grzeczne dzieci bułeczki. A że diabeł boi się światła, dodawano do bułeczek nadającego im złotego koloru szafranu.
Przy okazji tego wpisu, doczytałam się gdzieś, dlaczego szafran jest najdroższą wagowo przyprawą na świecie. Do otrzymania jednego funta (1 kg to ok. 2,2 funty) przyprawy potrzeba 75.000 kwiatów lub 225 000 ręcznie zebranych znamion szafranu uprawowego! Pachnie delikatnie i specyficznie, a jego zapach nieodłącznie kojarzy mi się tutaj ze świętami.
W dawnej Szwecji nazywano te bułeczki diabelskie koty (dyvelkatter) lub koty Lucyfera (lussekatter). Jednak dzisiejsza Szwecja nazywa je lussebullar lub lussekatter i kojarzy je z obchodzonym 13 grudnia świętem Lucia. Etymolodzy twierdzą, że pojawiający się w nazwie bułeczki przedrostek lusse, pochodzi od słowa lux czyli światło.

Ja je uwielbiam, jadam cały grudzień, dlatego zdecydowałam się upiec sama całą górę złocistych lussebullar, według starego szwedzkiego przepisu. Tutaj dla ułatwienia wklejam przepis do wydrukowania: (DRUKUJ).
Przepis na ok. 30 bułeczek
175 g masła
5 dl pełnotłustego mleka
50 g świeżych drożdży (do ciasta)
pół łyżeczki soli
2 dl cukru
pół grama szafranu ( w przepisie jest gram, ale pół grama wystarczy)
1 jajko
1, 5 l mąki
rodzynki do przybrania
jedno roztrzepane jajko do „polakierowania”
Przygotowanie ciasta:
Do dużej misy rozkruszyłam drobno drożdże. W garnuszku podgrzałam mleko, rozpuszczając w nim masło, sól, cukier i szafran. (torebkę otworzyłam całą, bo na jej ściankach zostaje sporo tej drogiej cennej przyprawy). Mleko o temperaturze ciała wlałam do misy z drożdżami, potem długo mieszałam, by drożdże się rozpuściły. Dodałam mąkę i urabiałam maszynką do momentu, aż ciasto zaczęło ładnie odchodzić od ścianek naczynia. Dobrze wyrobione ciasto przykryłam ściereczką i odstawiłam w ciepłe miejsce na pół godziny.

Po tym czasie wyrośnięte ciasto ułożyłam na przyprószonej mąką stolnicy i odcinałam po niewielkim pasku formując je w różne kształty. Miałam przed sobą naszkicowane formy i kładłam te kształty bezpośrednio na wyłożonej papierem do pieczenia blasze, bo gotowe trudniej przenieść. Bułeczkom trzeba zostawić trochę miejsca wokół siebie, bo jeszcze urosną i szkoda, żeby się posklejały. Posmarowałam jajkiem i przybrałam bułki rodzynkami.

W tym czasie piekarnik nagrzewał się do 225 stopni. Do nagrzanego piekarnika na środkowej wysokości włożyłam pierwszą blachę i piekłam bułeczki około 8 – 9 minut. Te większe, kładłam na dolnej półce i piekłam 15 minut. Po wyjęciu przykryłam czystą ściereczką. Przykrycie takich gorących jeszcze bułeczek zatrzymuje w nich wilgoć i zapobiega wyschnięciu, są dłużej świeże po prostu.

Wyszły o niebo smaczniejsze niż te, które znam ze sklepu. A zrobienie ich nie było trudne, naprawdę. Było nawet inspirujące, bo zwijałam ich różne kształty. Cała zabawa w pieczenie lussebullar zajęła mi nieco ponad dwie godziny.
Dom wypełnił się cudownym zapachem słodkiego wypieku, ja dumna jak paw, że upiekłam bułeczki, a mąż zadowolony, że żona jednak jak chce, to potrafi piec!
A już teraz weekend, który spędzę na jarmarkach bożonarodzeniowych, w dwóch różnych miejscach. Mam nadzieję, że Wam też będzie się chciało wyjść z domu, dokądkolwiek, byle tylko odetchnąć innym powietrzem, odpocząć. Pamiętajcie o spacerach i o tym, by szukać dokoła powodów do uśmiechu, jest ich mnóstwo!
Życzę Wam radosnego i nieśpiesznego weekendu!
M
Grudniowe smaki i aromaty
Grudzień ma szczególny zapach.
Pachnie korzennymi piernikami, grzanym winem, pomarańczami, goździkami, anyżkiem i szafranowymi bułeczkami. Do nich dołączają rozkwitające hiacynty. Całość składa się w aromat, który nastraja świątecznie i wprawia w dobry humor. Chce się piec, robić grzaniec, ubierać choinkę, nucić świąteczne melodie…
O każdym z tych zapachów i smaków chciałaby się napisać osobny referat, ale ograniczę się do trzech a na pierwszy ogień pójdą szafranowe bułeczki, które dzisiaj będę piec.
Jeśli mi się udadzą, zdam relację.


PS. Zapach świąt zamknięty został jakimś cudem w świecy, którą ofiarowała mi wczoraj czytelniczka, Marta A. T. Marto, dziękuję za prezent i przesympatyczne spotkanie!
Terminarze, rzecz kobieca
– Co wy kobiety macie z tymi terminarzami?
To pytanie padło z ust mojego męża, gdy z zakupów przyniosłam wczoraj nowy, gruby terminarz na nowy rok.
– Nie można kupić małego, kieszonkowego terminarza? Musi być gruby jak ta encyklopedia, mieć kilka kieszonek, zakładek, gumeczkę, zapinkę i złotą myśl na każdy dzień? Kalendarz w telefonie ci nie wystarcza? I czemu tak wcześnie?
– No nie wystarcza! Faktycznie, musi być gruby, najlepiej z osobną stroną na każdy dzień, tak by zmieściły się na niej nie tylko plany codziennych zajęć, ale i zapiski refleksji z życia.
– Co ty wiesz o życiu… po 38 latach… No dobrze, a na komputerze spisać tego nie możesz? Musisz w kalendarzu? I kwiatuszkami opatrzyć, buźki dorysować? Ech, kobiety…

Hm, niech pomyślę. Rzeczywiście, terminarz w rękach mężczyzny rzecz rzadka.
To przypadłość wyższego stanowiska, gdzie wręcz wypada mieć wypełniony po brzegi umówionymi spotkaniami terminarz w skórzanej oprawie z odciśniętym logo. A taki „przeciętny” mężczyzna w terminarze się nie bawi, a jeśli już, to nie traktuje ich z takim namaszczeniem jak czynimy to my, kobiety. Te kobiety, które znam, uwielbiają terminarze i o kupieniu nowego myślą już w listopadzie.
Więc nie jest to żaden ekscentryzm!

Ja mam ogromny sentyment do terminarzy. Szczególnie do nowych, jeszcze ani jedną notatką nie skalanych. A zamknięty i nienaruszony jest jak obietnica, i jak tajemnica zarazem. Jaki będziesz, nowy roku? Co mi przyniesiesz? Myśli krążą nad terminarzem, po skórze przebiega dreszcz. Czekam, aż rok dobiegnie końca, już chcę napocząć nowy egzemplarz.

Chcę podpisać kolorowym piórem i spisać uroczyście w punktach na pierwszej stronie rzeczy, które chcę osiągnąć, dokonać. Wracam do tej pierwszej strony w grudniu i skreślam to, co mi się udało. Rzeczy niedokonane i niespełnione przechodzą na następny rok. Potem wpisuję urodziny i ważne daty, o których powinnam pamiętać. Na przykład rocznicę ślubu. (No właśnie! Może dlatego mężczyźni nie pamiętają o rocznicach, bo nie mają terminarzy???)

Terminarz, nieodłączny towarzysz. Zna wszystkie moje zaplanowane i wykonane czyny. Zna daty i godziny, pilnuje i trzyma fason mojego dnia. Nie przeoczy też mojego lenistwa ani żadnego dnia, który przeciekł przez palce. Wraz z biegnącym czasem, z czystej „tabula rasa” staje się damskim zwierciadłem, szkatułką pełną kobiecych skarbów. Stopniowo upiększany, czule hołubiony wypełnia się powoli opowieściami z całego roku…

Tak, terminarze to zdecydowanie rzecz kobieca.
Pierwszy adwent – przygotowania do świąt, rozświetlanie ciemności i tresowanie kota
Nie tylko ja mam wrażenie, że „święta” zaczynają się coraz wcześniej.
Jeszcze rok temu sklepy zaczynały się wypełniać świątecznymi detalami gdzieś w połowie listopada, w tym roku bożonarodzeniowe lampki i czerwone skrzaty widziałam już na początku tego burego miesiąca. Poniekąd to rozumiem, listopad to miesiąc ponury i nijaki, więc ludzie uciekają się do barwnych i jasnych myśli o świętach. Na pewno pomagają nam w tym zastępy producentów, którzy pragną sprzedać jak najwięcej.

Ja do tej pory przymykałam na tę komercyjną nagonkę oczy i chciałam cieszyć się listopadem mimo wszystko. Przeżywać jego burość i nie wybiegać myślą w grudzień. Jeszcze z Polski pamiętam ten rytm, że moje świąteczne przygotowania zaczynały się dwa tygodnie przed świętami gorączkowym szukaniem prezentów a ubieraniem choinki delektowałam się dopiero w przeddzień Wigilii.
Tutaj się to trochę zmieniło i już pod koniec listopada poddaję się radości, że niedługo święta. Kupuję kwiaty, wybieram świece i dodatki, z których będę robić adwentowy świecznik. Ze strychu zwlekam wielkie kartony ze świątecznymi dekoracjami, lampkami, zasłonami i bieżnikami, i przyozdabiam dom.


Tak, żeby był odmieniony już na pierwszą niedzielę adwentu.
Parę wieczorów i już z kątów wyłaniają się skrzaty a na półkach stoją świąteczne stroiki i świeczniki. Ale każdego ranka te same stroiki leżą na podłodze a biedne poszarpane skrzaty dogorywają pod sofą. No tak, mam kota! Póki stroiłam dom, towarzyszył mi tylko, przyglądając się grzecznie, ale kiedy mnie nie ma, Plaster czyni swoje kocie powinności.

Choinkę zamierzałam kupić tuż przed Wigilią, ale na zamierzeniach poprzestanę. Chyba, że uda mi się wytresować moje zwierzę i nauczyć go, jak zgrabnie omijać amaryllisy, świerkowe gałązki i jak ignorować mikołaje. Jeśli w tresurze poniosę klęskę, to jest to najprawdopodobniej mój ostatni kot w życiu.
Póki co, zamiast choinki musi mi starczyć to.

Jutro zaczyna się Adwent, jak wszyscy wiemy, to czas oczekiwania na narodziny Jezusa, a owo radosne oczekiwanie zaczyna się w czwartą niedzielę przed Bożym Narodzeniem. W tym roku 30 listopada. Na niedziele adwentowe mówi się tutaj w kolejności: pierwszy, drugi,trzeci, czwarty adwent, czyli första, andra, tredje i fjärde advent. I życzy się: Miłego pierwszego adwentu! – Glad första advent!

Tradycja obchodzenia adwentu jest mocno zakorzeniona u Skandynawów i celebrowana, dlatego jutro prawie we wszystkich domach zapłonie pierwsza z czterech świec w adwentowym świeczniku (ljusstake).
W Polsce nie używałam świecznika adwentowego, tutaj taki w dodatku robię świecznik sama. Co roku inny.

Do wtóru w oknach stawiane są świeczniki elektryczne, które zastępują świece woskowe. Dzisiaj, w sobotę, jako, że to już weekend widzę, że w wielu oknach palą się już i gwiazdy i świeczniki, choć w zasadzie powinny być zapalone w pierwszą niedzielę adwentu, czyli jutro. Ja, (choć mnie kusi zapalić dużo wcześniej), czekam, bo pamiętam słowa znajomej Szwedki, że jak widzi zapalone świeczniki przed czasem, to podejrzewa w tym domu najprawdopodobniej mieszka obcokrajowiec i nie wie. Więc szanuję tę zasadę, że jak świecznik zapala się w pierwszą niedzielę adwentu, to nie w połowie listopada. Dziś zrobiłam wyjątek, bo za chwilę w domu goście, no i już prawie niedziela.

To jest bardzo miłe dla oka zjawisko w Szwecji, gdy cztery tygodnie przed świętami nagle niemal we wszystkich oknach płoną adwentowe światła, stoją lampki, wiszą gwiazdy. Nastrój udziela się wszystkim, a ten moment wstawienia świecznika w oknie oraz zapalenia pierwszej z czterech świec jest symboliczny – zaczęło się oczekiwanie na Boże Narodzenie.
Miłego Adwentu!
Tradycja Julbord
Jedną ze świątecznych tradycji szwedzkich jest Julbord.
Julbord (Świąteczny Stół) to tradycja sięgająca swoimi korzeniami do czasów Wikingów, którzy urządzali sobie taki bufet w środku zimy. Kobiety chciały urządzać coraz piękniejsze przyjęcia chcąc tym samym rozciągnąć w czasie ten świąteczny nastrój. A coraz lepsze sposoby konserwowania żywności pozwalały im na to, by na stole znajdowało się coraz więcej różnych przekąsek.

Dawniej Julbord urządzano w domach a po I WŚ popularne stało organizowanie tego typu przyjęć w restauracjach. Niektóre firmy i przedsiębiorstwa zapraszają swoich pracowników do restauracji, (które są na tę okazje rezerwowane już rok do przodu a przyjęcia te odbywają się od listopada aż do świąt), a niektóre firmy urządzają przyjęcie w miejscu pracy. W wielu szkołach organizowany jest też taki poczęstunek zarówno dla uczniów jak i nauczycieli, ale jest on zwykle skromny i raczej symboliczny.

Julbord urządzany w restauracji to nic innego, jak zastawione suto stoły, do których podchodzi się z talerzykiem i nakłada ile dusza zapragnie. Lokal jest wówczas świątecznie przystrojony, czuć czar i klimat nadchodzących świąt, z głośnika sączy się (delikatnie) świąteczna muzyka.



Na przystawki można częstować się serami, marmoladą i konfiturami, są też suszone owoce, krakersy, chrupkie pieczywo.


Potrawy na świątecznym stole są oczywiście typowo szwedzkie, urozmaicone w zależności od regionu oraz, co najważniejsze świąteczne, czyli są to podstawowe bożonarodzeniowe potrawy (julmat). Do wyboru są dania na ciepło, np. potrawa o nazwie Janssons frestelse, chleb maczany w wywarze z szynki (dopp i grytan), parówki, kapusta duszona, żeberka, klopsy z mięsa mielonego (köttbullar).

Ale większość potraw podawana jest na zimno. Na pewno nie może zabraknąć świątecznej szynki oraz innych wędlin, z czego sporą część stanowią wędliny z dziczyzny (które osobiście uwielbiam) – mięso z renifera, niedźwiedzia, łosia.


Są też pasztety, wędliny drobiowe, salami.

Jest zwykle duży wybór śledzi przyrządzonych na wszelkie sposoby oraz łososia, pasty rybnej, jaja z kawiorem.


I moc słodkości do kawy na zakończenie uczty. Sernik, ciastka, czekolady.


Nie sposób wymienić wszystkiego, co znajduje się na stołach, wybór jest zawsze duży, nawet dla alergików, a wszystko to jest ładnie ułożone, przyozdobione i pachnące. Oczami można jeść!
Na przyjęciu Julbord zgromadzone są osoby z tego samego miejsca pracy i jeśli jest to duża firma, to jest wtedy okazja, by w innej atmosferze porozmawiać (lub pośpiewać) z przełożonym, albo z kimś, kto pracuje na drugim końcu budynku i w pracy tej osoby prawie się nie widuje. Julbord ma wydźwięk socjalizujący i jest na pewno jest lubiany przez większość. Takie przyjęcia scalają grupę.

Atmosfera jest zwykle miła, milsza z każdym kieliszkiem.

Z napojów podawanych przy tej okazji to zwykle rozgrzewający glögg, gazowany napój świąteczny (julmust) oraz piwo świąteczne (julöl). Oczywiście serwowano nam też mocniejsze drinki, wódkę oraz wino.

Do alkoholu dołączona jest zwykle kartka ze słowami tradycyjnych przyśpiewek „do wódki”. Goście śpiewać zaczynają dosyć wcześnie, zanim przyjęcie na dobre się rozkręci i śpiewają naprawdę bardzo chętnie.

W minioną niedzielę mieliśmy właśnie przyjemność być na Julbord, kolejny już rok z rzędu, a zaproszeni zostaliśmy przez firmę, w której pracował mój mąż. Przyjęcia te urządzane są co roku w innej restauracji, tym razem ucztowaliśmy w restauracji w hotelu Långholmen.

O tym hotelu, stworzonym w budynku dawnego więzienia pisałam w Hotel za kratami.
Świąteczny Sztokholm
Dzisiaj w Sztokholmie o 14.30 nastąpiło uroczyste włączenie świątecznego oświetlenia ulicznego.
Wydarzenie to połączone było z akcentem muzycznym – wystąpił chór, który śpiewał gospel oraz wybijająca się właśnie młoda piosenkarka Molly Sandén oraz przemówieniem przedstawiciela zarządu miasta.


W budkach częstowano popularnym napojem świątecznym julmust i czekoladą.


Po występie i przemówieniach włączono oświetlenie, które składa się z 710 708 żarówek energooszczędnych i umieszczone zostało nad 35 ulicami i placami w całym Sztokholmie.




Przeszliśmy się po tym pięknie oświetlonym centrum miasta spacerem do Nordiska Kompaniet (NK), żeby zobaczyć tegoroczną świąteczną wystawę.

Po prostu CUDO!












A tutaj ciężarówka wioząca choinkę…






Jak co roku NK przyciąga uwagę swoimi wspaniałymi, niezwykle pomysłowymi wystawami, które projektowane są przez sztab ludzi, przez wiele, wiele miesięcy. Zachwytom przed wystawą nie ma końca, trudno się dopchać do szyby. Zawsze jestem ciekawa, jaka będzie to aranżacja. Rok temu wystawa wyglądała tak (klik)

Wracając do domu, weszliśmy na plac, na którym stoi iglica, żeby przyjrzeć się z bliska choinkom i łosiom.





W mieście zrobiło się naprawdę jaśniej, bardzo świątecznie. Na przemówieniu wyłapałam słowa o tym, że oświetlenie to jest głównie z myślą o bezdomnych, którzy ten piękny świąteczny czas spędzą na ulicy. To światło jest również dla nich.


A ja? Poczułam wreszcie ten dreszcz radości ze zbliżających się świąt.
I choć dotąd broniłam się przed świątecznym szaleństwem, to zaraz idę na strych po pudło z bożonarodzeniowymi dekoracjami. Przygotowania czas zacząć, do świąt został tylko miesiąc!
Warszawskie reminiscencje
Kilka dni spędziłam w Warszawie.
Zanim zacznę snuć relacje z mojego wyjazdu chciałabym Wam podziękować za życzenia i gratulacje złożone na blogu i fanpage’u z okazji urodzin bloga. Dopiero dziś miałam czas je wszystkie uważnie i z przyjemnością przeczytać.
Do Warszawy pojechałam głównie po to, by załatwić pewną sprawę i żeby pobyć trochę z Halinką. Plany miałam wielkie – chciałam przy okazji obejść, objechać i zwiedzić całą Warszawę, wspominając swoje dawne warszawskie życie, chciałam spotkać się z dawną przyjaciółką, obkupić się w polskie smakołyki, za którymi w Szwecji mi się tęskni, zobaczyć wszystkie polskie filmy… Ech, plany…

Pogoda była kiepska, dlatego chętniej zostawałam w domu, poświęcając czas Halince, która czuje się coraz słabsza. Jednej nocy nie spałam, bo myślałam o tym, że ona potrzebuje już kogoś do pomocy. Dziewczynę, która mogłaby u niej pomieszkiwać, albo przychodzić i odciążać ją w codziennych obowiązkach.
Nagotowałam Halince obiadów na tydzień, dopełniłam do pełna lodówkę, ale to przecież kropla w morzu. Jestem o nią autentycznie zaniepokojona i martwię się, bo przecież ona mi tyle w życiu pomogła.
Z tego krótkiego czasu, jaki spędziłam w Warszawie udało mi się wyczarować trochę czasu dla dwóch osób – przyjaciółki ze studenckich lat, Justyny oraz dla Magdy, czytelniczki. Z Magdą nie zrobiłyśmy sobie wspólnego zdjęcia, ale na pamiątkę mam ręcznie robione gwiazdki – są niesamowicie malutkie i nie wiem, ile cierpliwości trzeba mieć, żeby taką tycią gwiazdkę zrobić. Madziu, dziękuję! Justynko, strasznie żałuję, że mieszkamy tak daleko!


Nie obeszło się bez seansu kinowego, a z mnogości filmów zdecydowałam się na Obywatela, którego szczerze polecam. Oprócz kina było zwiedzanie epików i innych sklepów, robienie książkowych, kosmetycznych i rarytasowych zapasów.

Z uwagi na zbyt mało czasu, który uciekał jak szalony oraz przenikliwe zimno, „zwiedzanie” Warszawy ograniczyłam do spaceru od Centrum do Starego Miasta. Zauważyłam, że Warszawa się zmienia (na korzyść, oczywiście) i może dlatego miałam uczucie, że to już nie jest ta sama Warszawa, którą zostawiłam, a przecież wyjechałam całkiem niedawno!
Tęsknoty owszem we mnie są, głównie za polskimi smakami,



ale miasto jako takie już nie. Może po prostu stało się dla mnie obce? Cudze? Zaskoczona byłam, że nie wzruszył mnie widok dawnej uczelni, że dopiero na Krakowskim Przedmieściu wzruszenie trochę zdławiło mi gardło. Tym bardziej teraz, kiedy ulica jest świątecznie przybrana.

Ukochane Stare Miasto, trochę teraz puste i w wielu miejscach remontowane (i dobrze!) wywołało nieco szybsze bicie serca, lubiłam tu przychodzić, znam każdy jego zakątek.




Zwiedzanie zwiedzaniem, spotkania spotkaniami, ale oprócz wywoływania miłych wspomnień miałam też inne refleksje.
Miło było widzieć, że kierowcy zatrzymują się przed pasami, obsługa w sklepach coraz milsza, chociaż zdarzyły mi się przykre sytuacje – jedna ekspedientka na mnie nakrzyczała, bo myślała, że ja jej nie wierzę, że ona nie ma rzeczy, której szukam. W butikach kręcą się wokół klientów strażnicy (uczciwości?) a ja we wszystkich polskich sklepach czuję się jak potencjalna złodziejka. W Szwecji nikt nigdzie nie patrzy mi na ręce i od takiej polskiej „ochrony” po prostu odwykłam. W Szwecji wystarczy też jedno pytanie sprzedawcy „czy mogę w czymś pomóc?” Mówię „nie, dziękuję” i mam spokój, a w Polsce pani chodzi za mną i szepcze do mojego karku, że krem, który trzymam w ręce jest naprawdę rewelacyjny.
Odwykłam też od formy pan, pani. I od zwrotu dzień dobry! Takie przyjemnie zabawne wydawało mi się to wszechobecne dzień dobry, zamiast hej. Smutno mi było zauważyć, że spojrzenia między ludźmi zanikają i że ludzie nie podejmują już takiego kontaktu wzrokowego jak kiedyś. Warszawiacy wydali mi się trochę smutni, tacy jakby niepewni. I powietrze inne, aż piekło w oczy i nozdrza, i wody z kranu nie dałam rady się napić. I bohomazy na elewacjach budynków, i wszechobecne billboardy z reklamami. Ale efektownych akcentów jest za to coraz więcej, coraz więcej ulic i domów jest odrestaurowanych, chodniki są coraz czystsze i ulice mniej dziurawe. Jest coraz ładniej.

Porównywanie nasuwa mi się bezwiednie, to pewnie konsekwencja dłuższego mieszkania w innym kraju. Rzeczy, które były dla mnie oczywiste, stają się teraz, przy każdej wizycie w Polsce zaskakujące. Dostrzegam też zmiany w samej sobie, nabieram nacięć i rys „szwedzkości”. Coś, co kiedyś zbulwersowałoby mnie do granic, teraz pomijam obojętnością, a coś, co byłoby mi dawniej obojętne, dziś mnie porusza.
Ale mimo wszystko, bilans wychodzi na plus. Bo Warszawa się zmienia na plus. Warszawa da się kochać i pewnie zawsze będę do niej wracać.

Tak, czy inaczej – byłam, wchłonęłam, nacieszyłam się, zrobiłam polskie zapasy i już jestem w domu. Jestem u siebie.
PS. Ach, no nie mogę się oprzeć, żeby nie powiedzieć paru słów o podróży, która mi, w obie strony, strasznie dała w kość. W samolocie linii Wizzair zmęczyli mnie panowie upiornie pachnący wódką i papierosami, a załoga samolotu, zmęczyła mnie recytowaniem po angielskawemu, przez nastawiony głośno megafon, że parfum dżordżio armani for łoman prajs is in promąszion, fiftin juro only, oraz że aj haf pleszer tu bi jor kaptajn and endżoj jor flaj.



























Najnowsze komentarze